Kłopoty z zachodnim mitem

WPRL funkcjonowały dwa mity Zachodu. Pierwszy lansowała propaganda (zwłaszcza za Bieruta i Gomułki), wedle której Europa Zachodnia i USA były zgniłym i zdominowanym przez wyzyskiwaczy piekłem. Drugi pokutował w społeczeństwie i kazał postrzegać Zachód jako rajskie miejsce nieosiągalnego dobrobytu. O tej rozbieżności i jej skutkach dla władz pisze w MÓWIĄ WIEKI (nr 2/2005) prof. Marcin Kula.
Czyta się kilka minut

Wedle marksizmu głównym czynnikiem rozwoju społecznego były zjawiska gospodarcze. Tymczasem obywatele bloku radzieckiego, którym udało się wyjechać za “żelazną kurtynę" musieli być zaszokowani kontrastem między swym marnym statusem a bogactwem Zachodu. Dochodziła do tego swoista mitologizacja. We wczesnym okresie komunistycznym wynikała ona przede wszystkim ze sprzeciwu wobec propagandy: im bardziej dyskredytowała ona Zachód, tym mniej jej wierzono. W Polsce nadto pamięć historyczna była silniejsza niż w innych krajach socjalistycznych: w świadomości wielu rodzin trwał przedwojenny kapitalizm, który, często przesadnie, wskazywano przedstawicielom młodszego pokolenia jako czas obfitości. Tym trudniej było więc uwierzyć w nędzę kapitalizmu. Kolejnym czynnikiem kształtujący obraz bogatego Zachodu była siła dolara. Symbolizował on bogactwo na świecie, a w PRL jego mit kształtowała dodatkowo niska wartość złotówki. Swoje robił też fantastyczny czarnorynkowy kurs wymiany.

Opiniom o bogactwie Zachodu sprzyjały także wyjazdy zagraniczne: ich liczba rosła od 1956 r.; apogeum nastąpiło w latach 70. Wyjeżdżających można z grubsza podzielić na tych, którzy odwiedzali rodziny osiadłe za granicą, turystów i wyjeżdżających w delegacje lub na stypendia. Jeśli rodzina zapraszała krewnego z PRL, musiała mieć przyzwoity status materialny, by pokryć koszty podróży i pobytu. Ludzie jeżdżący turystycznie lub zawodowo też nie trafiali do dzielnic nędzy. Z kolei wyjeżdżający do pracy na czarno z reguły mieszkali w złych warunkach, ale punktem odniesienia byli dla nich bogaci Anglicy, Francuzi czy Niemcy, u których pracowali. Wszyscy, którzy wracali do kraju, byli pod wrażeniem olbrzymiego kontrastu, co wzmacniało nastroje buntu i rozczarowania. O ile bowiem stalinizm utrzymywał niski poziom życia i ograniczał możliwość kontaktu z zachodnim bogactwem, to z czasem, a zwłaszcza w latach 70., sytuacja stała się niekoherentna: ludzie żyli w relatywnym ubóstwie, ale wielu jeździło na Zachód i stwierdzało, że można żyć lepiej. Były to też liberalniejsze czasy TV i kina, gdzie mimo cenzury nie dawało się zasłonić świata zachodniego.

Innym źródłem wyobrażeń o bogactwie Zachodu była tamtejsza oferta i jakość towarów, kontrastująca z ubóstwem komunistycznych sklepów. Kiedy w 1970 r. “anachoretę Władysława Gomułkę zastąpił utracjusz Edward Gierek", zadeklarował otwarcie na potrzeby konsumpcyjne społeczeństwa. Niektóre zachodnie produkty zaczęto importować. Np. w kioskach pokazały się marlboro, w 1972 r. PRL kupiła licencję na coca-colę, którą wcześniej propaganda przedstawiała jako napój imperialistyczny, w 1974 r. podjęto produkcję towaru jednoznacznie kojarzącego się z Zachodem: gumy do żucia. Do niebotycznych rozmiarów rozbudowano sieć sklepów sprzedających za dolary. By “ideologiczny wilk był syty, a gospodarcza owca cała" (władzom chodziło o przechwycenie od obywateli dewiz), sprzedaż zachodnich produktów za waluty wymienialne powierzono jednemu z państwowych banków, a potem utworzono w tym celu wyspecjalizowane przedsiębiorstwo Pewex: w jego sklepach najpierw sprzedawano towary importowane, a następnie też polskie, zwłaszcza atrakcyjne. Ostatecznie w Peweksach można było kupić prawie wszystko, z samochodami, mieszkaniami i maszynami rolniczymi włącznie.

Paradoksalnie, nawet wprowadzenie stanu wojennego nie oznaczało odcięcia Polski od Zachodu: choć przez pewien czas obowiązywały sankcje gospodarcze, to obywatele Zachodu i emigranci, poruszeni represjami i brakami zaopatrzeniowymi w PRL, zaczęli masową akcję pomocy humanitarnej dla Polaków. W wysyłanych transportach było wszystko: od żywności przez odzież po sprzęt poligraficzny. Fala paczek robiła w Polsce wrażenie. Nie tylko dlatego, że była użyteczna. Także dlatego, że jakość przysłanych produktów dowodziła, iż pochodzą z “lepszego świata".

KB

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 08/2005