Reklama

Kisiel przydałby się i dziś

Kisiel przydałby się i dziś

08.03.2011
Czyta się kilka minut
W czasach, gdy dawni reformatorzy dali sobie narzucić przekonanie, że reformy oznaczają głównie cierpienia i koszty, brakuje kogoś, kto mógłby takie myślenie odczarować.
B

Było trzech klasyków twórczego antykomunizmu: Janusz Szpotański, Mirosław Dzielski i Stefan Kisielewski. Pierwszy pokazywał szpetotę komunizmu, drugi - cywilizacyjny regres, jaki był wynikiem tego ustroju, zaś Kisiel obnażał w swych felietonach jego absurdy. Tłumaczył Polakom, że kryzysy gospodarcze, które nawiedzały PRL, nie były bynajmniej sytuacjami wyjątkowymi, ale logicznymi następstwami ustroju: "to nie kryzys, to rezultat" - konstatował. Z pozostałą dwójką łączyła go też wolność od patriotycznego lub moralizatorskiego zadęcia, które charakteryzowało dużą część polskiej opozycji. To zadęcie może było wówczas usprawiedliwione, ale zarazem utrudniało autorefleksję i chłodne spojrzenie na rzeczywistość. Kisiel zaś miał umysł niezmącony, gotowy do trzeźwego rozpoznawania sytuacji. Pobłażliwość wręcz sławił. To była jego podstawowa zaleta, która stawia go w szeregu ojców współczesnego liberalizmu w Polsce.

Zarówno on, jak i Dzielski mieli nieco rezerwy do demokracji. Bardziej od praw człowieka zajmował ich problem gwarancji dla wolności gospodarczej, czego demokracja może, ale nie musi być gwarantem. Było to myślenie oryginalne, bo w PRL zarówno większość opozycji, jak partyjni liberałowie aż do końca lat 80. - gdy pojawiły się postacie takie jak np. lubiany przez Kisiela minister Wilczek - poszukiwali głównego zła w braku demokracji i swobód obywatelskich, nadmiarze cenzury itd., uznając tzw. społeczną własność środków produkcji i planowanie za stan omal naturalny. Zasadniczej debaty o gospodarce unikano. Nieliczny prywatny biznes, może poza rolnikami, ale już nie "badylarzami" (hodowcami warzyw i kwiatów), nie budził niczyjej sympatii.

Oczywiście w latach 60. XX w. Kisiel też nie postulował prywatyzacji hut, ale np. w 1964 r. napisał sześciopunktowy plan dla Warszawy, w którym postulował m.in. ułatwienie meldunku w stolicy (miasta były wówczas zamknięte dla przybyszy bez skierowania do pracy), zniesienie limitów zatrudnienia w drobnych firmach i ograniczeń koncesji na działalność usługową. "Zobaczycie, jak się Warszawa ożywi i uleczy, jak świeża krew da sobie radę ze starymi skrzepami" - podsumowywał. Chwalił "badylarzy", kramiki, zieleniaki i wszystko inne, co nie mieściło się w socjalistycznej gospodarce.

Bez ogródek

Nie był Kisielewski filozofem - nie odwoływał się więc do Hayeka czy Friedmana, których propagował Dzielski. Za podstawę rozważań brał zdroworozsądkową obserwację. To było widoczne już w czasie jego parlamentarnego epizodu w PRL, gdy zadawał w Sejmie najprostsze pytania: ile to będzie kosztowało; co jest dochodowe, a co deficytowe? Jak się okazało, to właśnie takie kwestie były najbardziej kłopotliwe.

Szpotański i Dzielski dyskutowali nieraz, co zrobić, by proletariusze zechcieli budować kapitalizm, a Dzielski praktycznie próbował - początkowo także na terenie Solidarności, i to w Hucie im. Lenina. Kisiel natomiast od początku zwracał uwagę, że ruch robotniczy nie bardzo nadaje się do walki z socjalizmem. W 1990 r. pisał, że "»Solidarność« to resztówka po komunizmie, (...) ma zasługi na polu przemian, ale i komunistyczne obciążenia w sferze ekonomii". Kościołowi zaś radził, że jeżeli ma rzeczywiście powstać społeczna nauka Kościoła, to "trzeba by równocześnie stworzyć teologię zysku (...) Bo zysk jest dobrodziejstwem ludzkości".

Bez kalkulacji

Po politycznym przełomie szansy dla Polski upatrywał w kapitalizmie. Obce mu były fobie początku lat 90., które zresztą straszą do dziś. "Trzeba sformułować brutalny program prywatyzacji oraz zamykania deficytowych przedsiębiorstw, najlepiej przy pomocy dekretów" - radził. Albowiem "jeżeli upaństwowienie naszej gospodarki przebiegało w sposób rewolucyjny (...) dlaczego powrót do systemu burżuazyjnego miałby się odbywać drogą skomplikowanych manipulacji prawnych?". Nie przejmował się ludem: "opinia, którą wyraża lud, że nie należy wyprzedawać Polski obcemu kapitałowi, to zwykła bzdura". Niech ten kapitał "wreszcie się do nas dobierze - marzę o tym - niech weźmie i za pół darmo, albo i za darmo". Wyrażał też nadzieję, że o ile wszelka inna ekspansja Niemiec zatrzyma się na granicy Odry i Nysy, to kapitałowa po prostu jej nie zauważy. Nie widział sensu personalnej dekomunizacji, deklarował: "gdyby taki plan powstał, byłbym mu przeciwny".

Trudno powiedzieć, kto miał rację. Solidarność nie przeszkodziła kapitalizmowi, choć niektóre branże do dziś tkwią jedną nogą w socjalizmie po trosze dzięki jej zabiegom, ale chyba nie tylko z tego powodu i nie tylko w Polsce. Można się zastanawiać, o ile więcej można było zrobić z zaskoczenia, rząd jednak musiał brać pod uwagę uwarunkowania polityczne i nastroje społeczne, a przecież zaraz po 1989 r. w Polsce nie było wielu zwolenników prywatyzacji i reprywatyzacji.

W otwartości i jednoznaczności poglądów wyrażanych już bez cenzuralnych ograniczeń był to trochę inny Kisiel niż z felietonów w "TP", przez pryzmat których znały go polskie elity. Ideowo był tożsamy, ale jednak cenzura i trudne czasy bywają źródłem finezji, która jest nieraz intelektualnie ciekawsza od prostolinijności. Jego poglądy na rząd Mazowieckiego i na Balcerowicza bywały krytyczne: "produkcja leży" - pisał, co umożliwiało przy odrobinie złej woli dołączyć go do grona zwolenników etatystycznej interwencji, choć w istocie zarzut szedł w inną stronę. Można też wyczytać w jego wypowiedziach nadzieję, że Wałęsa może być dobrym dyktatorem, o ile pójdzie przeciwko grupom robotników, którzy chcą dalej pracować w swych zbankrutowanych zakładach. Ale potem uznał, że Balcerowicz to jedyny polityk, który ma program, chociaż - jak twierdził - niepełny, bo tylko monetarny.

Trudno było - także mnie - pogodzić się z tym, że ten wybitny liberał nie popierał jednoznacznie wysiłku idącego w kierunku, o którym przecież myślał i pisał. Poprzez nawoływanie do przyspieszenia wpisywał się po trosze w nerwowość ówczesnej prawicy. Kłopot w tym, że kolejne rządy nie okazały się bardziej zdeterminowane w kwestii prywatyzacji i otwarcia kraju na zachodni kapitał. Pewno nie byłyby też skłonne przyznać mu racji, gdy pisał, że zaczyna mieć ciągoty do kalwinizmu, gdy obserwuje tę "antykapitalistyczną krucjatę, którą funduje nam nasz Kościół", czy też kiedy przypominając dziwną historię Polski, kuszącą część inteligencji wizję jej wyjątkowości określał jako obciążenie, "którego powinniśmy się jak najszybciej wyrzec. Wyrzec i szukać Polski normalnej, jak inne kraje świata, o jakiej marzył i pisał już Stanisław Wyspiański". No ale to już nie ekonomia.

Ograniczenia i samoograniczenia - które zresztą w przypadku rządu Bieleckiego uznał za cnotę - są naturą procesu rządzenia. Przyznajmy więc dzisiaj, że nie aspirując przecież do polityki, miał prawo zachować i zachowywał lekkość felietonisty. Z perspektywy czasu trudno mieć pretensje o tamtą krytykę - w naturze liberalizmu nie leży żądanie jedności moralno-politycznej, zaś oczekiwanie, że ktoś powstrzyma się od krytyki w imię niedawania amunicji przeciwnikom, cuchnie cenzurą, którą słusznie zniesiono jako instytucję i której lepiej nie próbować przywracać przy pomocy morałów.

Gdy brak przeciwwagi

Brakuje dziś kogoś takiego jak Stefan Kisielewski, zwłaszcza że jesteśmy świadkami ideowej kapitulacji liberalizmu ekonomicznego przy akompaniamencie irracjonalizmu i niechęci już nie tylko do praw ekonomicznych, ale praw fizyki i matematyki. Wielu polityków, którzy byli przed laty zaangażowani w reformy, daje sobie narzucić, ba: sami używają języka "społecznych kosztów reform". Tak jakby reformy kapitalistyczne robiło się w imię abstrakcyjnych celów, a ludzie z ich powodu tylko cierpieli, zaś przy braku reform nie byłoby żadnych cierpień ani społecznych kosztów. Logiczny wniosek byłby taki, że koszty braku reform są mniejsze od ich przeprowadzania...

Brakuje kogoś, kto nie byłby uwikłany w przeszłą politykę, nie aspirował też do obecnej, i w związku z tym bez obaw, z życzliwym humorem i na luzie krytykowałby oraz zadawał proste pytania nie tylko politykom, ale i zwykłym ludziom. Np. czy naprawdę wierzą, że człowiek pracując 35-40 lat, odkładając 20 proc. wynagrodzenia na emeryturę, może potem przez 25 lat mieć z tego emeryturę wystarczającą na życie, i to na poziomie, do którego przywykł? No ale wtedy trzeba by zdobyć się na przyznanie, że skoro żyjemy coraz dłużej, to nie jest tak strasznie źle, a to dziś wolno tylko błaznom - takim prawdziwym, jak z obrazu Matejki.

Tadeusz Syryjczyk (ur. 1948) był działaczem podziemnej Solidarności, w 1987 r. współzałożycielem Krakowskiego Towarzystwa Przemysłowego. W rządzie Tadeusza Mazowieckiego minister przemysłu, a w rządzie Jerzego Buzka - transportu i gospodarki morskiej. W latach 2003-07 przedstawiciel Polski w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]