Łatwy lament

W ostatnim magazynie "Dziennika" ciekawy artykuł Łukasza Drewniaka opisujący autobiograficzny spektakl chorego na raka reżysera Schlingensiefa. Przedstawienie nosi imponujący teologiczną błyskotliwością tytuł "Kościół strachu wymierzony przeciwko obcemu we mnie", a artykuł nosi tytuł "Sztuka umierania w sztuce" - tytuł zdecydowanie na wyrost. Te dwa tytuły się znoszą.
Czyta się kilka minut

O raku można zaczynać różnie. Bardzo cieszę się, że Drewniak zacytował reakcję wielkiego artysty Heinera Müllera: "Choroba to coś, na czym można się oprzeć". Niestety, Schlingensief zrozumiał to na opak, proponując parodię mszy, w trakcie której rozdaje aktorom komunię. Nakreślmy szersze tło pseudokreatywnego hasania (oko Boga jako odbyt etc.) niewinnie skrzywdzonego czterdziestoletniego reżyserskiego dziecięcia. Jeszcze nigdy tak wielu nie miało tak dobrze. Jeszcze nigdy tak wielu nie przyzwyczaiło się do tego, że mają tak dobrze, że "permanentna osiemnastka" zakończy się w wieku lat osiemdziesięciu ośmiu godną i pogodną eutanazją. Zgodnie z zasadą: "niech twa wola będzie twym jedynym panem". Taka dziecinada nie może trwać wiecznie, więc dzieci prędzej czy później mają problem. Często reagują na niego dziecinnie ("Co?! Rak płuc?!! Nigdy w życiu nie wypaliłem ani jednego papierosa"), a czasem po dziecinnemu nieodpowiedzialnie podnoszą swą dziecinność do rangi jedynego-naprawdę-prawdziwego-sacrum. Czytają o tym na naprędce wzniesionych ambonach.

Mizdrząco-mizglący Schlingensief jest dobrym przykładem, jak tania i skłamana stała się dziecięca autentyczność. Oczywiście, w trakcie autentycznie wstrząsającego spektaklu mamy do czynienia z autentycznym zapisem emocji, autentycznie nagranym przez autentycznego przyjaciela autentycznego artysty podczas oględzin autentycznych badań wskazujących na autentycznego raka. Kolega Schlingensief raczy widzów spontanicznym zbliżeniem swej autentycznie zrozpaczonej twarzy podczas histerycznie łzawego nagrania pod tytułem "dlaczego ja?".

A dlaczego nie? Otrzyj smarki i zasuwaj. Zrób coś dobrego, człowieku, a nie parodię mszy z wmontowanym w monstrancję rentgenowskim zdjęciem nieszczęsnych płuc. Na razie, jako "coś dobrego" artysta obiecał (komu?), że jeśli zostanie uzdrowiony, to zbuduje gmach opery. Gdzie? "Gdzieś w Afryce". Cóż za genialny pomysł - prawdziwy z niego Fitzcarraldo. Na razie autobiograficzna twórczość Schlingensiefa jest mniej więcej tak sensowna jak gmach opery wypełniony umierającymi czarnoskórymi dziećmi.

Mniej pychy, więcej wymagania od siebie. Wiele osób sobie poradziło. Oczywiście trudno, żeby kolega Schlingensief wygrał Tour de France (poziom kultury fizycznej wśród ludzi kultury wysokiej jest raczej mikry) - ale byłoby dobrze, żeby się postarał, a przynajmniej nie zniechęcał milionów ludzi, którzy wkrótce dostaną raka, do godnej postawy w obliczu cierpienia.

Requiem, nie skomlenie!

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 21/2009