„Wraz z PRL-em zniknęły z ulic naszych miast tabuny pijaczków” – pisze ks. Adam Boniecki w edytorialu do numeru „TP” poświęconego w dużej części alkoholizmowi. Ja takich pijaczków pamiętam. Pałętali się po osiedlu, wystawali godzinami pod zamkniętą budką z kwiatami, przesiadywali na ławeczkach. Chodziłam wtedy do podstawówki, a chłopcy ze szkoły śmiali się z tych ludzi. Nie funkcjonowało jeszcze słowo „obciach”, ale bycie nietrzeźwym w oczach nas, dzieci, było tym dzisiejszym „obciachem”. Te dzieci, dziś dorosłe, na alkoholowe imprezowanie wydają więcej pieniędzy, niż osiedlowi pijaczkowie kiedykolwiek widzieli. I, dla odmiany, wstydzić się musi ten, kto nie pije. Czyli ja.
Z alkoholem po raz pierwszy zetknęłam się podczas wycieczki integracyjnej w pierwszej klasie liceum. Koledzy i koleżanki pili przez całe noce, a wychowawca i pani od biologii zamykali się w swoim pokoju, żeby tego nie oglądać. Nie piłam wtedy i później, więc koleżanki i koledzy dali mi odczuć, że nie nadaję się do towarzystwa. A zacząć pić nie zamierzałam. Od podstawówki miałam różnorodne zainteresowania plastyczne, wolałam wydawać zaoszczędzone pieniądze na nie niż na alkohol. Miałam nadzieję, że gdy pójdę na studia, sytuacja się zmieni, a Uniwersytet Jagielloński wydawał mi się gwarancją powagi i sensownego towarzystwa. Poszłam na pierwszych kilka imprez, bo nie chciałam odstawać i zostać obiektem kpin i docinków, tak jak w liceum. Przyjezdna młodzież studencka propagowała wzorce picia znane z rodzinnych wsi: na umór. Chodziło o to, by „nawalić się w trupa” i zrobić po pijanemu coś „odjechanego”, co oczywiście prędko stawało się anegdotą i zarazem prowokacją do kolejnych ekscesów. Tutaj sama odsunęłam się od grupy, ale dla odmiany postanowiłam aktywnie poszukać osób z zapatrywaniami podobnymi do moich.
Zdecydowałam się, oprócz studiów, na czteroletnią naukę w szkole językowej – po zajęciach wszyscy szli na piwo. Znalazłam pracę w wydawnictwie – sędziwi pracownicy leniwie pociągali brandy w swoich pokojach, młodsi chodzili na piwo po pracy. Szef działu pił wódkę z flaszki trzymanej w kuble na śmieci pod biurkiem, co powszechnie było uważane za śmieszne. Zainteresowałam się turystyką kwalifikowaną, zostałam nawet przewodnikiem. Tutaj ostre picie wódy w schroniskach. Następne w kolejności było stowarzyszenie propagujące ekologię wśród młodzieży, zostałam wolontariuszką. Ekolodzy także pili piwo, ale ekologicznie – zawsze na świeżym powietrzu. Jeden z instruktorów fotografował się nawet z piwem w ręce i młodym lisem na kolanach. Inna próba – środowisko sportowe. Sport sportem, ale po sporcie piwo jest konieczne. Stowarzyszenie rowerzystów miejskich. Nie, też nie. Formułują populistyczne hasła, pijąc, co jest pod ręką. I doradzają sobie, jak przewozić kontener piwa rowerem. Ręce mi opadły i przestałam próbować.
W każdej z tych grup setki razy słyszałam pytania: „jesteś na coś chora?”, „może cię nie stać, to ja ci postawię?”, „masz męża despotę, który ci nie pozwala?”. Nikt nie mógł pojąć, że można nie chcieć pić z własnej woli.
W moim niepiciu nie ma ideologii ani podbudowy związanej z wyznaniem. Nie piję, bo alkohol, zabierając pieniądze i czas, oddalałby mnie od pasji i ulubionych zajęć. Nie pochodzę też z rodziny, w której byłby zakazany. Nie przeszkadza mi to, że ktoś pije. Przeszkadza mi tylko nietolerancja wobec mojego niepicia. Przez 31 lat nie poznałam innego abstynenta albo o tym nie wiem. Przyznanie się do niepicia w Polsce powoduje towarzyski ostracyzm.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.














