Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Ksiądz BB

Ksiądz BB

23.08.2015
Czyta się kilka minut
Tak ksiądz Bronisław Bozowski mówił i pisał o sobie, ale do niego mówiliśmy „Bronku”. Chciał, domagał się wręcz, by mówić mu po imieniu bez względu na różnicę wieku.
Fot. Grażyna Makara
U

Urodził się w 1905 r., zmarł w 1987. Kiedy umarł, wszyscy, jak kto potrafił, o nim pisaliśmy: wspomnienia, artykuły, rozdziały do książek, książki. Te teksty były opowieścią o tym, kim był dla nas, jak ważne w naszym życiu było spotkanie z nim i jego przyjaźń. Dla nas, jego przyjaciół, „synków” i dla wielu innych. Książka, która właśnie się ukazała, tego naszego pisania nie unieważnia, ale odsuwa je w cień, odsyła do kategorii apendyksów, dodatków do biografii, której właściwie nie znaliśmy. Dopiero teraz nadszedł czas dla biografów księdza BB. „Zapiski z półwiecza” nie są jednak autobiografią. Wielu jego przyjaciół daremnie będzie szukało siebie w wielostronicowym indeksie nazwisk. To, że o kimś czy o czymś nie napisał, nie znaczy, że to, ten czy ta nie było ważne. Życie jest nieskończenie bogatsze niż jakiekolwiek zapiski.

Dzięki mrówczej pracy ludzi ze Stowarzyszenia Przyjaciół ks. Bronisława Bozowskiego otrzymaliśmy przedziwny dziennik. Przedziwny, bo w znacznej części pisany na luźnych kartkach czy nawet na marginesach gazet. Te zapiski zaraz po śmierci księdza uporządkował i zabezpieczył ks. Jan Pałyga. Były to zapiski robione na gorąco, ale i wspomnienia, czasem spisane po latach. Czasem są skrótowe, na ogół jednak dość obszerne, niektóre jakby przygotowane do druku.

Ks. Bozowski zaczął prowadzić dziennik z chwilą wstąpienia do seminarium duchownego w Warszawie (1926) i kontynuował go – w miarę upływu lat coraz mniej systematycznie – niemal do śmierci. Opisy dotyczą często sytuacji politycznej oglądanej przed wybuchem wojny w Polsce, Austrii, Niemczech, we Włoszech, w Czechosłowacji, Anglii i we Francji. Wiele miejsca zajmują wspomnienia lat wojny przeżytych we Francji. Zapiski dotyczące wydarzeń przeplatają się z wątkiem, który bez przesady można określić jako „dziennik duszy x. BB”. Na stronach, które autor – jak sam zaznacza – przepisywał czy redagował po latach, pozostawił fragmenty ukazujące go nie zawsze w najlepszym świetle, czego zresztą nie omieszkał od czasu do czasu, nie bez ironii, skomentować podczas tej późniejszej lektury. Kiedyś powiedział mi, że chce, by ludzie nie mieli co do niego złudzeń, woli, żeby zaraz wiedzieli, jaki jest naprawdę. Ale do tego stopnia?...

Bozowski seminarzysta, Bozowski młody ksiądz to na stronach dziennika człowiek o uczuciowości pensjonarki. Całe stronice poświęca swoim emocjom, opisom i analizowaniu domniemanych czy rzeczywistych przyjaźni. Trzęsie się o swoje zdrowie. Określał siebie jako hipochondryka. Może i trochę nim był, jednak realne problemy zdrowotne towarzyszyły mu przez całe życie. Jest ciekawy świata, rwie się za granicę, a kiedy wyjeżdża, zaciekle zwiedza muzea, kościoły i inne zabytki. Zatroskany o własne finanse, kiedy ma pieniądze, wydaje je lekką ręką na podróże itp. Po latach będą dręczyć go wyrzuty sumienia, że nie pomógł, że nie pomyślał o innych, że przez to jest winien czyjejś udręki, wręcz śmierci. Wie, że ma w sobie coś, co mu zjednuje ludzi. Tłumaczy, że to po matce, i korzysta z tego, by gdzie tylko się da zdobywać przyjaciół. Ten zaprzątnięty sobą egocentryk, światowiec, jednocześnie jest księdzem, który się całkowicie oddał Chrystusowi. Ten drugi Bozowski patrzy na siebie podejrzliwie. Sprawdza, kim jest naprawdę: egoistą niestrudzenie odgrywającym dobrego wujka czy traktującym poważnie przykazanie miłości księdzem? Docieka, na czym naprawdę mu zależy: na Bogu czy na opiniach ludzi?

Nie jest przeciętnym księdzem. Mnóstwo czyta, swobodnie porusza się wśród klasyków, zagłębia się w najlepszą literaturę religijną. Doskonale zna francuski, angielski i niemiecki, nie mówiąc o łacinie. W zachowaniu nieco ekscentryczny, ma zniewalająco sympatyczny uśmiech. Prowadzi dziwny jak na księdza tryb życia. Przyczyną jest wciąż szwankujące zdrowie. Po ukończeniu seminarium jakiś czas kontynuuje studia na uniwersytecie (prawnicze). Nigdy nie był wikarym, nigdy nie będzie proboszczem. Szuka zatrudnienia, jest w różnych miejscach kapelanem, na jakiś czas zostaje mianowany prefektem w szkole. Mieszka w coraz to innych miejscach, poznaje mnóstwo niezwykłych (w jego opisach) ludzi. W Rabce spotyka przyszłego biskupa, dziś kandydata na ołtarze księdza Jana Pietraszkę, nawiązuje z nim głęboką przyjaźń, której w książce poświęca jedne z najpiękniejszych stronic. Poczuwając się do obowiązku dania świadectwa, starannie opisuje swoje spotkania z przyszłym papieżem Janem Pawłem II (m.in. wspólną podróż w wagonie „wołowym”).

Wojna zastaje go we Francji, pozostanie tam do roku 1947. Duża część „Zapisków” to właśnie lata wojny. Doskonała znajomość języka pozwala mu wejść w świat Francuzów (znów niezliczone przyjaźnie i niezwykli ludzie) przy intensywnym zaangażowaniu w duszpasterską opiekę nad Polakami. Wojna widziana z Francji przez księdza Bozowskiego, przeżywana przez niego we Francji, oczywiście inna niż ta, którą pamiętamy. Straszna i tam. Ksiądz z zawsze niepewnym zdrowiem, a jednocześnie silny, wspierający innych. Sam chyba nie dostrzega, jak ksiądz coraz bardziej eliminuje w nim nadwrażliwego egotyka. Wśród niezliczonych obowiązków i funkcji zostaje w pewnym momencie, z własnego wyboru, duszpasterzem i opiekunem więźniów: Niemców i własowców. Od sierpnia do października 1944 r. ratuje ich od wyniszczenia głodem, rozmawia z nimi, służy jako ksiądz i dobry człowiek. Tymczasem w Warszawie dogorywa powstanie. Opowiadała mi jedna z sióstr urszulanek, która tam wtedy była, że niektórzy Polacy nie mogli zrozumieć postawy księdza wobec Niemców. „Ale przecież to są ludzie, mimo wszystko, nasi bracia w Chrystusie, a my Polacy jesteśmy chrześcijanami” – odpowiedział komendantowi (z francuskiej résistance) obozowego szpitala, Żydowi (ksiądz pisze „Żydek”), doktorowi o pseudonimie Chandelier.

Kiedy wrócił do Polski, był już „księdzem Bozowskim”. Owszem, może jeszcze zbyt przejętym sobą („ach, to ten ksiądz, który stale mówi o swojej prostocie” – powiedział mi ironicznie w tamtych latach ktoś, komu opowiadałem o Bozowskim), ale wolny od dawnych słabostek i lęków. Owszem, nadal bał się o swoje zdrowie (było to uzasadnione), ale zamiłowanie do wygody i pewnego luksusu, które dawniej sobie wyrzucał, znikło. Powiedział mi kiedyś, że zamiast wody po goleniu używa spirytusu salicylowego. Niby drobiazg, ale zauważyłem, że to dla niego było ważne. Niepokój o pieniądze, wewnętrzny przymus poznawania nowych krajów, swoisty snobizm także odeszły w przeszłość. Nadal kolekcjonował w sercu przyjaciół, których co roku gromadził na wspólnych rekolekcjach w domu urszulanek szarych na Powiślu. Oryginał, krytyczny (w zapiskach, ale nie w rozmowach) wobec stylu polskiego duszpasterstwa, daleki od Wielkiej Nowenny, był przez prymasa Wyszyńskiego doceniony.

Przy kościele Wizytek w Warszawie mieszkało ich trzech: ks. Jan Zieja, ks. Jan Twardowski i on, ks. Bozowski (jest w książce ciekawa notatka o stosunku do ks. Twardowskiego, o którym zawsze mówił z ciepłym zachwytem; ks. Zieja był jego spowiednikiem), przyjaciel ludzi z pokręconym życiem, kaznodzieja niezwykły (kazania trwały 45 minut), na którego msze zbiegały się do wizytek tłumy. Teraz ks. Bozowski docierał do tego ideału kapłaństwa, który w młodości widział, kontemplował, ale nie zawsze był w stanie mu sprostać. Ostatnia część książki to lektura na kapłańskie rekolekcje, zwłaszcza zapiski z jego rekolekcji u kamedułów na krakowskich Bielanach.

Trwają starania o beatyfikację księdza Bozowskiego. I bardzo dobrze, bo jego życie było upartym dążeniem do świętości. To pokazują także te „Zapiski”. Autor bez litości dla siebie wciąż sprawdza, czy to, jak go widzą inni (niezliczeni admiratorzy), nie jest wynikiem mistyfikacji, czy to, co mówi innym, czy to, za co go podziwiają, jest prawdą jego życia.

Dla przyjaciół księdza BB „Zapiski z półwiecza”, obcowanie z nim podczas lektury tych ponad 500 stron bogato ilustrowanych zdjęciami będzie źródłem radości. Myślę, że także dla tych, którzy go nie znali. ©℗

KS. BRONISŁAW BOZOWSKI, KAPŁANEM NA WIEKI. ZAPISKI Z PÓŁWIECZA, Bernardinum, Pelplin 2015

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Urodził się 25 lipca 1934 r. w Warszawie. Gdy miał osiemnaście lat, wstąpił do Zgromadzenia Księży Marianów. Po kilku latach otrzymał święcenia kapłańskie. Studiował filozofię na Katolickim...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]