Nie możemy być fiskalnym Talibanem

MARCIN PIĄTKOWSKI, ekonomista: Musimy przeprojektować Polskę. Jeśli nam się nie uda, stracimy najlepszą szansę w historii, żeby dogonić Zachód.

06.05.2019

Czyta się kilka minut

 /
/

MAREK RABIJ: Jest dobrze?

MARCIN PIĄTKOWSKI: Gospodarczo jest świetnie. Jeszcze nigdy jako cały naród nie byliśmy tak bogaci i tak blisko poziomu życia na Zachodzie.

Dlatego napisał Pan książkę „Europe’s Growth Champion. Insights from the Economic Rise of Poland”?

Napisałem ją przede wszystkim, żeby świat docenił to, co wydarzyło się w Polsce przez ostatnich 30 lat. Pracując przez lata w Waszyngtonie, a teraz w Pekinie, obserwowałem z narastającą frustracją pomijanie naszego kraju w globalnej debacie o udanych transformacjach gospodarczo-ustrojowych. Eksperci znają oczywiście najnowsze dane makro, komentują stan budżetu, zauważają poprawę infrastruktury. Ale gdyby zapytał pan w Londynie, Pekinie czy w Nowym Jorku o przykłady tzw. cudów gospodarczych, usłyszałby pan o Singapurze, Korei Południowej, Tajwanie, może jeszcze o Chile. O Polsce cisza.

Dlaczego?

Bo tak jak wolimy słuchać znanych melodii, tak ekonomistom wygodniej badać rzeczywistość uporządkowaną w istniejące narracje. To wymaga mniej wysiłku i łatwiej się sprzedaje. Mamy więc kraje rozwinięte, rozwijające się, azjatyckie tygrysy, demokracje w klasycznym zachodnim wydaniu, demokracje autorytarne itd.

Jednak na liście państw, którym w ciągu ostatnich 50 lat udało się osiągnąć gospodarczy sukces, mało jest krajów, które zrobiły to będąc klasyczną demokracją. Korea Południowa czy Tajwan zdemokratyzowały się na dobre dopiero w latach 90. Południe Europy – Hiszpania, Portugalia czy Grecja – rozpoczęły reformy jeszcze w czasach dyktatury.

Tymczasem Polsce udało się coś unikatowego. Bez zaplecza w postaci cennych surowców, bez wsparcia „sterydami” wysokiego zadłużenia, za to aż z 17 premierami zbudowaliśmy zdrową demokrację i gospodarkę, i w ciągu ostatnich 30 lat zostaliśmy mistrzem Europy we wzroście gospodarczym. Ten sukces poprawił warunki bytowe całego społeczeństwa.

Cała Europa Środkowo-Wschodnia zanotowała skokową poprawę.

Ale tylko polski dochód narodowy w przeliczeniu na mieszkańca wzrósł od 1989 r. 2,5 raza – więcej niż w jakimkolwiek innym kraju w Europie. Biorąc pod uwagę siłę nabywczą, PKB na mieszkańca zwiększył się niemal trzykrotnie, z ok. 10,3 tys. dolarów w 1990 r. do blisko 28 tys. dolarów w zeszłym roku. Na Węgrzech PKB na mieszkańca nawet się nie podwoił, we Francji wzrósł o niecałą jedną trzecią. W ciągu ostatnich 25 lat Polska rozwijała się również szybciej niż wszystkie kraje na świecie o podobnym poziomie dochodów, w tym azjatyckie tygrysy. Zanotowaliśmy najdłużej trwający okres ekspansji gospodarczej w historii Europy i jeden z najdłuższych okresów w historii świata, rosnąc nieprzerwanie od 1992 r.

Dzięki szerokiej dostępności usług publicznych jakość życia jest nawet wyższa niż poziom dochodów. Młodzi Polacy mają praktycznie taki sam dostęp do globalnej kultury, postępu technicznego i cywilizacji jak ich zachodni rówieśnicy. I bardzo się z tego cieszą: ponad 80 proc. społeczeństwa jest zadowolona z życia. Na początku transformacji mówił tak zaledwie co drugi Polak.

Tylko że niewielu Polaków wierzy jeszcze ekonomistom, że „przypływ unosi wszystkie łodzie”.

W Polsce akurat uniósł, oczywiście nie wszystkie jednakowo wysoko. Ale i tak wyszło nam lepiej niż w innych krajach. Według danych Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju Polska jest jedynym demokratycznym krajem wśród byłych krajów socjalistycznych, w którym całe społeczeństwo zwiększyło dochody bardziej niż średnia w krajach bogatych. To są fakty.

Takie same, jakimi w sferze politycznej są odczucia i wyobrażenia wyborców, którzy w 2015 r. zagłosowali na partie kwestionujące dorobek polskiej transformacji. A dziś, kilka miesięcy przed kolejnymi wyborami, ekonomiści z zespołu Thomasa Piketty’ego plasują Polskę na pierwszym miejscu w Europie pod względem nierówności dochodowych. Zaledwie 10 proc. najbogatszych Polaków kontroluje, ich zdaniem, aż 40 proc. dochodu narodowego.

To inne spojrzenie na nierówności niż dane EBOiR i ważne ostrzeżenie, że walka z nierównościami pozostaje wielkim wyzwaniem. Kluczową kwestią dla długoterminowego rozwoju demokracji i gospodarki jest utrzymanie nierówności na poziomie, który nie ogranicza możliwości awansu społecznego.

W ten sposób „narody wygrywają”?

Takie pytanie zawiera tytuł głośnej książki Darona Acemoglu i Jamesa Robinsona, którzy przekonują, że społeczeństwa bogacą się dzięki powolnemu, ale stabilnemu, rozciągniętemu w czasie wzrostowi gospodarczemu. A do tego trzeba również odpowiednich warunków społecznych, wolnych od zawirowań i przewrotów, oraz sprawnych instytucji. Nie chodzi o to, żeby przez 10 lat pędzić z PKB w tempie po 7-8 proc. rocznie, a potem zderzyć się z konsekwencjami tego pędu, które wyzwolą długotrwałą recesję. Zrównoważony rozwój społeczno-gospodarczy możliwy jest, zdaniem Acemoglu i Robinsona, jedynie w społeczeństwach, które oni nazywają inkluzywnymi. A mówiąc prościej – w takich, gdzie liczba rozmaitych barier ograniczających działanie jednostki, firm czy organizacji jest jak najmniejsza.

Weźmy np. szkolnictwo. Jeśli państwo zadba o wysoką jakość publicznej edukacji, dzieci z zamożnych domów, chodzące do prestiżowych prywatnych szkół, nie będą na starcie tak bardzo uprzywilejowane wobec gorzej sytuowanych rówieśników. Część elit może zresztą posyłać dzieci do publicznych szkół, jak po wojnie we Francji. Ale wystarczy zaniedbać szkoły publiczne – efekt będzie odwrotny.

Szanse na starcie mają być równe, żeby ostatecznie wygrał lepszy?

Żeby wygrało całe społeczeństwo, bo dzięki temu w pełni wykorzysta swoje zasoby i pomoże rozwinąć się wszystkim swoim Einsteinom, niezależnie od tego, w jak bogatej rodzinie się urodzili.

W swojej książce przeanalizowałem przypadki wszystkich 44 krajów o wysokim poziomie dochodu, z wyjątkiem małych krajów wyspiarskich i gospodarek opartych na ropie. Każdy na pewnym etapie rozwoju przeszedł od społeczeństwa oligarchicznego, w którym elity dbały tylko o własny interes i blokowały rozwój reszty społeczeństwa, w stronę społeczeństwa inkluzywnego, w którym rządzi się w interesie całego społeczeństwa. To było kluczowym warunkiem długoterminowego sukcesu.

Podług tych kryteriów Polsce nie miał prawa wyjść sukces gospodarczy. Po 1989 r. skręciliśmy ostro w stronę założeń Konsensusu Waszyngtońskiego. Czyli: jak najmniej państwa w gospodarce, prywatyzacja połączona z deregulacją rynku pracy, obniżanie podatków. O wyrównywaniu nierówności ani słowa.

Bo czarną robotę odwalił PRL, który zbudował społeczeństwo wprawdzie ubogie, ale egalitarne, społecznie mobilne i nie najgorzej wykształcone.

U Acemoglu i Robinsona nie ma odpowiedzi na pytanie, co sprawia, że jakiś kraj w pewnym momencie przestawia zwrotnicę w stronę inkluzywności. Postanowiłem rozwinąć tę myśl w swojej książce i doszedłem do wniosku, że tego typu przemiany zawsze są efektem poważnych wstrząsów politycznych i przemocy, która jest niezbędna, by odebrać władzę starym elitom. W Europie Zachodniej zarzewiem tych przemian była epoka napoleońska, która zlikwidowała pozostałości feudalizmu i uwolniła społeczeństwa. Azję po 1945 r. zmienili Amerykanie, którzy narzucili podbitym krajom, szczególnie Japonii, nowoczesne konstytucje i przeprowadzili radykalne reformy rolne. W Polsce tę samą rolę odegrały najpierw II wojna światowa, a potem komunizm.

Konstytucja marcowa zniosła tytuły szlacheckie.

Odebrała im jedynie znaczenie prawne. Przedwojenna Polska miała społeczeństwo oligarchiczne, w którym de facto rządziły wąskie elity. Widać to choćby po nieudanej reformie rolnej: wbrew szumnym zapisom w kolejnych ustawach, do końca II RP udało się rozparcelować mniej niż 10 proc. ziemi. Ówczesny „układ” był zbyt silny, żeby pozwolić na inkluzywne reformy.

Dopiero II wojna i komuna zaowocowały – czy raczej poskutkowały, był to bowiem proces brutalny, a dla wielu tragiczny – głęboką urawniłowką. Dotychczasowe elity majątkowe gwałtownie zubożały, a jednocześnie PRL wypisała sobie na sztandarach postulat równości, który traktowała w miarę poważnie. Ruszyła elektryfikacja wsi, program walki z analfabetyzmem, industrializacja, która miała rozmach większy od przedwojennego Centralnego Okręgu Przemysłowego.

Według danych spisu powszechnego z 1931 r. – 31 proc. mieszkańców Rzeczypospolitej powyżej 10. roku życia nie umiało czytać. W latach 1933-35 odsetek dzieci w wieku szkolnym, które nie pobierały żadnej nauki, wzrósł z 9,8 do 11 proc. Dziś już się nie dowiemy, czy II RP, spadkobierczyni Rzeczypospolitej szlacheckiej, poradziłaby sobie z tymi problemami lepiej niż PRL, gdyby tylko miała na to czas.

Lubię cytować powiedzenie Napoleona, że historia jest zbiorem kłamstw, które postanowiliśmy uważać za prawdę. Dotyczy to także tradycji szlacheckiej, którą nasza arystokracja wytworzyła głównie na własny użytek. Tymczasem mit Rzeczypospolitej szlacheckiej jako wspólnego domu szlachty i pozostałych stanów ma się nijak do realiów, w których znikomy procent populacji decydował o kształcie państwa. Położenie reszty było znacznie gorsze, kończąc na chłopach, których status niewiele różnił się od doli niewolników.

Oligarchiczne społeczeństwo szlacheckie nie tylko budowało prawo i struktury, które wykluczały obcych poza nawias i utrwalały władzę – dość przywołać konstytucję „nihil novi” czy liberum veto. Wytworzyło także system wartości, który piętnował dążenie do poprawy swego losu. Oszczędność i przedsiębiorczość, które w Europie Zachodniej uchodziły za cnoty, w kulturze sarmackiej nazywano skąpstwem i chciwością. Polska szlachta – jak każda elita – czuła się po prostu bezpieczniej, kiedy miała dla siebie duży kawał nierosnącego ciasta. Sytuacja, w której ciasta zaczyna przybywać, jest dla każdej elity niebezpieczna, grozi bowiem tym, że w pewnym momencie pojawia się ekonomiczna, a potem i polityczna konkurencja. Lepiej nie ryzykować i zablokować taki proces od początku. Naszej szlachcie się to świetnie udało.

W 1945 r. w całej Europie Wschodniej arystokracja i burżuazja straciły nagle na znaczeniu. Wszędzie doszło także do spłaszczenia struktury społecznej. 45 lat później wystartowaliśmy mniej więcej z tego samego pułapu ubóstwa. Jak Pan wytłumaczy, że nam poszło lepiej niż np. Ukraińcom czy Bułgarom?

Budowa społeczeństwa inkluzywnego nie oznacza automatycznego dobrobytu. To warunek konieczny, ale niewystarczający. Potrzebna jest też dobra polityka gospodarcza. Nam po 1989 r. udało się relatywnie szybko zbudować instytucje, które mogły zacząć kontrolować reguły wolnorynkowej gry. Dorobiliśmy się też niezależnych, także finansowo, mediów, które patrzyły władzy na ręce. Nadzór bankowy, sądownictwo, nawet administracja funkcjonowały tu sprawniej niż w innych krajach bloku wschodniego. Być może dlatego, że budową zalążków nowej Polski zajęli się ludzie, którzy mieli rozeznanie, jak tego typu instytucje działają na Zachodzie. Tam dochodzili do tego przez stulecia, metodą prób i błędów, my braliśmy gotowe wzorce.

Bułgarzy też mieli do nich dostęp.

Ale z różnych względów nie chcieli z nich korzystać. Gwoli przykładu, w Polsce, mimo błędów, nie doszło do rabunkowej prywatyzacji. W 1989 r. Leszek Balcerowicz, zachodni doradcy i międzynarodowe instytucje byli wprawdzie za tym, by prywatyzować, co się da, byle szybciej i po jakiejkolwiek cenie, ale społeczeństwu udało się to zablokować. Do masowej prywatyzacji doszło dopiero w 1996 r., kiedy opinia publiczna, także dzięki mediom, miała już rozeznanie w cenach majątku. Nie dało się już bezkarnie sprzedać fabryki za złotówkę. Ukraińcom, Rosjanom, Czechom czy Bułgarom zabrakło silnego społeczeństwa obywatelskiego i łutu szczęścia. Nim się obejrzeli, dorobili się kasty oligarchów, którzy wskoczyli w buty dawnej arystokracji, uzależnili od siebie najpierw media, a potem podporządkowali sobie także politykę, żeby służyła ich interesom. My tego uniknęliśmy.

A Jan Kulczyk?

Nie ta skala zblatowania biznesu z polityką. Niech pan sobie choćby przypomni polskich premierów i ministrów finansów: w zasadzie wszyscy są nadal czynnymi politykami albo wrócili na uczelnie. Z małymi wyjątkami, nikt nie sprzedał się wielkiemu biznesowi. Nikt nie był też podejrzany o brak uczciwości. To nas wyróżnia na tle innych krajów, w regionie i na świecie. Mieliśmy szczęście co do liderów.


Czytaj także: Marek Rabij: Promile we mgle


To, w połączeniu z importem zachodnich instytucji, otwartymi granicami, pracowitością Polaków i funduszami unijnymi sprawiło, że w trzy dekady odrobiliśmy nie tylko pół wieku gospodarki centralnie sterowanej, ale też błyskawicznie zrzuciliśmy balast wielu historycznych zaszłości.

Jak długo jeszcze będziemy na tej fali wznoszącej?

Jeszcze przez jakiś czas, bo mamy konkurencyjną gospodarkę, którą trudno zepsuć. Ale sukces w przeszłości nie gwarantuje powodzenia w przyszłości. Dalej jesteśmy państwem na dorobku, które członkostwo w klubie najbogatszych musi sobie dopiero wyrobić na stałe. Kłopot w tym, że nasza przyszłość nie leży całkowicie w naszych rękach.

PiS twierdzi, że jesteśmy kolonią bogatego Zachodu.

Cóż, w pewnym sensie zawsze nią byliśmy, bo nawet w czasie „złotego wieku” za Jagiellonów eksportowaliśmy zboże, nie karoce, i byliśmy uzależnieni od zachodnich kupców, przedsiębiorców i rynków. W dzisiejszym świecie pojęcie „kolonii” ma jednak mało sensu, bo każdy kraj, nie wyłączając Niemiec czy nawet Ameryki, jest uzależniony od światowej gospodarki. Ponad jedna trzecia globalnych zysków Volkswagena pochodzi z Chin; cały niemiecki przemysł samochodowy jest podobnie uzależniony. Czy to sprawia, że Niemcy są kolonią Chin?

W dyskusji o „kolonizacji” chodzi o to, aby nasza gospodarka wypracowała sobie pozycję, w jakiejkolwiek branży, w której to my moglibyśmy uzależniać innych. Tak jednak nigdy w polskiej historii nie było, co nie oznacza, że tak się nigdy nie stanie. Chociaż będzie trudno.

Z peryferii mamy się przesunąć bliżej centrum?

Musimy. Innej drogi nie ma, jeśli nie chcemy zaprzepaścić fenomenalnego dorobku ostatnich 30 lat. Z moich prognoz wynika, że do 2030 r. Polska powinna osiągnąć pułap około 80 proc. PKB na głowę w Europie Zachodniej. Obecnie mamy nieco ponad dwie trzecie. Ale nadganiać będzie coraz trudniej, bo coraz bliżej nam do najlepszych i coraz trudniej nadganiać bazując tylko na kopiowaniu pomysłów i niskim koszcie pracy. Czas więc na nowy napęd dla Polski.

Czyli?

Przede wszystkim na inwestycje w naukę i edukację. Bez pierwszorzędnych mózgów nie będzie pierwszorzędnej gospodarki. Druga rzecz to infrastruktura. Wiele już zrobiliśmy, ale daleko nam do globalnej ligi mistrzów. Wiedzą o tym np. Chiny, które mimo że wciąż są od Polski biedniejsze, to już mają lepszą infrastrukturę, szczególnie w najważniejszej dla przyszłości cyfrowej gospodarce. Po trzecie, musimy pozostać otwarci na imigrację ekonomiczną. Kluczowe też będą efektywne i godne zaufania instytucje, w tym przede wszystkim niezależny, godny zaufania i skuteczny wymiar sprawiedliwości.

Część ekonomistów i polityków nadal mówi: nie stać nas.

Polski nie stać przede wszystkim na to, by stać się fiskalnym Talibanem, w którym wszystko podporządkowane jest kreacji nadwyżki budżetowej i obniżaniu długu publicznego na siłę – bez mała jak w Rumunii Ceauşescu, która spłaciła całe zagraniczne zadłużenie kosztem skokowego wzrostu biedy. Dług publiczny to środek do celu, jakim jest rozwój społeczno-gospodarczy, a nie cel sam w sobie. Biorąc pod uwagę historycznie niskie koszty długu, wynoszące teraz ok. 3 proc. rocznie, inwestycje w drogi, naukę czy innowacje przyniosą nam o wiele wyższe zwroty niż koszt długu. W czasie dobrej koniunktury dług publiczny powinien spadać, ale na ścieżce szybkiego wzrostu gospodarczego, a nie cięcia wydatków rozwojowych na ślepo.

W polityce społeczno-gospodarczej polskiego rządu nie było 9-10 mld zł dla protestujących nauczycieli, ale znalazło się dodatkowych 20 mld zł na 500 plus.

Co za dużo, to niezdrowo.

A bez przysłów?

Za dużo i za szybko. Program 500 plus w dotychczasowej wersji zrobił wiele dobrego dla eliminacji biedy i obniżenia nierówności. To sprzyja budowie inkluzywnego społeczeństwa. Ale ostatnie decyzje rządu to oczywista gra pod wybory. Wolałbym, żebyśmy do 500 plus na każde niepełnoletnie dziecko dochodzili stopniowo, bez ryzyka, że zabraknie pieniędzy na inwestycje kluczowe dla przyszłości kraju i wydatki rozjadą się z dochodami.

Lekarze wiedzą, że jeśli temperatura ciała pacjenta wzrośnie do 42 stopni, to po zawodach. Dług publiczny też ma jakiś punkt krytyczny?

Zamiast testować granice wytrzymałości, lepiej, trzymając się porównań medycznych, zapobiegać chorobie. Mamy taki bezpiecznik, czyli 3 proc. deficytu budżetowego do PKB, monitorowany przez Komisję Europejską. Jest ustawiony na tyle sensownie, że nie hamuje rozwoju. Nie ma powodu, by go fetyszyzować, ale nie wolno go lekceważyć.

Premier mówi, że przekroczenie tego progu go nie przeraża.

Na razie pomaga nam koniunktura, ale nie zawsze tak będzie. Polityka to sztuka wyboru, a skokowe podwyższenie wydatków na 500 plus oznacza, że tych pieniędzy nie zainwestujemy w naukę, edukację i służbę zdrowia, czyli w to, co jednocześnie utrwala inkluzywność społeczeństwa i podnosi konkurencyjność gospodarki.

Będąc małą gospodarką na dorobku, musimy prowadzić politykę gospodarczą lepszą niż inni. Jeśli się nam to nie uda, stracimy najlepszą szansę w historii, żeby dogonić Zachód i dołączyć do cywilizacyjnego jądra Europy. ©℗

Dr hab. MARCIN PIĄTKOWSKI, ekonomista pracujący w Pekinie, adiunkt w Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie, autor książki „Europe’s Growth Champion. Insights from the Economic Rise of Poland” wydanej nakładem Oxford University Press (polska wersja ukaże się nakładem wydawnictwa Poltext).

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Historyk starożytności, który od badań nad dziejami społeczno–gospodarczymi miast południa Italii przeszedł do studiów nad mechanizmami globalizacji. Interesuje się zwłaszcza relacjami ekonomicznymi tzw. Zachodu i Azji oraz wpływem globalizacji na życie… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 19/2019