Jeszcze żyje Ukraina!

Justyna Mielnikiewicz, fotografka: Mam przekonanie celowości tego, co robię, to jest kwestia odpowiedzialności za historie usłyszane i zobaczone.
Czyta się kilka minut
Dniepropietrowsk – nazwa zmieniona na Dniepr, kwiecień 2014 r. Dwie romskie siostry, Rusłana (16 lat) i Milana (19 lat), na wieczornym spacerze wzdłuż brzegu Dniepru. /
Dniepropietrowsk – nazwa zmieniona na Dniepr, kwiecień 2014 r. Dwie romskie siostry, Rusłana (16 lat) i Milana (19 lat), na wieczornym spacerze wzdłuż brzegu Dniepru. /

GRAŻYNA MAKARA: Dlaczego Ukraina, i co skłoniło Cię, by tam pojechać?

JUSTYNA MIELNIKIEWICZ: W roku 2008 fotografowałam historie Kozaków prorosyjskich i Tatarów proukraińskich na Krymie. Wtedy zaczęłam się zastanawiać, jak odpowiedzieć na pytanie, skąd bierze się to rozerwanie historii i geografii tego kraju. I dopiero pod koniec drugiego Majdanu w 2014 r. zaczęłam realizować swój pomysł, myśląc o nim jako o Ukrainie, a nie tylko o Majdanie czy o wojnie – ale o Ukrainie właśnie, gdzie te dwa wydarzenia, które znamy z newsów, są tylko częścią opowieści.

News traktujesz w szczególny sposób. Zdjęcia zamieszczone w Twojej książce „Ukraine runs through it” („Ukraina przez to przechodzi”) mówią o tym, co się wydarzyło tuż przed i po, oraz o tym, co się dzieje dziś na Ukrainie.

Na początku chciałam pokazać Ukrainę bez codziennej polityki, bez konfliktu, bez wojen; to miały być spokojne historie. Ale po Majdanie i aneksji Krymu wiedziałam, że będę musiała pokazać codzienność konfliktu.

Czy Twoi bohaterowie widzieli już te fotografie?

Jeszcze nie. Niektórym wysyłam pojedyncze kadry, cieszą się i wstawiają je nawet jako swoje zdjęcia profilowe. Koncepcja tego projektu opiera się na kilku osobach. Poprzez ich życie chciałam pokazać, co się wydarzyło i jaki to miało na nich wpływ.

Anię, ochotniczkę opiekującą się żołnierzami, sfotografowałam w chwili, gdy dzwonił do niej kolega z frontu, w momencie, kiedy się wycofywali, dużo ich wówczas zginęło. Dwie Romki znad Dniepru mimo wojennej zawieruchy trwają jednak w codziennym życiu i spokoju. A dziewczyna przytulająca się do chłopaka – to Lena i Denis z Doniecka. Ona mieszka teraz sama w Kijowie.

Jak sobie radzisz z cudzym cierpieniem?

Mam przekonanie o celowości tego, co robię, to jest kwestia odpowiedzialności za historie usłyszane i zobaczone. I jeśli mój przekaz idzie dalej, wtedy mam poczucie satysfakcji. I Prawdy.

Prawda jest tym pojęciem, do którego zmierzam, by opowiadać o Ukrainie, która tak naprawdę dziś już nikogo nie obchodzi. ©℗

JUSTYNA MIELNIKIEWICZ zaczynała jako reporterka w krakowskiej „Gazecie Wyborczej”. Dziś jako „wolny strzelec” realizuje projekty związane z Kaukazem, Ukrainą czy Osetią. Publikowała w „The New York Times”, „Monocle”, „Stern” czy „Le Monde”. W 2009 r. otrzymała drugą nagrodę w konkursie World Press Photo za zdjęcia dokumentujące wojnę w Osetii ­Południowej. Od 30 listopada, w warszawskim Instytucie Fotografii Fort, można zobaczyć jej wystawę „W Ukrainie” z ostatniego projektu „Ukraine runs through it”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 49/2019