Reklama

Nie pójdę do kina na „Niewinne”

Nie pójdę do kina na „Niewinne”

09.03.2016
Czyta się kilka minut
Znam powojenne dzieje wszystkich sióstr benedyktynek i mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że żadna z nich nie stała się ofiarą gwałtu, jak sugeruje film „Niewinne”.
Konferencja prasowa filmu "Niewinne". Warszawa, 08.03.2016 r. / Fot. Adam Jankowski/REPORTER
P

Piszą do mnie znajome siostry z Francji, bardzo przejęte: o który to klasztor polskich benedyktynek chodzi w filmie „Les innocentes” i co się stało z tymi biednymi ofiarami? Bo one wiedzą, że film jest oparty na prawdziwym zdarzeniu… Fabuła filmu jest w skrócie taka: w jakimś polskim klasztorze benedyktynek przechodząca Armia Czerwona zgwałciła całą gromadę zakonnic, one utrzymują to najpierw w tajemnicy przed światem, aż wreszcie rodzą w klauzurze pod sekretem. No i problem: co się stało z tymi dziećmi, i z matkami także. A ja, jako wieloletnia badaczka dziejów zakonu, w którym to się rzekomo działo, powinnam to wiedzieć

Otóż wiem z całą pewnością, że w żadnej z dziewięciu klauzurowych wspólnot benedyktynek polskich, które istniały w 1945 roku, nic takiego nie miało miejsca. Były to trzy klasztory we Lwowie i po jednym w Łomży, Nieświeżu, Przemyślu, Staniątkach, Warszawie i Wilnie. Klasztory: łomżyński, przemyski i warszawski leżały w gruzach, ale reszta ocalała i wszędzie zachowały się spisy i dokumenty. Znam nazwiska i dzieje wszystkich sióstr i mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że żadna z nich nie stała się ofiarą nawet pojedynczego, cóż dopiero zbiorowego gwałtu. I co z tego, że to mówię? „Udowodnij, żeś nie wielbłąd”, prawda? Jeśli kogoś bardziej przekonuje taki obraz życia zakonnego, jaki reprezentują autorzy scenariusza, to mi i tak nie uwierzy. „Cóż innego mogłaby mówić, my swoje wiemy”. Już nawet słychać kąśliwe uwagi o zafałszowaniu historii przez polskie benedyktynki. Przecież klauzura zakonna to z samej definicji kryjówka ponurych sekretów; przecież autorka filmu twierdzi, że oparła go na autentycznym dzienniku jakiejś francuskiej lekarki, która tuż po wojnie pracowała w Warszawie w szpitalu. To z kolei wskazywało by na jakiś warszawski klasztor, tylko że kiedy ta lekarka tam przebywała, warszawskie klasztory leżały w gruzach i nie było tam takiej klauzury, która by mogła skutecznie ukryć choćby psa, a co dopiero gromadę położnic w habitach.

Na szczęście udało się dotrzeć do wyjaśnień bardziej szczegółowych, złożonych przez reżyserkę w prasie francuskiej (Francois Forestier „Le couvent de la honte”; „Le Nouvel Observateur” z 4 lutego 2016 r.). Okazuje się, że ta lekarka, Madeleine Pauliac, należała do misji wojskowej, wysłanej po francuskich żołnierzy wracających z niemieckich obozów. Misja miała siedzibę w Warszawie, ale robiono częste i długie wypady do innych miast, zwłaszcza do Gdańska. I to w Gdańsku właśnie dr Pauliac została wezwana do wspólnoty przedstawionej w filmie. Notuje, że ta wspólnota straciła drogą gwałtów około dwudziestu zakonnic, które zamęczono na śmierć; zostało około czterdziestu, z tych część w ciąży. Jak wiadomo, Armia Czerwona nigdzie nie zasłynęła z cnoty, ale szczególnie na terenach uznawanych za niemieckie (a do takich należał Gdańsk) nie miała żadnych hamulców, więc dr Pauliac nie zmyśla. Problemy pozostają dwa: co to naprawdę były za siostry i co z całej tej historii czyni film. Nawiasem mówiąc, reżyserka, żeby się czegoś dowiedzieć o życiu zakonnym, spędziła tydzień czy dwa w jakimś klasztorze francuskich benedyktynek, poznała ich porządek dnia i dlatego akcję umieściła właśnie u benedyktynek.

Co to naprawdę były za siostry, można by ostatecznie dojść ze spisów, prowadzonych normalnie przez każde zgromadzenie. Tylko po co? Żeby jeszcze kilka zgromadzeń zalano pytaniami? Mówię „kilka”, bo to we Francji, nie u nas, bywały wówczas opactwa liczące i ponad 200 mniszek; w dodatku w Gdańsku były tylko placówki czynnych zgromadzeń, które na ogół są kilkunastoosobowe, a podczas przejścia frontu mogły być nadto przemieszane i skomasowane. Sądzę więc, że tamtejsza tragedia mogła dotknąć kilku zgromadzeń, tym bardziej, że zezwierzęcone żołdactwo nie przeprowadzało przecież selekcji wedle przynależności zakonnej. Co zaś do losu ofiar, zasada jest taka, że jeśli zakonnicę spotka gwałt i z niego wyniknie ciąża, daje się jej wybór: czy chce dziecko wychowywać sama, a w takim razie jest zwolniona ze ślubów, czy też chce oddać je do adopcji i wrócić do klasztoru. Te, które 71 lat temu stanęły w Gdańsku przed tym wyborem, na pewno już dziś nie żyją, winowajcy też. Że tragedia była, to jasne, nawet jeśli pani reżyser przypadkiem nie spotkała nikogo, kto by o tym pamiętał, i dumna jest z odkrycia. A szczegółów i nazwisk nie potrzeba: nie ja będę podrzucać komuś to kukułcze jajo. Mógłby z niego jeszcze jakiś gazeciarz wysmażyć sensacyjną, ociekającą krwią i seksem opowieść o całej gromadzie zgwałconych mniszek, rodzących potajemnie. Po co robić sobie z czyjegoś bólu przedstawienie?

A co z całej tej historii robi film „Niewinne”? Czy właśnie taką opowieść? Nie pójdę sprawdzać. Za stara już jestem; znam schematy i szkoda mi na nie nerwów. Wiem na przykład, że ogólny obraz wspólnoty zakonnej, który obowiązuje wśród autorów powieści (i scenariuszy), to stado bezwolnych baranów pod władzą wilka: groźnej i bezdusznej przełożonej. Demonizacja przełożonej obowiązuje i nikt, oczywiście, nie zadaje sobie trudu, żeby wyjaśnić, skąd się taki wilk w stadzie baranów bierze. Jeżeli autor jest szczególnie ambitny, to może w tym stadzie umieścić jedną (raczej nie więcej, bo to już nie byłoby realistycznie!) świetlaną postać młodej zakonnicy, która ma odwagę się sprzeciwić, z tragicznym oczywiście skutkiem. Wspominam o tym, bo latem 2014 roku była u nas w Staniątkach pani z Warszawy, która w imieniu francuskiej reżyserki (nazwisko nic nam nie mówiło) zaproponowała nam, aby kręcenie jej najbliższego filmu w naszym budynku. Zapowiadała bardzo piękny film, ale pytana o scenariusz, zdradzała pewne objawy takiego właśnie schematu myślenia. Nalegałyśmy więc, i obiecała scenariusz pokazać… ale nie zjawiła się więcej. U warszawskich benedyktynek-sakramentek była z taką propozycją nawet sama pani reżyser, ale jej pytania wzbudziły i tam brak entuzjazmu, toteż ostatecznie nakręcono film w jakimś poklasztornym budynku na Mazurach. Przynajmniej więc nie w żadnej żywej siedzibie zakonnej, której widok bezkrytyczna publiczność mogłaby potem uznać za potwierdzenie, że „u was to było”…

Artykuł, na który tutaj się powołuję, kończy się akapitem, z którego widać, że we Francji nie mają pojęcia, jak zawiła i jak różna od równoległych dziejów innych demo-ludów była historia PRL. Już od samego przejścia frontu zaczyna się u nas (według autorki) taka niewola, że klasztory idą w rozsypkę, księża na rozwałkę, żadnej nadziei. Nie ma co komentować. A w dodatku morał jest taki, że to Bóg winien jest przeprosiny tym dzieciom zrodzonym z gwałtu. To teraz takie modne, żądać przeprosin. Jak widać, nawet od Boga.

S. MAŁGORZATA BORKOWSKA (ur. 1939) jest benedyktynką, znawczynią historii życia zakonnego. Tłumaczka i pisarka, także książek dla dzieci i literatury fantastycznej. W 2011 r. otrzymała doktorat honoris causa KUL. Autorka dwudziestu książek, w tym trzytomowego „Leksykonu polskich zakonnic doby przedrozbiorowej”, pastiszu „Do ciotusieńki dobrodziejki” oraz powieści fantasy „Wyspa szczęśliwa”. Mieszka w klasztorze benedyktynek klauzurowych w Staniątkach pod Krakowem.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Dziękuję Siostrze za wyjaśnienie.Ja tez nie pójde na ten film, gdyż znam takie myślowe kalki o zyciu zakonnym, jakie prezentuje ludzie na Zachodzie.

Siostra Małgorzata Borkowska wyraźnie jest poruszona i jakby nawet obrażona na twórców filmu - ale nie do końca zrozumiałem o co?.. O to, że pokazano benedyktynki, a zgwałcone zostały elżbietanki??...Bo filmu samego siostra nie widziała ani oglądać nie ma zamiaru, więc tu raczej nie o film tak naprawdę chodzi. Nie kumam, za chiny. Tak czy inaczej siostry gwałtowna emocjonalna reakcja nakazuje mi ten film koniecznie zobaczyć.

"Jako wieloletnia badaczka" "nie pójdę sprawdzać", "nie ma co komentować" mimo to skomentuję i zachowam się jak "jakiś gazeciarz", co "nie zadaje sobie trudu, żeby wyjaśnić".

Przykro to czytać, dwukrotnie obejrzałem ten film, i wiem że jest to ważne wydarzenie. Możemy różnie go oceniać pod względem artystycznym, ale jest to film ważny i uczciwy. Poza tym, zawsze uważam, że film trzeba zobaczyć, a dopiero później o nim pisać. W filmie tym w ogóle nie pada słowo "benedyktynki", a to oznacza, że w ogóle nie sugeruje się w nim, jakoby któraś z sióstr tego akurat zakonu padła ofiarą gwałtu; klasztor w filmie jest umowny, żaden widz nie może mieć skojarzeń z benedyktynkami. Nie wiemy także gdzie, w jakiej miejscowości dzieje się akcja, nie ma mowy o Gdańsku. No, ale najpierw trzeba film obejrzeć, a potem dopiero oceniać. A może chodzi o krój habitu? Nie wiem, na tym się nie znam. Owszem, reżyserka w wywiadach opowiada o kontaktach z benedyktynkami, ale na film się to nie przekłada. Jest jeszcze w proteście sióstr, znanym z KAI-u, i w tekście siostry Borkowskiej zdanie dla mnie przykre, niezrozumiałe. W zdaniu zapewnia się, że u benedyktynek takie zdarzenia nie miały miejsca, to znaczy, że nie było w tym zgromadzeniu po wojnie sowieckich gwałtów. Sugeruje ono, zapewne nieświadomie, że dziesiątki zgwałconych sióstr z innych zgromadzeń zostało pohańbionych, napiętnowanych, a nasze pozostało czyste, dziewicze.Tak to wygląda, nieprzyjemnie. Ale po co te zapewnienia? Dla prawdy historycznej zapewne? Czy aby na pewno tylko z tej przyczyny? Emocjonalność protestów wskazuje jeszcze na inne motywy. Nie wiem, może się mylę. Powtarzam, w filmie nie ma o mowy o benedyktynkach. Poza tym, nie rozumiem tego rodzaju wrażliwości, która jakoś podświadomie prowadzi do reakcji obronnych. Nie można być przecież zestawionym niejako w jednym szeregu z dziesiątkami zgwałconych sióstr, z ofiarami zbrodniczej przemocy? Nikt tego przecież nie robi, ale na wszelki wypadek protestujący wyjaśniają, że to nie chodzi o nasze zgromadzenie. A ja oglądając tragedię zakonnic czułem nie tylko ból, ale także solidarność, również z siostrą przełożoną; starałem się ją zrozumieć, choć z dzisiejszego punktu widzenia jej postawa może wydawać się kompletnie niepojęta. I zupełnie obojętne jest dla mnie o jaki zakon chodzi. Tragedia ta powinna zbliżać nas do tych sióstr z różnych zakonów, wplatanych w okrucieństwo wojny; sióstr, które przeżyły niewyobrażalną traumę. Właściwie należałoby tylko milczeć, i taka była reakcja widowni premierowej. Wyczuwam w protestach niepotrzebną troskę o "dobro instytucji". Ten film temu "dobru" nie zagraża. Ostatnie zdanie listu protestacyjnego sióstr potwierdza zresztą intuicję reżyserki filmu. Bo "Niewinne" to nie tylko pokazanie tego mało znanego faktu, czyli brutalnych gwałtów na siostrach, które zachodziły w tak dramatyczny sposób w ciąże (scenariusz oparty na dzienniku francuskiej lekarki z Francuskiego Czerwonego Krzyża, który wtedy chwilowo stacjonował w Polsce). "Niewinne" to także refleksja teologiczna na temat wizji "cielesności" w nauczaniu Kościoła, na temat macierzyństwa, życia poczętego itd. Siostra przełożona z filmu (Agata Kulesza), to nie jakaś czarna postać, jak chce s. Borkowska, to postać tragiczna, która chcąc dobra prowadzi do tragedii, w przeciwieństwie do siostry Marii (Agata Buzek), zachowującej ewangeliczny rozsądek w sytuacji skrajnej. Naprawdę, proszę o jedno: zobaczmy ten ciekawy film, i dopiero potem kłóćmy się. Pamiętajmy też, że jest to film fabularny, a nie dokumentalny.

Chętnie obejrzę film traktujący o tragedii kobiet w habitach bo jest to temat rzadko pokazywany. Znacznie częściej pokazuje się męczeństwo mężczyzn w habitach czy sutannach. Tak jakby było bylo bardziej doniosłe dla ludzkości. Rozumiem opór środowiska zakonnego przed pokazywaniem tak trudnych i bolesnych tematów jak gwalt popelniony zwłaszcza w środowisku z założenia czystym i niewinnym. Jednak prawdziwej cnoty brud się nie ima. Odczuwanie wstydu jest również ważnym doświadczeniem człowieczeństwa .

ten artykuł, próżno szukać wskazówki, jak emocjonalnie i intelektualnie zbliżyć się do takieg trudnego zagadnienia, próżno szukać drogi do Miłości... Dostałem raczej wiązkę uników i wzorcowych reakcji obronnych. Przecież ludzie pójdą na film tak, czy inaczej. Potem poszukają w internecie klucza do niego i jednym z nich będzie ten artykuł.

Czy mozna sie wypowiadac na temat filmu, ktory sie nie obejrzalo, ksiazki, ktorej sie nie przeczytalo czy wystawy, na ktorej sie nie bylo. Widac, ze mozna, ale ja takiej opini nie traktuje powaznie, choc problem o ktorym film mowi, jest. W dobie internetu, dostepu do publikacji, ksiazek, relacji rodziny wiemy, ze przez zolnierzy armii radzieckiej byly gwalcone nie tylko dorosle kobiety ale dziewczynki 8-10 letnie a ja mam rozumiec, ze klasztory, zakonnice omijane byly przez tych zolnierzy szerokim lukiem. Zgadzam sie z pania Marta N. Pasko, ze to trudny i bolesny temat. // Po zajeciu Nysy - zgwalcono 182 katolickich zakonnic. Erzbischof Bernard Griffin , British (Bernard Griffin), "die Europa tourte, berichtete: "In Wien allein sie 100 000 Frauen vergewaltigt, nicht einmal, sondern viele Male, darunter 10 jährigen Mädchen und alte Frauen. " Ein Tag nach der Einnahme von Neisse, Schlesien, vergewaltigt sowjetischen Truppen 182 katholische Nonnen." Takie tragedie nie skonczyly sie po wojnie, zdarzaja sie i w obecnych czasach. Pisze o tym Maura O’Donohue -siostra zakonna, lekarka i misjonarka w Afryce. zrodlo - https://de.wikipedia.org/wiki/Maura_O%E2%80%99Donohue. Dlatego nalezy glosno i otwarcie o tym mowic, zeby nie mialy wiecej miejsca. Bo wstyd jest o tym nie mowic.

Od gadania o czymś tego czegoś nie ubędzie, niemniej można przemyśleć co czynić by się przed pewnymi patologiami bronić. Kiedyś nakazywano milczeć nad zbrodniami Armii Czerwonej, dziś w Europie (zwłaszcza w Niemczech) każe się milczeć nad zbrodniami popełnianymi przez islamistów, cóż jak widać niczego się nie nauczyliśmy.

to takie typowe stanowisko. Nie zgadzam sie, ale i tak nie bede sprawdzac. "Te, które 71 lat temu stanęły w Gdańsku przed tym wyborem, na pewno już dziś nie żyją, winowajcy też." - no pewno juz nie zyja, a jesli jednak zyja to co? a dzieci? dzieci nie maja prawa glosu? a moze tez juz nie zyja? a moze lepiej, zeby sie nie dowiedzialy, ze ich mama wolala boga?

Proszę Państwa, apeluję, żebyśmy czytali i brali pod uwagę całość artykułu s. Borkowskiej. Już na wstępie pisze ona o przyczynie, dla której się wypowiada: dzwonią do niej siostry z Francji i pytają. Przy tym siostry dzwonią z troską i ze znajomością życia zakonnego, a przeciętny widz takiej znajomości niestety nie ma i jak nie zechce być dociekliwy, to nie odcedzi fikcji od faktów. I to jest, w moim rozumieniu artykułu s. Borkowskiej, druga przyczyna, dla której wypowiada się ona krytycznie o filmie. W jej ocenie przyczynia się on do wzmacniania stereotypu istniejącego na temat zgromadzeń zakonnych: dobre siostry "szeregowe" i zołza przełożona, która do zbrodni zezwierzęconych sołdatów dokłada swoją zbrodnię, tym gorszą, że popełnioną w imię Boga. Już ta francuska lekarka ateistka jest tysiąc razy wrażliwsza i lepsza od niej! Ot i powstaje następne potwierdzenie, że taki jest cały Kościół, że po co celibat i zakony, że to wszystko chore i najlepiej zlikwidować i zamknąć cały Kościół, a w szczególności zakony. Oczywiście, celowo przerysowuję moje stanowisko, bo ze względu na krótką formę nie sposób wszystko zniuansować, ale mam bardzo podobne do s. Borkowskiej nieodparte wrażenie, że autorzy filmu niby to pokazują tragedię kobiet, ale przy tym wpisują się w jeden z silnych nurtów w publicystyce i sztuce, który ukazuje Kościół jako zdegenerowaną i bezduszną instytucję. Jako katoliczka i mniszka s. Borkowska ma prawo poczuć się dotknięta subtelną manipulacją, która jednak w mojej opinii ma miejsce w filmie. Ma prawo do tego tak, jak i analogicznie każdy Polak może czuć się dotknięty i mieć po dziurki w nosie kolejnych filmów o Polakach, którzy w czasie II wojny światowej byli w większości szmalcownikami i hitlerowskimi kolaborantami, a obozy w Oświęcimiu i na Majdanku to były "polskie obozy zagłady". I proszę mnie źle nie zrozumieć - nie stawiam tych rzeczy na równi, trudno tu zresztą dokonywać porównań. Staram się pokazać analogię i proponuję wejść w buty autorki artykułu. Faktycznie, autorka artykułu filmu nie widziała, ale dostępne są już recenzje i omówienia wraz z treścią, więc można się już dość łatwo zorientować jaka jest treść i przekaz filmu. Po drugie proszę nie pomijać przytaczanych przez siostrę Borkowską faktów, które dotyczą "stylu" rozmów autorów filmu z siostrami co do lokalizacji zdjęć. Jeśli ktoś "kręci" na tym etapie, to czego się spodziewać po produkcie finalnym? Wcale się więc znów nie dziwię stanowisku autorki, która wręcz nie ma ochoty tego produktu oglądać. Biorąc sprawę w kategoriach światowych, to po ludzku ja sam mam po dziurki w nosie takich bazujących na emocjach i niedopowiedzeniach filmów, które wprost lub nie wprost, ale traktują o Kościele, biorą jakiś chwytliwy "obyczajowy" temat i nie biorą pod uwagę, że dokładają Kościołowi, bo liczy się w tym wypadku, żeby zarobić na produkcji. Ostatecznie po to robi się film. Ale, żeby nie skończyć na takim pesymizmie, patrzę na to również w świetle wiary i paradoksalnie cieszę się, bo żyję słowami Pana Jezusa, który zapewnił, że jego uczniowie mają się radować, gdy się ich oczernia. To znaczy, że Kościół ma jeszcze swoją żywotność, jeśli przeszkadza "światu". Pozdrawiam wszystkich dyskutantów i apeluję jeszcze raz - czytajmy dokładnie wszystko i nie imputujmy autorom tego, czego w artykule nie ma. Z szacunkiem.

Pani Borkowska może sobie filmy oglądać, może nie oglądać. Może nawet ogłaszać manifesty w sprawie filmów, których nie widziała. MichałMichał może także bronić tych praw p. Borkowskiej. Ale na litość boską, nie próbujcie robić ludziom wody z mózgu - p. Borkowska, jestem pewny, nie wahałaby się oglądać i pozytywnie recenzować filmu, który by przedstawiał słodki i rozmodlony obraz życia zakonnego - choćby taki obraz był równie albo i bardziej odległy od rzeczywistości jak "Niewinne". Nie ma idealnych, według naszych wyobrażeń szytych sytuacji w życiu. Jest przejawem zakłamania, braku pokory, a nawet pychy postawa, jaką p. Borkowska prezentuje. Jej urażona duma?.. chore oburzenie na fakt poruszania tematu dla niej tabu?... Nerwową reakcję wobec problemu rodzonych w klasztorach dzieci i konieczności dramatycznych wyborów ich matek skomentuję krótkim cytatem z Ewangelii św. Jana: "Prawda was wyzwoli". +++ Świadomie i celowo nie używam w stosunku do p. Borkowskiej określenia "siostra" bo w tym tekście wyraźnie występuje ona z pozycji świeckich - nie jest zadaniem i celem benedyktynek udział w debatach publicznych, recenzowanie filmów, choćby nawet w TP. "Naszym celem jest wielbić Boga przez wspólną modlitwę liturgiczną i przez życie w siostrzanej wspólnocie. Pod opieką Matki Najświętszej usiłujemy przez miłość upodobnić się do Chrystusa, bo On jest Drogą, Prawdą i Życiem." Dokładnie tak określają oficjalnie swe cele benedyktynki ze Staniątek. Pani Borkowska na chwile opuściła swe Zgromadzenie.

oczywiście św. Jan pisze o Jezusie Chrystusie jako o Prawdzie, która wyzwala, a ja się odwołuję do prawdy przez małe "p", czyli do faktów i przeciwstawiam je fikcji, w znaczeniu fabuły osnutej na jakimś wątku, która się podaje za prawdę, czyli za fakty. I tylko o to chodzi. A w antycypacji, że "p. Borkowska, jestem pewny, nie wahałaby się oglądać i pozytywnie recenzować filmu, który by przedstawiał słodki i rozmodlony obraz życia zakonnego" trochę się Pan zagalopował. Jeszcze raz powtórzę - nie przypisujmy autorom tekstów - obojętnie, czy s. Borkowskiej, czy komukolwiek innemu, tego, czego w tekście nie ma. Mogę zrozumieć emocje, które wzbudziła wypowiedź s. Borkowskiej, ale w kwestii celów życia mniszego, oprócz wypowiedzi na stronie internetowej sióstr, która ma charakter komunikatu dla ogółu społeczeństwa, jest jeszcze prawo kanoniczne, które określa cele życia sióstr benedyktynek oraz prawo świeckie, które nie przestaje obowiązywać dla kobiet wstępujących do klasztoru, a które gwarantuje im swobodę wypowiedzi. Proszę nie zamykać ust ludziom, którzy chcą się wypowiedzieć, bądź co bądź, w swojej własnej sprawie. Naprawdę serdecznie pozdrawiam i życzę dobrego przeżycia nadchodzących Świąt Wielkiej Nocy.

Jestem zaskoczona postawa siostry Borkowskiej, którą bardzo wysoko cenię za jej książki. Jak można napisac cały krytyczny tekst o filmie i szczycić się, że się go nie obejrzy?? Tak samo było z książką Marty Abramowicz "Zakonnice odchodzą po cichu", którą krytykowali na portalach katolickich wyłącznie ci, którzy jej nie czytali i jeszcze nawoływali do tego samego innych! Zaskakujące jest dla mnie jak bardzo przedstawiciele Kościoła nie chcą stanąć w prawdzie, tylko chcą, aby wszystkie problemy zamiotło się pod dywan. Jako płatnicy podatków na Kościół i jako rodzice dzieci chodzących na religię, jako matki, ojcowie, siostry, bracia sióstr zakonnych mamy też prawo wiedzieć, co się dzieje za klauzurą. A o tym właśnie opowiadają "Niewinne" i "Zakonnice odchodzą po cichu".

To typowo sekciarska postawa. Moim zdaniem świadczy też o tym, jak wątła, na jak kruchych fundamentach zbudowana jest wiara tej kobiety . I jak bardzo w swej klauzurze oderwała się od życia - ale i od Ewangelii.

Kupiłem w empiku ten film, bo się reklamuje jako "oparty na faktach". Nie znałem tych wydarzeń i byłem zainteresowany. Po jego obejrzeniu, nie wiedząc nic o kulisach jego powstawania, doszedłem do wniosku, że jest to film ANTYTEISTYCZNY (propagujący ateizm). Oto widzimy grupę zgwałconych sióstr, które rodzą poczęte w wyniku gwałtu dzieci, i nie mają na to wydarzenie żadnej logicznej odpowiedzi. Ich wiara załamuje się. Modlą się, ale Pan Bóg milczy (bo Boga nie ma!). Matka przełożona, aby ukryć "skandal" posuwa się do zbrodni na niemowlętach. Jedna z sióstr po utracie dziecka popełnia samobójstwo. I wreszcie "objawia się" młoda francuska komunistka, która niesie ciemnym siostrom "kaganek oświaty". Jej propozycja, aby zaopiekować się okolicznymi, bezdomnymi dziećmi, wśród których łatwo można ukryć rodzone przez siostry niemowlęta, jest przyjęta entuzjastycznie. Po obejrzeniu filmu zacząłem szperać w internecie. Odkryłem, że "oparty na faktach" oznacza, że zdarzały się gwałty żołnierzy sowieckich na siostrach zakonnych. I tyle. Koniec. Cała fabuła została wymyślona przez reżyserkę i scenarzystkę w jednej osobie - Annę Fontaine, co sama przyznała w jednym z wywiadów. Przedstawiła "wydarzenia" i opisała dialogi sióstr tak, jak je sobie wyobrażała. Nie posądzam ją o złośliwość. Sama przyznała w jednym z wywiadów, że nie miała zamiarów obrażać kogokolwiek. I ja jej wierzę. Ale pisząc ten scenariusz była uwarunkowana kulturą, w której wzrastała. A ta kultura, bardzo rozpowszechniona we Francji, korzeniami swymi tkwi w epoce tzw. oświecenia. Epoka ta to triumf ateistycznego odłamu masonerii. Oni postrzegają wiarę w Boga jako aberrację psychiczną. I tak to jest pokazane w filmie. Z internetu dowiedziałem się także, że nie można zidentyfikować klasztoru, w którym miały miejsce ukazywane w filmie wydarzenia; że być może chodziło o klasztor sióstr niemieckich w Gdyni; że użyte stroje sióstr nie są i nie były używane w żadnym zgromadzeniu; że nieprawdą jest jakoby papież Franciszek obejrzał ten film i go pochwalił; itd. Wygląda na to, że, niestety, w powstaniu filmu główną rolę grały czynniki komercyjne. Chwytliwy temat, a za tym kasa. A ja, kupiwszy ten film (29,99 zł), nieświadomie przyczyniłem się do jej napełnienia.

Ten film przedstawia niemieckie siostry, z niemieckiego zakonu, które znalazły się po zmianie granic w Polsce, a rządzili w praktyce Rosjanie. Nie pamiętam gdzie był ten zakon, ale w któryś materiałach dt filmu to było jasno powiedziane. To tylko podkreślało tragizm historii sióstr - nowe władze polskie, na terenach świeżo przyłączonych, nie przejmowały się losem niemieckich! zakonnic, zwykłych Niemek również. Niestety w filmie, który miał być dla zagranicznego widza nie wprowadzono w jasny sposób tej kwestii, pewnie bali się zagmatwania. A przecież taka właśnie historia jest tym bardziej tragiczna i niejednoznaczna. Czy ktoś martwił się wtedy okrutnym losem Niemek? Nikt. Sprawa tego co robiła siostra przełożona z noworodkami to oddzielna kwestia. Myślę, że siostry, które tak ochoczo zaczęły udowadniać, że film przedstawia nieprawdę, bo żadna zakonnica polska nie została zgwałcona, po pierwsze oburzają się tym, że ktoś mógłby posądzić je o bycie zgwałconymi (z całą historią chorób wenerycznych i ciąż. Zupełnie niepotrzebnie ponieważ większość sióstr zakonnych, które mógł spotkać taki los już nie żyje, a bycie ofiarą nie oznacza winy. Po drugie mogły by się pochylić nad przedstawioną historią, jako nad losem skrzywdzonego człowieka. O gwałtach mówi się bardzo mało, o gwałtach wojennych jeszcze mniej, a o losie Niemek czy zakonnic (jakichkolwiek) w ogóle. Po trzecie i najważniejsze moim zdaniem: siostry się oburzyły nie z powodu gwałtów, ale tego, że to co przedstawiono w filmie nie mieści się w ramach tego co naucza się w kościele o życiu poczętym itp. Widok siostry przełożonej, która robi to co robi z dziećmi zakonnic (nie piszę dokładnie co, bo może ktoś nie widział jeszcze filmu) nie mieści się w głowie i jest niezgodne z podstawową współczesną indoktrynacją na temat życia poczętego i narodzonego. Nie rozważacie przecież postawy moralnej wobec życia poczętego, gwałtów, zbrodni tylko lewacko-komunistyczną reżyserkę czy ateistkę, lekarkę z filmu. A temat jest ważny i lekceważony jak wszystkie zbrodnie na kobietach. Dla mnie siostra przełożona to tragiczna postać, zasadnicza, dyscyplinująca, typowa Niemka po niemieckim, surowym wychowaniu. Rozumiem jej postępowanie, którego nie można oceniać z dzisiejszej perspektywy. Agata Kulesza, która ją gra, wcześniej wcielała się z gwałconą i prześladowaną Mazurkę, która ukrywa przed hordą zwyrodnialców córkę (film Róża) - jest dokonała w takich rolach, autentyczna, przejmująca. Zapominamy o tym jaka "sława" towarzyszyła nadchodzeniu wojsk rosyjskich. Kobiety popełniały często samobójstwa zanim ruskie przybyli. Oni potrafili taką odratować ze sznura i masowo zgwałcić - opowiadała to kiedyś Pani, którą to właśnie spotkało - Niemka spod Szczecina. O dzieciach z takich gwałtów, o ich gehennie jeśli zostały z matką ("dobrzy" ludzie wyzywali od Niemców) też nikt nie mówi. Czy macie odwagę zapytać waszych babć czy prababek czy zostały zgwałcone przez ruskie sołdactwo (albo niemieckie, polskie czy jakiekolwiek inne). Dzieci było mnóstwo. Ilu z nas o tym wie?
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]