"Nasi panowie - chorzy"

Kiedy rycerze św. Jana znaleźli się na Malcie, założyli szpital na 2 tys. chorych. Każdy miał swoje łóżko (ewenement w realiach XVI-wiecznej służby medycznej), a posiłki zjadał ze srebrnej zastawy, bo zaobserwowano, że wtedy nie wywiązuje się infekcja. Dzisiaj to nie chorzy, ale upośledzeni umysłowo zajmują jedno z ostatnich miejsc w społeczeństwie. Maltańczycy, planując stworzyć dla nich ośrodek wczesnej interwencji, od kilku lat zbierają fundusze na rozpoczęcie budowy.
Czyta się kilka minut

“Nasze bractwo nigdy nie zaginie, albowiem wywodzi się z nędzy tego świata. Przetrwa ono tak długo (...), jak długo będą istnieć ludzie dobrej woli pragnący ulżyć cierpiącym i nieszczęśliwym..." - przepowiedział błogosławiony Gerard, założyciel Zakonu Maltańskiego.

Historia rozpoczęła się przy szpitalu św. Jana w Jerozolimie w 1099 r. Zakon miał prowadzić hospicjum i szpital dla wiernych oraz pielgrzymów, odwiedzających Ziemię Świętą. Obrona wiary i niesienie pomocy ubogim, jako cele zakonu św. Jana Jerozolimskiego, potwierdziła bulla papieska z 1113 r. Dzięki niej szpitalnicy podlegają tylko Stolicy Apostolskiej. Z dawnej niezależności, wzorowanej na państwowej, pozostała własna moneta, znaczki pocztowe, paszporty i ambasady. Oraz samodzielność w stosunkach międzynarodowych, która 900 lat po powstaniu zapewnia im korzystanie z funduszy strukturalnych (np. Unii Europejskiej) dla niesienia pomocy charytatywnej.

Po zajęciu Jerozolimy przez muzułmanów zakon przenosi się na Cypr, a po zdobyciu Rodos zakłada państwo. W 1530 r. po klęsce z Turkami szpitalnicy osiadają na Malcie. I chociaż wygania ich stamtąd Napoleon, zmierzający do Egiptu, a zakonowi nigdy nie udaje się odzyskać ani dawnego znaczenia polityczno-gospodarczego, ani wyspy - nie kończy się jego działalność. Jak przepowiedział błogosławiony Gerard, pracują tam, gdzie mogą pomóc cierpiącym i nieszczęśliwym. Czyli wszędzie.

“Na wyjezdnym zaś funduje kościół parafialny w swojej wsi Zagość, położonej nad Nidą, ku czci św. Jana Chrzciciela i wyposażywszy go hojnie, powierza go zarządowi krzyżowców szpitalników" - pisał Jan Długosz w kronice o pierwszej komandorii Maltańczyków, założonej przez Henryka Sandomierskiego (syna Bolesława Krzywoustego), który następnie wziął udział w wyprawie krzyżowej. Był rok 1154. Osiemset lat później Jarosław Iwaszkiewicz napisze powieść “Czerwone tarcze" o zagadkowej postaci fundatora i pierwszych w Polsce szpitalnikach.

Kiedy wydano książkę, czasy świetności polskiej gałęzi zakonu dawno minęły. W 1950 r. ustawa o przejęciu przez państwo “dóbr martwej ręki" (czyli kasacji własności kościelnej) zakończyła się pozbawieniem funduszy także Maltańczyków. Przez 20 lat jedynym w Polsce przyjętym do Zakonu kawalerem maltańskim był Juliusz Ostrowski z Krakowa. Nie było szpitali ani przychodni medycznych. Oficjalnie nie było też w państwie ludowym “nędzy tego świata", na jaką uwrażliwiał założyciel.

Dzisiaj Maltańczyków jest w Polsce 79 - rycerzy i dam, ponieważ w szeregi wspólnoty przyjmowane są także kobiety. W Olsztynie powstało hospicjum, w Poznaniu - przychodnia onkologiczna dla kobiet, w Katowicach, przy domu Aniołów Stróżów - pomoc dla dzieci ulicy, a w Krakowie - ośrodek dla dzieci specjalnej troski. Założona w 1990 r. pomoc maltańska ma prawie 1500 wolontariuszy, zajmujących się chorymi i niepełnosprawnymi. W połowie lat 90. pojawił się projekt wybudowania w Krakowie ośrodka wczesnej interwencji dla dzieci upośledzonych umysłowo i ich rodzin.

Czego nie wiedzą rodzice

Dr Krzysztof Moczurad, lekarz i szpitalnik - mózg polskich Maltańczyków odpowiedzialny za działalność charytatywną zakonu - przegląda projekt architektoniczny instytucji, jaka ma powstać na Woli Justowskiej - willowej dzielnicy Krakowa.

- Gdy rodzi się “dziecko z problemami", kiedy nikt jeszcze nie ma pewności, czy będzie upośledzone umysłowo i w jakim stopniu, przyjęło się, przynajmniej w Polsce, że najważniejsza jest opieka medyczna. Robi się badania, dzieci spędzają 2-3 miesiące w szpitalu. Rodzicami nikt się nie zajmuje: ani ich rozpaczą, bo przecież nie tak wyobrażali sobie dziecko; ani ich brakiem przygotowania: jak się nim opiekować, do jakich pójść lekarzy i, co najważniejsze, rehabilitacją od pierwszych tygodni. Nieświadomie przyjmuje się, że rodzice to wiedzą!

Katarzyna nie wiedziała nic. Urodziła bliźnięta: o czasie, donoszone i zdrowe. Karolinę bez problemu. Kacpra - sinego z niedotlenienia, “z pojedynczymi piknięciami serca", jak usłyszała od położnika. Pamięta zażartą dyskusję lekarzy podczas porodu. Pojawiły się jakieś problemy i przez godzinę nie potrafili podjąć decyzji, co robić dalej.

- Zadecydowało 10 minut - mówi spokojnie, wymieniając “100 tys. dolegliwości", jakie pojawiły się w życiu Kacpra z powodu tamtych minut sprzed 5 lat. Kacper nie potrafi utrzymać równowagi, nie mówi, ma zaburzoną koordynację ruchów i częściowo sparaliżowany przełyk. Do tego dochodzi padaczka i wzmożone napięcie mięśni.

Po dwóch miesiącach od urodzenia, Kacper pojawił się w domu. Katarzyna pierwszy raz w życiu musiała sama założyć niemowlakowi sondę. Wcześniej zrobiła to tylko raz, w szpitalu, przy pielęgniarce. Drżały jej ręce, gdy przez nos Kacpra wsuwała plastikową rurkę do żołądka. Sprawdzała dokładnie ułożenie, nie mając odwagi rozpocząć karmienia. Na szczęście, udało się. Zdziwiła się tylko, dlaczego szpital, wydając jej dziecko, nie interesował się, czy ona wie, jak się tym dzieckiem zająć?

- Uratowało mnie to, że nie jestem matką histeryzującą - Katarzyna gładzi zaczesane do tyłu, ciemne włosy. Elegancka, mimo sportowego stroju. Po zdziwieniach przyszły rozczarowania i przygnębienie. - Mojej opieki potrzebowała też 3-letnia starsza córka i Karolina - niemowlę. A Kacper był nadpobudliwy, miewał chwilowe utraty przytomności. Popołudniami urządzał “wielkie wycie", prawdopodobnie z powodu jakichś problemów z trawieniem. Nikt mi nie powiedział, że powinnam go rehabilitować ani gdzie powinnam szukać wskazówek. Nie uciekałam w niemądre pocieszanie, że kiedyś Kacper będzie jak inne dzieci. Nie będzie. I rozpoczęłam poszukiwania.

Ryzyka i niespodzianki

Urszula jest matką aktywną, która organizuje i pomaga innym. Jaś jest jej czwartym dzieckiem - wcześniakiem. Ula chodzi nerwowo po kuchni, staje przy oknie, zaciąga się papierosem.

- Po urodzeniu spędził w szpitalu trzy miesiące. Byliśmy zachwyceni, gdy wrócił do domu. Jaki ładny, jaki spokojny. Trochę się dziwiliśmy, że nie chce siadać, potem raczkować, “ucieka mi wzrokiem", nie gaworzy. Szczepionki sprowadziliśmy z Instytutu Pasteura z Francji, bo “wcześniaki są wrażliwe". Okulary dla niemowlaka z retinopatią przysłali znajomi z Wiednia. Z powodu dziury w sercu, jaka mu została po wcześniejszym przyjściu na świat, udaliśmy się na prywatną wizytę do znanego kardiologa. Specjaliści nie kontaktowali się ze sobą. Każdy leczył mały kawałek Jasia. Gdzieś zagubiło się poczucie, że nasz syn składa się z wszystkich leczonych elementów, a nie każdego z osobna.

U neurologa zjawili się jednak dopiero, gdy Jaś miał dwa lata. Po badaniach zobaczyli czarne plamy martwych komórek w mózgu.

- Przestałam się interesować mężem, dorastającymi synami, dwa lata starszą od Jasia Olą. Miałam misję - uzdrowić syna. Wyjazdy do lekarzy, rehabilitacje, sanatoria, nauka chodzenia, leczenie multum różnych schorzeń, które syn łapał z niesamowitą szybkością. Przestałam pracować. Mąż zamknął firmę, bo nie miałam czasu mu pomagać.

To była droga prób i błędów. Na własnej skórze i, niestety, Jasia przekonałam się, jakie metody są dla niego nieskuteczne; gdzie lekarze tylko wyciągają pieniądze, łudząc nadzieją odzyskania przez syna sprawności; mnóstwo energii włożyłam w powstanie stowarzyszenia, które, jak się później okazało, prowadziło rehabilitację metodą, z której on korzystać nie mógł. Byłam wojowniczką: walczyłam o jego życie; o to, żeby chodził; nie zamykał się w swoim świecie. Dopiero po kilku latach zaczęłam się zastanawiać nad jakością jego życia. Nie przyszło mi do głowy, że mając 10 lat będzie nosił pampersy i nie powie “mamo". Że nie można odstawiać na bok wszystkich spraw i ludzi, bo, np. “Jaś uczy się chodzić" i to jest teraz najważniejsze.

Urszula i Katarzyna odetchnęły, gdy ich synowie znaleźli się w przedszkolu “u Murki", czyli w Zespole Szkół Specjalnych w Krakowie, gdzie dyrektorem jest Maria Orkiszowa, pedagog z ogromnym doświadczeniem w prowadzeniu dzieci upośledzonych. Katarzyna jest szczęśliwa: w sekretariacie leży prawie 400 podań, wolnych miejsc w odpowiedniej grupie było tylko kilka, a wybrano jej syna. Kacper w swoim tempie skończy tam szkołę, gimnazjum, będzie rehabilitowany.

- Kiedyś wdrapałam się z Kacprem na szczyt zjeżdżalni na placu zabaw. Widział, jak robią to inni, a on nie może sam. Więc weszłam z nim i zjechaliśmy razem. Takie jest życie z dzieckiem upośledzonym: ryzyka i niespodzianki. Na przemian.

- To są też nieograniczone możliwości. Potrzeba tylko większego wysiłku, żeby mogły się ujawnić - stwierdza Urszula. Podchodzi do Jasia. Ten nie zwraca na nią uwagi i naciska machinalnie przyciski na magnetowidzie. Wreszcie znajduje ulubione fragmenty “Kubusia Puchatka" i ogląda je kilkadziesiąt razy.

Szlachetność intencji i wielkość potrzeb

Dr Moczurad zna i ryzyko, i niespodzianki. I możliwości, jakie otwierają się przed upośledzonymi, o ile rehabilitacja będzie prowadzona od urodzenia. Ogląda plany gabinetów fizykoterapii i psychoterapii, lekarzy-specjalistów, sale spotkań z rodziną. Do tego przedszkole. I jeszcze odwiedziny w domu: aby sprawdzić, jak dziecko jest rehabilitowane, jak ma urządzony pokój. Wszystko w jednym miejscu, przystosowane do wózków i potrzeb osób niesamodzielnych. Ośrodek wczesnej interwencji istnieje jednak tylko w projekcie - ambitnym i drogim.

Od powstania pomysłu upłynęło kilka lat. Na razie gmina Kraków odstąpiła działkę wielkości 1300 metrów kwadratowych. Spłynęły pierwsze obietnice wpłat, o ile “budynek wyjdzie z ziemi".

- Czy powinniśmy czekać na lepsze czasy? - pyta siebie dr Moczurad. Kiedy nie będzie dziury budżetowej, recesji i potrzeb, które wydają się ważniejsze? Samarytanin też nie czekał na lepsze czasy. Pomagał z tego, co miał.

Kilka lat temu telewizja krakowska wyemitowała film o Maltańczykach, zapowiadając powstanie ośrodka wczesnej interwencji. W ciągu tygodnia Moczurad otrzymał 600 zgłoszeń. Po roku było ich 2500. Wszystkie dotyczyły dzieci, które powinny być rehabilitowane od urodzenia. W Małopolsce rehabilitacją jest objęta jedynie setka.

Dla Juliusza Ostrowskiego niełatwość wyzwań jest wpisana w status Maltańczyka.

- Nie sprawdzamy już szlachecko-arystokratycznego pochodzenia kandydata kilka pokoleń wstecz po mieczu i kądzieli. Wyjazd z chorymi i niepełnosprawnymi do Lourdes jest o wiele lepszym probierzem szlachetności serca niż liczba baronów i hrabiów w rodzinie. Kandydat musi tam pojechać chociaż raz: myć, przewijać, karmić - uczyć się posług najniższych. Jeśli obcowanie z ogromem tamtego cierpienia, kalectwa, a nierzadko i zgorzknienia, nie przerazi ich - mają zadatki, żeby stać się Maltańczykami.

- Odmawiałem wyjazdu przez kilka lat - Jacek Mycielski, inżynier po Politechnice Krakowskiej, od ponad 30 lat mieszka poza Polską. Pojechałem z Belgii, jako opiekun niepełnosprawnych. - W Lourdes spotkałem ludzi w ostatnim stadium choroby nowotworowej, od kilku lat unieruchomionych na wózku, głęboko upośledzonych. Zobaczyłem, z jakich nieważnych drobiazgów składa się moje życie - martwiłem się samochodem, który trzeba było odstawić do przeglądu, albo nowym podatkiem do zapłacenia. Wyzerowałem wszystkie emocje i doświadczenia. Mogłem być tylko sobą: myłem chorych, zabierałem do kaplicy, słuchałem ich historii.

Nim został Maltańczykiem, otrzymał rekomendacje czterech przyszłych konfratrów, którzy ręczyli za jego uczciwość i dobrą wolę. Pod tym względem nic się nie zmieniło od kilkuset lat, kiedy nowe osoby pasowano na rycerza tylko wtedy, gdy zdobyły zaufanie innych.

- Nie ma miejsca na realizowanie snobistycznych ambicji “przynależenia do towarzystwa". Nawet książę Habsburg nie jest nikim więcej nad to, co potrafi zrobić dla innych. Jesteśmy wolontariuszami, bo w zakonie nie ma etatów, ale nie wyklucza to posłuszeństwa. Wywodzimy się przecież z zakonu zorganizowanego jak wojsko, a nie tylko szpitalniczego.

Procedurę przyjęcia dopowiada Juliusz Ostrowski: - Kandydat przyjmowany jest przez głosowanie. Większość zarządu narodowej gałęzi zakonu musi być za. To i tak spory ukłon w stronę demokracji, bo do połowy lat 90. wystarczyły trzy głosy sprzeciwu, aby odsunąć osobę na zawsze od możliwości wstąpienia. Nikogo nie szukamy i stawiamy niełatwe warunki, ale czy zadania, z którymi mierzą się później Maltańczycy, nie wymagają od nich większej determinacji?

Za mało nas

Zakon Kawalerów Maltańskich przetrwał 900 lat i wiele historycznych burz, ale za pewną cenę. W zakonie nie ma demokracji, a posłuszeństwo powinno być właściwie praktykowane jako oddanie: wierze i służbie innym. Hierarchiczność uchroniła go jednak przed podziałem i, być może, zanikiem, który spotkał zakony templariuszy i krzyżaków. Jedyny rozłam przyniosła Reformacja, kiedy z Zakonu Maltańskiego wyrosła protestancka gałąź - joannici. Do swoich szeregów przyjmują wyłącznie rzymskich katolików. Kandydaci muszą przedstawiać świadectwa chrztu i ślubu, a nawet “świadectwa moralności" swoich biskupów ordynariuszy.

- Cierpienie jest bezwyznaniowe. Świadcząc pomoc nie pytamy ani o wyznanie, ani o narodowość - przypomina jednak szpitalnik, dr Moczurad. - W Betlejem prowadzimy szpital ginekologiczno-położniczy dla Palestyńczyków, w Kosowie zakładaliśmy obozy dla uchodźców, w Mozambiku pomagaliśmy ofiarom powodzi. Plaga AIDS w Afryce, która, o czym rzadko się mówi, doprowadziła do wymarcia kilkuset wiosek, nie jest pretekstem do misji, ale pomocy tym, którzy muszą radzić sobie z chorobą. A że stawiamy bariery przy wejściu, także wyznaniowe? To świadome przywiązanie do tradycji.

Zakon zresztą współpracuje z innymi organizacjami charytatywnymi, nie pytając w kogo wierzą ich pracownicy, do jakiego należą Kościoła. Również od wolontariuszy, pracujących jako pomoc maltańska przy chorych i niepełnosprawnych, nie wymaga się “świadectwa moralności".

- Staramy się zachować tradycję rycersko-elitarną, a jedną z jej cech jest obrona słabych i szacunek wobec tych, którzy potrafią być wierni pewnym zasadom - mówi Jacek Mycielski. Bycie Maltańczykiem nie jest przynależnością do ekskluzywnego klubu, ale postawą serca i ducha. Dlatego też, broniąc dobrego imienia zakonu i zaufania naszych darczyńców, jesteśmy tak drażliwi przy próbach podszywania się pod Maltańczyków, gdy bezprawnie wykorzystuje się krzyż maltański i nazwę do zbierania pieniędzy na cudzą działalność.

Za mało nas - mówią spadkobiercy rycerzy-szpitalników. Po dziesięciu wiekach działalności stali się jedną z wielu pozarządowych organizacji charytatywnych i to wcale nie tych najprężniejszych, czy tych, o których mówi się najwięcej. Nie zamierzają jednak rezygnować z budowy w Krakowie ośrodka wczesnej interwencji dla upośledzonych dzieci i ich rodzin. Taki pomysł to zaczyn zmian. W Polsce nadal traktuje się upośledzonych jak najmniej znaczących, na których zawsze można oszczędzać. Prawie 1000 lat istnienia to wystarczająco dużo czasu, aby przekonać się, że nawet najsilniejsze wyobrażenia mogą lec w gruzach.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 44/2003