Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Koszyk złotych jajek

Koszyk złotych jajek

13.10.2013
Czyta się kilka minut
Maciej Żylicz, prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej Prawa Maxwella o rozchodzeniu się fal elektromagnetycznych posłużyły jedynie Einsteinowi, który oparł na nich swoje fundamentalne odkrycia.
Prof. Maciej Żylicz Fot. Paweł Kula / FNP
U

Upłynęło przeszło sto lat, nim wykorzystano je na masową skalę – w telefonii komórkowej. Jeżeli więc powiem: „chcesz, by wykorzystywano twoje wyniki naukowe, najpierw musisz się postarać, by były oryginalne” – będę banalny. Ale tak właśnie jest: dźwignią innowacyjności, która tak się podoba politykom napędzanym wizją szybkiego sukcesu, nie są zamówienia z przemysłu, ale odkrycia naukowe, do których doprowadziła uczonych ich badawcza ciekawość.

ANNA MATEJA: Najcenniejszy kapitał Fundacji na rzecz Nauki Polskiej to...
MACIEJ ŻYLICZ: Laureaci. I recenzenci, którym możemy zaufać.
Bo to oni oceniają projekty uczonych ubiegających się o finansowanie Fundacji?
Właśnie, to ponad 4 tys. naukowców z Polski i zagranicy, z których kilkuset jest systematycznie przez nas proszonych o ocenę wniosku albo udział w panelu dyskusyjnym z wnioskodawcami, których projekty okazały się najbardziej interesujące. Do tego grona dołącza wielu laureatów wyróżnień FNP, bo to osoby, których pracę badawczą wnikliwie oceniono w konkursie i to, że są świetnymi uczonymi, nie podlega dyskusji.
Najważniejsze jest jedno: jesteśmy w Fundacji pewni ocen tych ludzi – że są bezstronne i oparte na ich najlepszej wiedzy, że nie stanowią elementu rozgrywek między osobami czy instytucjami. W tym momencie, kiedy nasze wsparcie może wynosić nawet kilka milionów złotych, to rzecz nie bez znaczenia. Z tego też względu staramy się, by recenzentów spoza Polski było więcej.
Dlaczego spoza Polski, a nie z Polski?
By zagwarantować brak powiązań personalnych z polskimi instytucjami, dzięki czemu decyzje o wyborze wniosków, które uzyskają dofinansowanie, mogą być maksymalnie obiektywne. Tylko tak możemy dotrzeć do najwybitniejszych osób uprawiających naukę w Polsce. Co też ważne: za sprawą takiej procedury uczeni składający wniosek o sfinansowanie badań, którzy mają wyłącznie lokalne osiągnięcia, konfrontowani są z poziomem, na jakim uprawiana jest ich dziedzina w świecie. Nie jest to pozbawione ryzyka: każdy z recenzentów widzi tylko jeden wniosek i siłą rzeczy porównuje go z tymi, które piszą naukowcy np. na Harvardzie czy w Massachusetts Institute of Technology. Jeżeli jeszcze recenzent będzie bardzo wymagający, łatwo mu przyjdzie odrzucić pomysł, który wyda mu się nie dość nowatorski. Dlatego, po recenzjach, najlepsze wnioski są dyskutowane i porównywane z innymi podczas interdyscyplinarnych paneli ekspertów.
Porównanie z najlepszymi na świecie nie wypada źle. Maciej Wojtkowski, konstruktor tomografu optycznego, Sebastian Maćkowski, który zamierza wykorzystać materiały nieorganiczne w procesie sztucznej fotosyntezy, czy Stefan Dziembowski, znakomity kryptograf, chyba recenzentów nie zawiedli.
To świetni młodzi uczeni: po habilitacji, z istotnymi osiągnięciami, w wieku, średnio licząc, około czterdziestu lat. To dowód na to, że polska nauka ma wybitnych młodych ludzi – jeżeli mają kłopot z tym, by pokazać światu, na co ich stać, to między innymi dlatego, że w polskich warunkach niełatwo im się usamodzielnić naukowo i założyć własny zespół badawczy. Dlatego właśnie prowadzimy program TEAM – a kiedyś, na mniejszą skalę: FOCUS – dzięki którym uczeni zakładają pierwsze w życiu zespoły.
Wiek laureatów – największa grupa spośród nich to osoby, które granty otrzymały mając 35-39 lat, mimo że program nie przewiduje żadnych ograniczeń wiekowych! – pokazuje, jak bardzo jest potrzebne w polskiej nauce takie rozwiązanie. Co oczywiste, ci ludzie wygrywali nie dlatego, że byli młodzi – po prostu ich projekty w ocenie naszych recenzentów okazywały się najlepsze. I nieraz się zdarzało, że uczeni z dłuższym stażem przegrywali w konkurencji z młodszymi kolegami. Dodam, że całkiem liczne jest grono laureatów obu wymienionych programów, którzy w momencie uzyskania wsparcia FNP nie posiadali nawet stopnia doktora habilitowanego. Dorobek naukowy mieli jednak na tyle imponujący, że wiadomym było, iż uzyskanie stopnia naukowego jest w ich sytuacji kwestią najbliższego czasu.
Prof. Maćkowski pojawił się na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu jako „człowiek znikąd”, bo cała jego kariera naukowa przebiegała gdzie indziej, oraz z tematem, którym nikt się na uczelni nie zajmował. Ale... zaufano mu i zatrudniono go. W Polsce to podobno ewenement?
W polskiej nauce króluje reguła hodowli wsobnej – większość ludzi po tzw. postdokach, czyli zagranicznych stażach podoktorskich, wraca do macierzystej uczelni, bo gdzie indziej nie byłoby dla nich etatu. To są zresztą nieraz świetne zespoły, ale uważam, że młody człowiek w ciągu dziesięciu lat pracy ze swoim profesorem może nauczyć się od niego wszystkiego, co możliwe – potem wchodzi w stan naukowej wegetacji. W każdym laboratorium obowiązują przecież pewne hipotezy, jest szkoła badawcza, którą tworzy profesor, a ta w żadnej dyscyplinie nie jest jedyną. Dlatego młody człowiek musi stykać się z innymi ludźmi, ideami, warunkami pracy nawet, by poczuć się jak samodzielny naukowiec, a nie podopieczny (bo tak przyzwyczaił się na niego patrzeć jego dawny promotor).
Zdarza się jednak, że fundusze, które młodzi uczeni otrzymują z Fundacji na naukowe usamodzielnienie się, bywają traktowane przez uczelnie jak kłopot. Oto przykład: młody doktor po stażu podoktorskim, który otrzymuje nasze stypendium, powinien być zatrudniony na uczelni – nam się wydawało, że jeżeli pojawia się zdolny młody człowiek z kilkoma milionami złotych na stworzenie zespołu badawczego, to podpisanie z nim umowy o pracę powinno być formalnością. Tym bardziej że FNP dodaje 5 tys. złotych nieopodatkowanego stypendium do pensji „postdoków”. Tymczasem im uczelnia była większa i bardziej nobliwa, tym większe były z tym trudności. Ostatecznie zatrudniano tych młodych ludzi, ale za absolutne minimum – byle tylko się nazywało, że mają etat.
Bo uczelnie nie mają pieniędzy!
Skoro zatrudniają na wydziałach dziesiątki profesorów, trudno, by starczyło funduszy na etaty dla adiunktów, którym – jak tego chce ustawa o szkolnictwie wyższym – trzeba poza tym zapewnić pensum zajęć ze studentami. Ale jeżeli pojawia się świetna osoba, z pomysłem i z dużymi pieniędzmi, czy na pewno musi wypracowywać całe pensum? Przecież taka osoba ma co robić jako naukowiec. To błędne koło, które wielu młodych ludzi próbuje przerwać – a jeśli się nie uda, sfrustrowani wyjeżdżają za granicę. (Nawiasem mówiąc: to nie ustawa powinna regulować pensum dydaktyczne nauczycieli akademickich, ale uczelnia – indywidualnie wobec każdego z pracowników).
Ostatecznie we wszystkich programach udało nam się zatrudnić 211 „postdoków”, ale prawie za każdym razem to był krwawy bój... Bo też Fundacja nie zostawia laureata samego z tym problemem – bierzemy na siebie negocjacje z władzami uczelni, staramy się, by ich zatrudniano, nie obniżając im pensji. To bywa pierwszy odruch wielu rektorów: skoro laureat programu FNP otrzymał tak duże pieniądze, na co mu jeszcze pensja uczelni? Równie trudno przekonać rektorów do możliwości zatrudniania współpracowników przez naszego laureata. Kiedy w 2008 r. pojawiła się możliwość pozyskiwania unijnych funduszy strukturalnych – a Fundacja dzięki tym środkom zaczęła wydawać na działalność programową w ostatnich latach około stu milionów złotych rocznie, czyli pięciokrotnie więcej niż w czasach, gdy korzystaliśmy jedynie ze środków wypracowanych z własnego kapitału – to była pierwsza rzecz do realizacji: usunięcie przeszkód, które utrudniały zatrzymywanie najlepszych adiunktów i „postdoków” na uczelni.
A profesorowie nie pytali, dlaczego adiunkt ma zarabiać tyle, co oni?
Pytali. Podobnie jak o to, dlaczego doktorant otrzymuje z Fundacji stypendium w wysokości aż 3 tys. złotych, kiedy ich uczelnie wypłacały im 1 tys. złotych. Tłumaczyłem wówczas rektorom, że problemem nie jest to, że adiunkt czy doktorant dostaje za dużo, tylko że profesor zarabia za mało. I tak stajemy przed kolejnym zadaniem: pozyskiwania ludzi z zewnątrz, którym trzeba dobrze zapłacić – uznany ośrodek naukowy powstanie bowiem wówczas, gdy wśród naukowców zaczną pracować ludzie o innej kulturze i innym języku. Bo dopiero „tygiel kultur” jest najbardziej twórczy. Polsce do tego jest jeszcze daleko – liczba polskich studentów z obcym paszportem nie przekracza jednego procenta. W ramach naszych programów, finansowanych z pieniędzy unijnych, na 1977 udzielonych stypendiów udało nam się sprowadzić do Polski jedynie 155 laureatów i stypendystów obcokrajowców.
Jak przekonujecie uczonych, że prawdziwe naukowe wyzwania czekają na nich w Polsce?
A nie jest tak? To w Polsce wszystko jest jeszcze – w sensie naukowym – przed nami. Gdzie indziej, wcześniej czy później, ludzie dochodzą do „szklanego sufitu”. Tak rozmawiał z Polakami pracującymi w Wielkiej Brytanii, na naszą prośbę, prof. Tomasz Dietl, znakomity, uznany na świecie fizyk, laureat Nagrody FNP. Profesor na pytanie: „wracać czy nie wracać?” odpowiedział tak: „jeżeli chcecie być jednymi ze stu-dwustu świetnych w danej dziedzinie naukowców za granicą, zostańcie; jeżeli macie ambicję bycia jedynymi i najlepszymi, wracajcie do Polski”.
Wiem, że wielu młodych polskich uczonych pracujących za granicą z reguły planuje powrót do Polski. Przed podjęciem takiej decyzji często powstrzymuje ich lęk przed trudnościami, jakie zastaną w kraju. To dla nich właśnie Fundacja stworzyła program HOMING PLUS, który pomaga stworzyć w Polsce porównywalne do zagranicznych warunki pracy. Praca w Fundacji nauczyła mnie bowiem, że musimy inwestować w młodych ludzi – tylko oni są w stanie rozkruszyć skostniały system polskiej nauki. Wystarczy im zapewnić wolność działania. Uświadomiło mi to następujące doświadczenie: zdarzało nam się w programach adresowanych do dojrzałych naukowców konstatować, że chyba wybraliśmy już wszystkie złote jajka, więc czas zamykać program, bo naszym założeniem jest pomaganie najlepszym; w przypadku młodych ludzi „końca nie widać”. Wciąż mamy fantastyczne kandydatury.
Prof. Magdalena Rakowska-Boguta, genetyk, która za wypłacone przez Fundację pieniądze z funduszy strukturalnych stworzyła wraz z prof. Martą Miączyńską międzynarodowe studia doktoranckie, przyznała: „wybrałam tylko Polaków, bo byli lepsi od kandydatów z zagranicy”. Poza tym była pewna, że gdyby nie znaleźli się w gronie doktorantów tego programu, wyjechaliby z Polski.
Za granicą też są świetni kandydaci, tylko że oni do nas nie aplikują, niestety. Polska nie ma bowiem jeszcze renomy miejsca, gdzie można uprawiać dobrą naukę. Kiedyś zapytaliśmy naszych recenzentów, wśród których są też naukowcy bez większej wiedzy o życiu w Polsce: jakie warunki musielibyśmy spełnić, by zechcieli tu przyjechać i pracować naukowo? Oto odpowiedź: przyjechaliby, gdyby pracę w Polsce można było wpisać do CV – pochwalić się tym, po prostu. Zarobki znalazły się dopiero na trzecim miejscu. Ważniejsza od pieniędzy okazała się choćby swoboda dyskusji naukowej – na jej brak wskazywali przede wszystkim ci, którzy z Polski wyjechali i pamiętają, że po wykładach, a nawet podczas obrony doktoratu pytań się nie zadaje.
Po co, kiedy wszystko zostało powiedziane...
To przestaje być śmieszne, gdy uświadomimy sobie, że nauki nie można uprawiać bez rzeczowej dyskusji, czyli autentycznego zainteresowania tematem. Teraz proszę sobie wyobrazić młodego człowieka, który wraca z zagranicy napakowany wiedzą, chce się pochwalić swoimi publikacjami, a tu nikt o nic nie pyta, nie prosi się go nawet o wygłoszenie referatu na seminarium. Wrócił w to samo miejsce, gdzie był, do tego samego gabinetu, laboratorium, biurka...
Skąd wzięło się upodobanie polskich władz do klucza: info, bio, techno, według którego rozdzielano do tej pory fundusze strukturalne wspierające polską naukę?
Z naśladownictwa. Wyobraźnia wielu polityków opiera się na informacjach zaczerpniętych z mediów, gdzie przedstawia się naukę jak dziedzinę, która zapewnia odkrycia do szybkiego zastosowania. Potem słyszę pytania w rodzaju: dlaczego nie możemy zainwestować w biotechnologię, dzięki której Stany Zjednoczone zarabiają większe pieniądze niż w przemyśle informatycznym? Możemy, ale najpierw musimy zainwestować – w uczelnie, w projekty, w zespoły – pieniądze porównywalne z tymi, które w USA wyłożono 30-40 lat temu. Zwracam uwagę, że tam finansowano badania podstawowe i teraz odcina się od tego kupony. Polska nie jest w stanie nawet zbliżyć się do tego poziomu inwestycji, więc po co naśladować? Wolałbym stworzyć mapę, z której dowiem się, kto w Polsce, mimo mizerii finansowej, robi coś oryginalnego, co da się skomercjalizować. I właśnie tym zespołom naukowym dać pieniądze. W ten sposób nie będziemy naśladować innych, ale stworzymy nasze własne nisze, które zapewnią nam konkurencyjność.
Jeżeli upieramy się, że to nauki stosowane, a nie podstawowe, są ważniejsze.
Prof. Maciej W. Grabski, poprzedni prezes Fundacji, uważa ten podział za przestarzały – nauka jest jedna. Do odkryć naukowych dochodzi przecież dzięki ciekawości badawczej uczonych albo za sprawą wyznaczenia ambitnego celu, np. wysłanie promu kosmicznego na Marsa czy opracowanie terapii antynowotworowych. > W dobrze działającym systemie finansowania nauki powinna być zachowana równowaga między podejściem „oddolnym”, gdy uczony proponuje tematykę badań naukowych i konkuruje z innymi pomysłami, a podejściem „odgórnym”, gdy „sponsor”, najczęściej państwo, proponuje tematykę badań naukowych.
„Sponsor” wyznacza ambitny cel i...
...byłoby świetnie, gdyby nie wytyczał drogi do jego osiągnięcia, pozostawiając to inwencji uczonych. Tyle że powodowani wyłącznie ciekawością naukowcy czasami dokonują odkryć, wobec których laikom brakuje wyobraźni, w jaki sposób można je wykorzystać. Prawa Maxwella o rozchodzeniu się fal elektromagnetycznych w ciągu 50 lat od sformułowania posłużyły jedynie Einsteinowi, który oparł na nich swoje fundamentalne odkrycia. Upłynęło przeszło sto lat, nim wykorzystano je na masową skalę – w telefonii komórkowej. Jeżeli więc powiem: „chcesz, by wykorzystywano twoje wyniki naukowe, najpierw musisz się postarać, by były oryginalne”, będę banalny. Ale tak właśnie jest: to odkrycia naukowe, stymulowane oddolnie przez ciekawość uczonych, są najczęściej dźwignią innowacyjności, która tak się podoba politykom napędzanym wizją szybkiego sukcesu.
Tyle że politycy chcą sukcesu w ciągu jednej kadencji, a nie po stu latach!
Co więcej: wielu z nich nie wierzy, że długofalowe inwestowanie w naukę jest owocne. Czy w takiej sytuacji może dziwić, że 8-10 miliardów euro z funduszy unijnych, które Polska otrzymała na badania naukowe w ramach budżetu na lata 2014–2020, zostało przeznaczone na badania, które mają stymulować innowacyjność gospodarki? Zrodził się nawet trochę szaleńczy pomysł, by fundusze szły do instytucji badawczych poprzez firmy, tzn. by to one podsuwały pomysły naukowe, a instytuty je realizowały. Można i tak; w bogatych krajach, gdzie istnieją globalne firmy innowacyjne, taki pomysł miałby pewnie racjonalne uzasadnienie. Tyle że w Polsce większość firm to małe i średnie przedsiębiorstwa, które bazują na produkcji i sprzedaży nie więcej niż kilku produktów o niskich technologiach. Tam nie królują innowacyjne pomysły... Nawet w przemyśle farmaceutycznym i biotechnologicznym na przeszło 400 firm tylko kilka jest w stanie przedstawiać takie pomysły i współpracować przy ich realizacji z instytutami naukowymi.
To chyba pomysł urzędników na uprawianie nauki w Polsce...
Zgadza się – to wymyślili urzędnicy, i to z resortów mających niewielką styczność z nauką. Tymczasem środki finansowe powinny pobudzać kreatywność naukowców, a nie zamykać ją w klatce administracyjnie zdefiniowanych celów. Zaś pomysłów na inwestowanie nie brakuje. Wymienię trzy. Stworzenie trzech-pięciu międzynarodowych instytutów naukowych, gdzie uprawiano by naukę na światowym poziomie, przyciągając najbardziej obiecujące młode talenty. Powołanie „instytutów wirtualnych”, które skupiałyby najlepszych ludzi z danej dziedziny, nie wyrywając ich z macierzystych jednostek badawczych i przez to pobudzając współpracę polskich zespołów naukowych z przemysłem (w tym momencie prawie jej nie ma). Dalej: tworzenie kampusów naukowych i konsolidacja uczelni (państwowych uczelni jest w Polsce ponad 130!). Bez tego nie wykształcimy przedsiębiorczych pracowników gospodarki. Nie wykorzystamy też istniejącej infrastruktury naukowej ani potencjału ludzkiego, a nasze najlepsze polskie uczelnie wciąż będą się plasować w połowie czwartej setki rankingu szanghajskiego.
Bez współdziałania polityków pomysły pozostaną na papierze, więc... obawiam się, że to nie stanie się za naszego życia. Chyba bardziej wierzę w filozofię działania FNP: wyłuskiwanie najlepszych ludzi i wspieranie konkretnych projektów.
Ale trzeba też wiedzieć, po co to wszystko. Na czym nam zależy? Filozofia działania Fundacji też nie jest pozbawiona dłuższej perspektywy. W otoczeniu naszych laureatów ukształtowało się już przecież pokolenie ludzi, którzy mieli okazję poznać inne myślenie o nauce. Sama idea fundacji, która zarządza posiadanym kapitałem tak, jakby to był kapitał żelazny, a więc wiecznotrwały, również wymusza długofalowe myślenie. Od chwili, kiedy FNP otrzymała fundusz założycielski, część zysków przeznaczamy na finansowanie programów, część odkładamy na zabezpieczenie posiadanych środków przed inflacją. Dzięki temu, zaczynając w 1991 r. od 95 mln złotych, mamy dziś blisko 350 mln złotych majątku, a do końca 2012 r. wydaliśmy na cele programowe 427 mln złotych. Pomnożyliśmy więc nasz fundusz założycielski kilkakrotnie. Wydawanie pieniędzy bez namysłu, co wyczuwam u wielu spośród tych, którzy są złaknieni szybkiego sukcesu naukowo-wdrożeniowego, powoduje, że wydaje się dużo, ale bez uzasadnienia i efektów.
W połowie lat 80., po kilkuletnim pobycie na uniwersytecie Utah oraz Stanforda, wrócił Pan na Uniwersytet Gdański. Rozpoczęte wówczas badania nad białkami szoku termicznego zakończyły się wielkim sukcesem, choć – inaczej niż laureaci programów FNP – nie miał Pan żadnych funduszy, oparcia w systemie, a pracę rozpoczynał do zera. To właściwie od czego zależy sukces w nauce?
Od ciężkiej pracy, od kojarzenia faktów, które wszyscy znają, ale nie potrafią ze sobą połączyć. Od szczęścia, oczywiście. Ja mu pomagam zatrudniając osoby, które wiedzą to, czego ja nie wiem, bo są inaczej wykształcone – razem możemy stworzyć dodatkową nieoczekiwaną wartość. Ważna jest także pokora – w zespole badawczym każdy może wpaść na dobry pomysł, a od myślenia jest nie tylko jego szef. Więcej: to najmniej doświadczone, ale twórcze osoby miewają najbardziej nowatorskie pomysły.
A jak uczony żyje bez nauki, „tracąc” czas na zarządzanie FNP?
Nie może żyć, więc się z nauką nie rozstaje. Codziennie po 14.00 pojawiam się w Międzynarodowym Instytucie Biologii Molekularnej i Komórkowej, choćby po to, by porozmawiać ze studentami, przejrzeć ostatnie wyniki badań. Na własne prace, czytanie doniesień naukowych, pisanie publikacji czy grantów mogę poświęcić tylko weekend, i z tego nie zrezygnuję. Gdybym to zrobił, byłbym chyba dużo gorszym prezesem Fundacji, bo straciłbym kontakt z rzeczywistością.
Dużo pracuję, więc czasami słyszę: że też się panu chce... Owszem, miewam chwile spadku formy, ale wiem, że dzięki tej aktywności wiem więcej... Jak w nauce: cały czas się uczę i to jest chyba w tym najlepsze.

Prof. MACIEJ ŻYLICZ (ur. 1953) jest biochemikiem (ukończył biologię i fizykę doświadczalną na Uniwersytecie Gdańskim, z którym był związany przez większą część kariery naukowej). Jako uczony zajmuje się biologią molekularną białek szoku termicznego (m.in. pracuje nad opisaniem ich roli w procesie transformacji nowotworowej). Jest autorem blisko 90 prac naukowych. Pracuje w Międzynarodowym Instytucie Biologii Molekularnej i Komórkowej na Uniwersytecie Warszawskim; od 2005 r. pełni funkcję prezesa FNP.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]