Następnym razem...

Centralne Biuro Antykorupcyjne nie pomogło jednak PiS-owi wygrać wyborów. Nie pomogło, a nawet zaszkodziło. Podobnie z telewizją, tak zwaną publiczną: sukces Donalda Tuska w debacie z premierem okazał się skuteczniejszy niż manipulowanie przed redaktorów ramówką.
Czyta się kilka minut

Zamykając poprzedni odcinek tej rubryczki, podejrzewałem, że premier, choć po przegranej debacie usunął się na trzy dni ze sceny, nie złożył jeszcze broni. I rzeczywiście, następnego dnia przyszedł kontratak: transmitowana przez TVP konferencja prasowa CBA, ujawniająca materiały ze śledztwa w sprawie podejrzanej o korupcję posłanki PO Beaty Sawickiej. To był jednak fałszywy krok.

Nie dość bowiem, że Biuro w sposób oczywisty wprzęgnięte zostało w kampanię, ale zorganizowany przez nie telewizyjny show sprowokował wystąpienie Sawickiej.

I dowiedzieliśmy się o czymś, co jeśli rzeczywiście się zdarzyło, stanowi nie tylko złamanie wszelkich zasad, ale i prawa: że to pracownik CBA uknuł całą intrygę i nakłaniał posłankę do przestępstwa, wykorzystując w dodatku swój męski urok. Miejmy nadzieję, że komisja powołana przez nowy Sejm wyjaśni kulisy tej historii - bo jeśli okaże się ona prawdziwa, wówczas nie tylko posłanka, która wzięła łapówkę, powinna zostać ukarana. Pozostaje się cieszyć, że wyborcy zareagowali tak, jak zareagowali.

Wspomnianą konferencję pokazano, przerywając program - i nie była to jedyna zmiana w normalnej ramówce. Na cztery dni przed wyborami telewizyjna Jedynka w miejsce popularnej "Sprawy dla reportera" wyemitowała znienacka... hagiograficzny portret wicepremier Zyty Gilowskiej. Co zresztą, jak pokazują wyniki głosowania w Poznaniu, gdzie pani wicepremier startowała, nie bardzo pomogło.

Dramatyczny finał czterotygodniowego przedwyborczego maratonu zafundowała nam z kolei Państwowa Komisja Wyborcza, przedłużając ciszę wyborczą, a tym samym oczekiwanie na wyniki sondażowe o blisko trzy godziny. Tłumaczenie słyszeliśmy: zbyt wielu wyborców, zbyt mało kart do głosowania w niektórych komisjach obwodowych, ślamazarne ich dowożenie. Chciałbym nieśmiało zauważyć, że "rekordowa" frekwencja, którą wszyscy się zachłystują, rekordem jest tylko w naszych polskich warunkach: 53 procent uprawnionych przy urnach stanowi wynik co najwyżej zadowalający. 70 procent - to rzeczywiście byłoby coś. No, ale wtedy czekałby nas pewnie wyborczy paraliż.

Dlatego mam propozycję. Przedstawiciele rządu bardzo się obrazili, że Organizacja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie wtrąca się w nasze sprawy, bo chce monitorować wybory. Następnym razem, zamiast się obrażać, lepiej poprosić OBWE o przysłanie ekipy jak najliczniejszej, by wybory nie tylko monitorowała, ale przede wszystkim pomogła je zorganizować. Byle ten następny raz nie zdarzył się wcześniej niż za cztery lata.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 43/2007