Mniej mięsa i samochodów. O co chodzi w raporcie C40 Cities?

Nikt nie będzie w Warszawie wprowadzał kartek na jedzenie ani zakazywał posiadania samochodu, a już na pewno nie robią tego autorzy głośnego ostatnio raportu C40 Cities. Zwolennicy sprawiedliwej transformacji klimatycznej powinni się raczej cieszyć, niż wpadać w panikę.
Czyta się kilka minut
Zakorkowana trasa Toruńska w Warszawie, 27 października 2022 r. / fot. LUKASZ SZCZEPANSKI/REPORTER /
Zakorkowana trasa Toruńska w Warszawie, 27 października 2022 r. / fot. LUKASZ SZCZEPANSKI/REPORTER /

Raport C40 Cities można raczej pochwalić za skierowanie uwagi we właściwe miejsce: bo gdzie indziej szukać możliwości redukcji emisji, jak nie wśród mieszkańców najbogatszych miast świata.

W ostatnim tygodniu przepis na poważną debatę o zmianach klimatu w Polsce przedstawiał się następująco. Krok pierwszy: znajdź raport sprzed czterech lat, który nie zawiera żadnych przełomowych wniosków ani postulatów, ale za to był współfinansowany przez stowarzyszenie największych miast na świecie C40 Cities, do którego należy Warszawa. Odkrój najbardziej kontrowersyjne fragmenty, a resztę, wraz z całym kontekstem, wyrzuć do kosza (najlepiej nawet nie czytając). Wszystko ugotuj w sosie medialnego oburzenia, koniecznie dopraw hasłami „ekokomunizm” i „zielony łagier”. Dla dekoracji dodaj kolorowe infografiki i podawaj na gorąco. 

Spróbujmy spokojniej. O co chodzi w wyciągniętym przez media i polityków dokumencie „The Future of Urban Consumption in a 1.5°C World”?  Jaki związek ma z tym Rafał Trzaskowski? I czy miasta naprawdę będą wprowadzać kartki na jedzenie i zakazy posiadania samochodów?

Zaczynając od ostatniego pytania: nie. Raport analizuje możliwości największych miast świata w walce z katastrofą klimatyczną i jasno stawia bardzo trafny wniosek: sednem problemu jest nadmierna konsumpcja. Autorzy analizują więc scenariusze jej zmniejszenia w dwóch wersjach: progresywnej i ambitnej. Tą drugą można by śmiało nazwać radykalną i to nią straszą nas od kilku dni politycy i media. Autorzy rozważają w niej pozbycie się z miast ruchu samochodów, odejście od spożywania mięsa i nabiału, ograniczenie transportu lotniczego i scenariusz, w którym kupujemy zaledwie trzy nowe ubrania rocznie. Tylko że na samym początku piszą: „nie zalecamy wprowadzenia ambitniejszych rozwiązań w całości. Przedstawiamy je raczej jako punkt odniesienia dla miast rozważających różne scenariusze redukcji emisji i długofalowe strategie”.


KRYZYS KLIMATYCZNY: JAK ZATRZYMAĆ KATASTROFĘ? Czytaj w serwisie specjalnym>>>


To zdanie dziwnym trafem nie przebiło się do mediów i na konferencje prasowe. Zamiast tego cała historia (i histeria) stała się politycznym spinem do uderzenia w Rafała Trzaskowskiego, który z raportem nie miał praktycznie nic wspólnego. Warszawa nie należy do komitetu sterującego w C40 Cities, tekst nie był z naszą stolicą konsultowany, a głównymi autorami byli naukowcy z Uniwersytetu w Leeds i eksperci z firmy budowlanej Arup.

O co naprawdę chodzi w raporcie C40 Cities

Warto więc wziąć głębszy wdech i przeczytać kontrowersyjny raport. Po lekturze okaże się bowiem, że kontrowersji w nim tyle, co kot napłakał. Tezy w nim zawarte są bliźniaczo podobne do tych z kolejnych raportów IPCC (którego częścią od dawna jest także Polska). Jasne jest, że problemem jest nadmierna konsumpcja i marnowanie zasobów, choćby żywności. Raport C40 Cities można raczej pochwalić za skierowanie uwagi we właściwe miejsce: bo gdzie indziej szukać możliwości redukcji emisji, jak nie wśród mieszkańców najbogatszych miast świata. Autorzy wyraźnie piszą, że około setka miast należących do C40 Cities odpowiada za 10 procent emisji gazów cieplarnianych spowodowanych konsumpcją. I dopowiadają: choć miasta mają ambitne plany redukcji emisji produkowanych na ich obszarze (inwestują w czystą energię, transport publiczny itp.), nie mają żadnego pomysłu na redukcję śladu węglowego tego, co kupują i posiadają ich mieszkańcy. A ten według prognoz wzrośnie o 87 procent do 2050 roku.

Uświadomienie sobie, że musimy z czegoś zrezygnować, nigdy nie jest łatwe, ale zwolennicy sprawiedliwej transformacji powinni się z raportu raczej cieszyć, niż wpadać w panikę. Po pierwsze: progresywna ścieżka zmian, którą proponują autorzy, wcale nie jest radykalna (zmniejszenie liczby samochodów w miastach o 20 procent naprawdę nie jest niemożliwe, tak samo jak kupowanie zaledwie ośmiu ubrań na rok). Po drugie: chyba lepiej jest szukać oszczędności w Londynie, Barcelonie i Miami niż w Delhi, Dżakarcie i Nairobi. Po trzecie: w obliczu ogólnoświatowego problemu lepiej być przygotowanym niż zbuntowanym. Pewnie dlatego i Delhi, i Dżakarta, i Nairobi również należą do C40 Cities. 

I czwarte: autorzy raportu wyraźnie pokazują nie tylko obciążenia, ale też korzyści. Według nich zmiany w sektorze budownictwa pozwoliłyby Londynowi zaoszczędzić 11 mld dolarów w ciągu następnych pięciu lat. Ograniczenie spożycia mięsa pozwoliłoby uniknąć nawet 160 tysięcy przedwczesnych zgonów (tylko w miastach należących do C40) spowodowanych zawałami, cukrzycą i udarami. Mniej aut to więcej przestrzeni dla ludzi i miejsce nawet dla 2,5 miliona drzew w największych miastach na całym świecie.

Zmiany klimatu: najważniejsza dyskusja naszych czasów

Niestety, ale największą kontrowersją w całej tej sprawie jest poziom polskiej debaty publicznej na temat zmian klimatu. Od kilku dni politycy prawicy prześcigają się w wymyślaniu coraz bardziej karkołomnych haseł i apokaliptycznych wizji, które rzekomo już wkrótce staną się rzeczywistością Warszawy. Zdaniem Pawła Kukiza raport to „dom wariatów”, a w dodatku „brzmi jak Orwell”, posłowi Krzysztofowi Sobolewskiemu kojarzył się z programem „Korea Północna+”, Sebastian Kaleta na konferencji straszył kartkami na żywność, a Patryk Jaki tym, że już wkrótce Trzaskowski każe nam jeść robaki zamiast mięsa.

Zacytuję jeszcze wpis Sławomira Mentzena, prezesa Nowej Nadziei: „Jeżeli walka z globalnym ociepleniem ma oznaczać zakaz mięsa i nabiału, brak prywatnych samochodów, 3 sztuki nowych ubrań na rok i jeden lot samolotem na 3 lata, to ja już w ciemno wybieram temperaturę wyższą o dwa stopnie”. Takie przykłady można mnożyć i to jest prawdziwy problem. Ze szkodą dla wszystkich, bo temperatura wyższa o dwa stopnie nie oznacza przyjemniejszych wakacji. Oznacza miliony uchodźców klimatycznych, zapaść ekosystemów, dotkliwe susze i powodzie, podniesienie poziomu oceanów i radykalne obniżenie naszego poziomu życia. Jeśli jeden z liderów zasiadającej w Sejmie partii wybiera taki scenariusz, dobrze, by nie robił tego w ciemno.

 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”