Reklama

Kronika nieustannych pożegnań

Kronika nieustannych pożegnań

17.05.2006
Czyta się kilka minut
Biografista określił życie Christy Wolf jako "kronikę nieustannych pożegnań. Tej kroniki nie musiał pisać nikt inny - z godnym podziwu radykalizmem zapisała ją sama, w swoich powieściach.
Christa Wolf /fot. E. Lempp
P

Przez siedemnaście lat nie ukazała się w Polsce ani jedna książka Christy Wolf, tak jakby autorka "Wzorców dzieciństwa" nagle przestała istnieć. W latach 90. można było usłyszeć o niej dwukrotnie. Najpierw w 1990 roku, gdy opowiedziała się wraz z kilkoma innymi pisarzami (m.in. Volkerem Braunem i Stefanem Heymem) przeciwko zjednoczeniu Niemiec, a za dalszym istnieniem - choć oczywiście w innej formule - państwa będącego kontynuacją NRD. Drugi raz w roku 1993, gdy ujawniono, że najwybitniejsza żyjąca pisarka wschodnich Niemiec była na przełomie lat 50. i 60. informatorką Stasi. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, by przedstawić sobie rozmiary niechęci, z jaką spotkała się wtedy Wolf, już w chwili zjednoczenia odrzucona przez część krytyków z dawnej RFN jako pisarka "państwowa" (zarzut absurdalny dla każdego, kto czytał którąkolwiek z jej powieści wydawanych od 1968 roku).

W stronę NRD

Christa Wolf zachowała się wtedy z dużą klasą - po prostu opublikowała akta własnej sprawy. Ataków nie powstrzymała jednak ani wiadomość, że jako "nieformalny współpracownik" nie udzieliła żadnych istotnych (czytaj: szkodliwych dla znajomych) informacji, ani to, że służby bezpieczeństwa uznały ten kontakt za mało użyteczny, by wkrótce uczynić byłą już informatorkę przedmiotem własnego zainteresowania.

Od przeszłości nie uciekała również w twórczości literackiej - w kolejnych książkach powróciła do czasów NRD, teraz już otwarcie obnażając groteskowo-groźną codzienność realnego socjalizmu. Opublikowała m.in. "Was bleibt" ("Co zostaje"), książkę, na którą złożyły się jej przemyślenia z lat 70., z czasów, gdy była obiektem obserwacji Stasi, "Ein Tag im Jahr: 1966-2000" ("Jeden dzień w roku"), nietypowy wybór z dziennika, odnotowujący wydarzenia i przemyślenia z jednego dnia - 27 września - ale na przestrzeni trzydziestu czterech lat.

Do czasów NRD powróciła również w powieści "Aż do trzewi" z 2002 roku. Jej bohaterka - w której czytelnik jak zwykle rozpozna rysy autorki - leży u schyłku lat 80. w prowincjonalnym enerdowskim szpitalu na granicy życia i śmierci, cierpiąc na trudną do zdiagnozowania chorobę. Szpital jest oczywiście metaforą stojącego na krawędzi katastrofy ustroju (leki, które ratują życie, sprowadza się po cichu z Zachodu). Nie to jednak interesuje Wolf: dokonuje ona wprawdzie w tej książce rozliczenia, ale jest to rozliczenie z samą sobą i z własnym inteligenckim środowiskiem, nie zaś rozliczenie ze światem, systemem czy ideą. Wśród różnych możliwych interpretacji tytułu narzuca się również i ta: winy trzeba szukać w sobie samym, bezwzględnie, zstępując aż do trzewi. Ten radykalizm nadaje powieści wysoką rangę moralną.

Szczególna wartość poznawcza książek Wolf dla nas, polskich czytelników, polega na odmalowaniu losów środowiska, które rzeczywiście uwierzyło w humanistyczne walory komunizmu, choć nie straciło (a jeśli, to jedynie na krótko) zdolności krytycznego myślenia. Odmienność doświadczenia historycznego sprawiła, że dla wielu znaczących pisarzy polskich, którzy po zmierzchu stalinizmu przeszli na "właściwe" pozycje i w ten czy inny sposób zaczęli kontestować komunistyczną rzeczywistość, podobne doświadczenie myślowe pozostawało obce. Przeżycie niemieckiego faszyzmu, w którym dosłownie zanurzone zostało całe pokolenie pisarzy niemieckich, urodzonych na tyle wcześnie, by świadomie patrzeć na wojnę i poczuć ciężar winy, w sposób naturalny kierowało ich po wojnie na pozycje lewicowe czy wręcz komunistyczne, i to bez względu na fakt, czy reprezentowali literaturę RFN czy NRD. To przypadek Grassa, Martina Walsera czy właśnie Wolf.

Wzorce dzieciństwa

Biografia autorki "Podzielonego nieba" jest pod tym względem modelowa. Urodziła się w 1929 roku w Landsbergu nad Wartą (dzisiaj Gorzów Wielkopolski), w drobnomieszczańskiej rodzinie (jej rodzice prowadzili sklep spożywczy), ucieleśniającej przeciętność. W 1945 roku wraz z bliskimi uciekła przed nadciągającą Armią Czerwoną i osiedliła się w Mecklenburgu. W 1949 roku wstąpiła do partii. W tym samym czasie zaczęła studiować germanistykę na Uniwersytecie w Jenie i poznała swego męża, Gerharda Wolfa. Pracowała w Związku Pisarzy Niemieckich, w wydawnictwie i w czasopiśmie literackim.

Od początku lat 60. zajęła się wyłącznie literaturą i przeprowadziła się do Berlina, w którym mieszka do dziś. Pierwsza powieść: "Niebo podzielone" (1962, wyd. pol. 1966, 1980), jeszcze niedojrzała artystycznie, była odpowiedzią na budowę muru berlińskiego, która przypieczętowała podział Niemiec. Choć nie odnosiła się wprost do wzorców socrealistycznych, jej wymowa była na tyle optymistyczna, że otrzymała Nagrodę Państwową NRD. Jednak od drugiej połowy lat 60. Wolf zaczęła sprawiać władzom coraz więcej kłopotów.

Kluczem do biografii pisarki i całego pokolenia jest jej najbardziej znana i najambitniejsza, choć, moim zdaniem, nie najwybitniejsza książka: "Wzorce dzieciństwa" (1976, wyd. pol. 1980). Dziecięce doświadczenie życia w nazistowskich Niemczech aż po ich katastrofę przepuszczono w niej przez skomplikowaną machinę narracyjną, w której nakładają się różne plany czasowe (lata 30. i 40., w których dorasta narratorka; rok 1971, w którym odbywa pierwszą po wojnie podróż do rodzinnego - teraz polskiego - miasta; lata 1971-75, w których opracowuje powieściowy materiał) i skontrastowane zostaje doświadczenie czterech pokoleń Niemców.

W tej ważnej, pisanej długo i z wysiłkiem książce da się zaobserwować pewne pęknięcie. Jest ona z jednej strony autotematyczną powieścią o literackiej rekonstrukcji minionych doświadczeń, której warunkiem wstępnym jest uzyskanie dystansu do przeszłości (językowym ekwiwalentem tego dystansu jest narracja w drugiej i trzeciej osobie, choć bohaterka opowiada o własnych przeżyciach), z drugiej - pragnie być powieścią przywracającą pamięć. Cel jej jest więc nie czysto estetyczny, ale przede wszystkim terapeutyczny, moralny, a nawet polityczny. Ukazuje bowiem jedną niemiecką przeszłość i jedną niemiecką odpowiedzialność, wskazuje na płaszczyznę wspólnoty - wspólnoty winy - i polemizuje z propagandowym stereotypem "dobrych" (wschodnich) i złych Niemców.

Każdy z zamiarów udało się Wolf przeprowadzić, ale jakby oddzielnie. W rezultacie nie mamy do czynienia z jedną książką, w której literatura uzyskiwałaby wysoką godność środka osobistej i zbiorowej terapii, ale z dwiema: z esejem o naturze pisania, nieprzekładalności doświadczenia na literaturę, literaturze jako akcie kapitulacji - oraz z dokumentem niemieckiej winy. Z tych trudności zdawała sobie zresztą sprawę sama autorka, pytając w zakończeniu: "Czy pamięć spełniła swoją powinność? Czy dała się użyć do tego, by przez wprowadzenie w błąd dowieść, że niepodobna uniknąć śmiertelnego grzechu tych czasów, którym jest tutaj niechęć do poznania samego siebie?".

Każdy dzień jest cenny

Ta druga powieść - o niemieckiej winie - jest zresztą znacznie ciekawsza: stanowi doskonałą literacką ilustrację tezy Hannah Arendt o banalności zła, tym cenniejszą, że dokonaną nie z pozycji zewnętrznej obserwacji, ale wewnętrznego doświadczenia. Wolf zawęża pole obserwacji do kręgu najbliższej rodziny i znajomych i poświęca kilkaset stron na opis monotonnej w gruncie rzeczy międzywojennej i wojennej rzeczywistości rodzinnego miasta, zamieszkiwanego z małymi wyjątkami przez dobrych - piszę to bez ironii - ludzi, których wina polegała na tym, że albo za mało myśleli, albo nic nie robili, albo wreszcie - co innego myśleli, a co innego robili. W centrum obserwacji narratorka - z charakterystyczną dla Wolf bezkompromisowością - stawia zresztą siebie: dziewczynkę, a potem młodą kobietę, która przeszła przez wszystkie szczeble hitlerowskich organizacji młodzieżowych, która ślepo wierzyła führerowi, a jego pełne truizmów, banalne słowa brała za dobrą monetę.

Doświadczenie nazizmu doprowadziło Wolf do partii komunistycznej, było jednak również przestrogą przed rezygnacją z samodzielnego myślenia. Dlatego jej lojalność nie starczyła na długo. W życiu wycofała się w prywatność, zabierając głos wtedy, gdy było trzeba. Protestowała przeciwko pozbawieniu obywatelstwa NRD poety i pieśniarza Wolfa Biermanna, osobiście wstawiała się u Honeckera w obronie szykanowanych kolegów. W literaturze udało się jej zdobyć swobodny, niepodporządkowany żadnej ideologii głos. Jej druga powieść, "Rozmyślania nad Christą T." (wyd. pol. 1974), wcześniej zatrzymana przez cenzurę, ukazała się w końcu w ograniczonym nakładzie w 1968 roku. Interwencja wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji stała się dla Wolf datą graniczną, po której nie wolno już było żywić złudzeń politycznych.

"Rozmyślania..." oskarżono o nihilizm. Niesłusznie. Przedstawiając życie bohaterki, niespełnionej pisarki, której satysfakcji nie dał ani względny dobrobyt, ani życie rodzinne, ani przypadkowy, pozbawiony znaczenia romans, ciągle gdzieś się spieszącej, ciągle dokądś odchodzącej, Wolf pokazywała, że w człowieku istnieje jądro nieredukowalne do żadnej ideologii. Los NRD-owskiej Madame Bovary, której życie, składające się głównie z niezrealizowanych planów i pogoni za nieokreślonym, zakończyła śmiertelna choroba, został zaprezentowany w innej, bardziej tragicznej tonacji niż los niektórych bohaterów Milana Kundery, ale z podobnym natężeniem empatii. W tej powieści życie okazuje się cenne jako takie, a nie jako służące czemuś - to najważniejsze, antytotalitarne przesłanie książki. Powraca znamienna fraza: "Kiedy, jeśli nie teraz". Wedle autorki wyraża ona przekonanie, że "każdy dzień jest cenny. W NRD ciągle odkładano coś na potem - realizację społeczeństwa idealnego, narodziny nowego, zaspokojonego człowieka. Byliśmy pozbawieni teraźniejszości z uwagi na świetlaną przyszłość. Zdanie odnosi się również do tego".

Choroba na śmierć

Konflikt między jednostką a społeczeństwem - tym razem w kostiumie historycznym - został zarysowany jeszcze ostrzej w krótkiej powieści "Ni miejsca na ziemi" (1977), jednym z najwyższych osiągnięć sztuki pisarskiej Christy Wolf. Wybór tematu był znaczący. Pisarka, u której zaraz po wojnie wykryto początki gruźlicy, spędziła kilka miesięcy w sanatorium nad starym, XIX-wiecznym wydaniem poezji Goethego, prezentem od nauczycielki. Motyw "błękitnej książki" powrócił w kilku powieściach Wolf. Jednak "Ni miejsca na ziemi" poświęciła nie Goethemu, ale Heinrichowi von Kleistowi, temu, jak pisze, "autorowi bez dzieła".

W powieści Kleist, lekceważony przez potencjalnych czytelników, nikomu nie znany pisarz, którego najważniejsze życiowe projekty poniosły fiasko - narzeczeństwo z Wilhelminą von Zenge rozpadło się, nie powiódł się również szaleńczy plan wstąpienia w służbę znienawidzonego Napoleona - spotyka poetkę Karolinę von Günderrode. Z celowego przeciwstawienia Goethego, poety całości, zgody na świat, akceptacji, cenionego zarówno przez Hegla, jak i Nietzschego - Kleistowi, poecie jednostkowego losu, rozdarcia, "choroby na śmierć", zestawianego mimochodem z Kierkegaardem, wyrasta ten w jakiejś mierze programowy utwór, a zarazem medytacja nad podstawowymi dychotomiami: sztuki i życia, myślenia i działania.

Myślę, że w tej powieści ukryty był również pewien zamiar polemiczny. "Ni miejsca na ziemi" jest w jakiejś mierze odpowiedzią na inny literacki apokryf: "Lottę w Weimarze" Tomasza Manna. Tak, jak Goethe zaciążył na kulturze niemieckiej XIX wieku, tak Mann stał się dla współczesnej literatury niemieckiej co najmniej punktem odniesienia, który można było zanegować, ale nie dało się go pominąć. Wolf nie posuwa się tak daleko jak jej bohater, Heinrich von Kleist, który jednocześnie uwielbia Goethego i mu złorzeczy, wiedząc, że nigdy nie stanie się postacią na jego miarę. Inaczej jednak niż Mann, który poszukiwał momentu harmonii między życiem a sztuką, działaniem i myśleniem, jednostką a państwem, podkreśla, że te dwa drzewa życia są z gruntu sprzeczne. Mannowskiemu "gdzie ja jestem, tam są Niemcy" przeciwstawia Wolf ironiczne wyznanie włożone w usta Kleista: "gdzie mnie nie ma, tam jest szczęście".

Głosem autorki zdaje się być zresztą nie Kleist, łudzący się, że "wolność, chleb i dom" dadzą się jakoś uzgodnić - jeśli nie teraz, to kiedyś - ale raczej Karolina von Günderrode, w której usta wkłada wyznanie, które jest - na koniec - również wyznaniem politycznym. "To chyba zrozumiałe, że przynajmniej w myślach staramy się uniknąć presji, jakiej podlegamy. W rzeczywistości nie jest to nam dozwolone". Odrzucając polityczną czy propagandową lekturę Kleista, marginalizując znaczenie jego nacjonalizmu, Wolf chce widzieć w autorze "Rozbitego dzbana" poszukiwacza prawdy egzystencji. Słowa Kleista są jakby żywcem wyjęte z "Bojaźni i drżenia" Kierkegaarda: "Niejedno, co ludzie nazywają czcigodnym, dla mnie czcigodne nie jest. Wiele z tego, co im wydaje się nikczemne, dla mnie nikczemne nie jest. Noszę w piersi przepis wewnętrzny, a wszyscy, którzy wypowiadają się przeciw niemu, choćby z poparciem króla, godni są pogardy". Ta prawda egzystencji - realizująca się obok, pomimo, a nawet wbrew warunkom zewnętrznym - okazuje się jednocześnie prawdą sztuki.

Manichejskie pokusy

Poszukiwanie przez człowieka samego siebie jest jednym z najważniejszych problemów pisarstwa Wolf. W to poszukiwanie uwikłane są pytania o granice między człowiekiem a światem, egzystencją wyobrażeniową i realną. Towarzyszy mu zaś poszukiwanie głosu, poprzez który można by wyrazić własne doświadczenie. Literatura jest - w swej najgłębszej istocie - ciągle ponawianą próbą, by je ująć i przekazać. Aby jednak ta próba mogła się powieść - czy choćby tylko zostać podjęta - konieczny jest dziwny, a nawet absurdalny proces zdobywania dystansu, odchodzenia od siebie - po to, by móc do siebie powrócić.

Literatura jako próba wyrażenia niewyrażalnego, jako proces wyrażania siebie poprzez coś innego i, na innym poziomie, rozpoznawania siebie w wyrażonym - tak mniej więcej rozumie ją Christa Wolf. Jej życie zostało określone przez biografistę Jörga Magenaua jako "kronika nieustannych pożegnań". Tej kroniki nie musiał pisać nikt inny - z niesłychaną bezwzględnością wobec siebie i godnym podziwu radykalizmem zapisała ją sama, w swoich powieściach. W "Aż do trzewi" jej bohaterka - niegdyś wyznawczyni komunistycznej utopii - wyznaje: "stopniowo doszłam do wniosku, że można porzucić albo siebie, albo sprawę".

Poszukiwanie siebie w pisarstwie Wolf napotyka dwie granice. Jedną jest świat zewnętrzny, drugą - ludzkie ciało, które również usiłuje podporządkować sobie człowieka, i to w sposób bardziej bezwzględny, bo nie ma przed nim ucieczki. Zło ma do człowieka dostęp właśnie z tych dwu stron - rodzi się w stosunkach międzyludzkich, ale przychodzi też od strony ciała - pod postacią bólu. O pierwszym rodzaju zła można powiedzieć od biedy, że jest banalne, albo przynajmniej takie się wydaje. Właśnie takie zło - obywające się na pozór bez Mefistofelesa - pokazuje Wolf w "Aż do trzewi". Historia sprzeniewierzenia się samemu sobie zobrazowana w opowieści o kilku przyjaciołach, którzy chcieli stworzyć lepszy świat, jest historią drobnych, niezauważalnych ustępstw. Na końcu znajduje się jednak coś innego, co można nazwać już tylko grzechem. Diabła trzeba wezwać na nowo.

W książkach Wolf da się prześledzić coś, czego nie można nazwać inaczej niż pokusą manichejską. "To, czego możemy pragnąć, musi pozostawać w zasięgu naszych sił, chyba że to nie Bóg rządzi światem, ale szatan, i że ten w przystępie obłąkańczej furii stworzył sobie potwora, którego przeznaczeniem byłoby w pocie czoła wyciągać czarnoksięskim łańcuchem z łona czasu swoje własne nieszczęście". Ostatecznym argumentem przemawiającym za taką pokusą jest ból, fizyczne cierpienie. Historia bólu, tortur, koła przemocy, które nigdy się nie zatrzymuje, dręczy starzejącą się narratorkę "Aż do trzewi", tak jak dręczyła we "Wzorcach dzieciństwa" tamtą kobietę w sile wieku. Najgorsze, że ta historia jest opowieścią o własnym współudziale, o tym, że również ja jestem winny.

Jak można spłacić taki dług? I czy w ogóle można? "Podążać śladem bólów, bezbronnie, to byłaby rzecz warta życia".

Christa Wolf, "Aż do trzewi", przeł. Sławomir Błaut, Warszawa 2006, Czytelnik, seria Proza światowa

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]