Reklama

Jak służąc Bogu, przechytrzyć KGB

Jak służąc Bogu, przechytrzyć KGB

13.09.2006
Czyta się kilka minut
Abp Sigitas Tamkevičius
K

KATARZYNA KORZENIEWSKA, PAWEŁ WOŁOWSKI: - Historycy wspominają o kręgach niezależnych księży, działających na Litwie od lat 50. XX w. Czy idea powstania "Kroniki" nie narodziła się też w tych kręgach?

ABP SIGITAS TAMKEVIČIUS: - Kręgi te były ważnym doświadczeniem pracy nad sobą i duchowego oporu wobec zła. Początek tej działalności dał ks. Masilionis, jezuita. Był rok 1956, uczyłem się wtedy w seminarium. Wówczas powstał wśród kleryków taki podziemny krąg. Nasza działalność miała dwa cele: jak najlepsze przygotowanie się do kapłaństwa i pracę nad własnym charakterem oraz sprzeciw wobec materializmu. Był to więc krąg zorientowany na sprawy duchowe, nie było tam elementów politycznych.

Gdy skończyłem seminarium, miałem znajomych księży w różnych diecezjach, którzy należeli do tego kręgu. Nie spotykaliśmy się już tak często, ale pozostało przekonanie, że powinniśmy sobie wzajemnie pomagać. W tamtych czasach było to ważne.

Pod koniec lat 60. funkcjonowały dwa kręgi: jeden obejmował księży z różnych diecezji, a drugi - tylko z mojej diecezji. Pomysł zbierania materiałów o prześladowaniach Kościoła był rozważany w każdym z nich. Około 1970 r. ks. Pranas Rači?nas, marianin, poddał myśl, by zbierać materiały o wszystkim, co się dzieje, aby przekazać to potomnym. Pomysł bardzo mi się spodobał i - idąc krok dalej - w gronie znajomych księży zaczęliśmy się zastanawiać nad formą wydawania tych materiałów.

W 1972 r. przygotowałem na próbę jeden numer - niezupełnie podobny do "Kroniki" w jej ostatecznym kształcie - i pojechałem z nim na konsultację do bp. Sladkevičiusa, który wówczas przebywał na przymusowym zesłaniu w Nemun?lio Radviliškis. Pamiętam, że na jego biurku leżała wówczas jakaś polska gazeta, mająca w tytule słowo "kronika". Po przeczytaniu mojego tekstu biskup stwierdził, że podoba mu się to polskie czasopismo, gdyż krótko opisuje zdarzenie, po czym je komentuje. "Czy księdza pismo nie mogłoby być podobne?" - zapytał. Spodobał mi się pomysł bp. Sladkevičiusa. Po spotkaniu z nim pojechałem do mojego prowincjała [jezuitów - red.], ks. Jonasa Danyly, i opowiedziałem mu o swoim planie. Zapytał wtenczas: "Ale skąd ty weźmiesz materiał na dalsze numery?". Odpowiedziałem mu, że najwyżej numery będą się ukazywały rzadziej, niż przewidywaliśmy, a jeżeli w ogóle nie będzie materiału - no to chwała Bogu. Dał mi pozwolenie. Wówczas razem z Petrasem Plumpą-Pluirą przygotowaliśmy pierwszy numer w takiej formie, w jakiej się ukazał w 1972 r.

Od tego czasu mój prowincjał wiedział, że wydaję "Kronikę", ale nigdy w jego pokoju nie rozmawialiśmy o tym podejrzewając, że może tam być podsłuch. Generalnie, gdy trzeba było omówić jakieś tematy dotyczące pisma, pisaliśmy sobie na kartkach, co mamy do powiedzenia, a nie mówiliśmy tego głośno.

"Przeczytaj i daj następnemu"

- "Kronika" była dokumentacją historii pisaną z myślą o potomnych. A czy nie wydawało się Księdzu, że robiąc "Kronikę", można mieć także wpływ na historię?

- Na początku nie było takiej myśli. Pierwszym naszym zamysłem była walka o jawność, która była nam potrzebna jak życie. Wiedzieliśmy, że jeśli tego, co dzieje się z nami na Litwie, nikt na świecie nie będzie znał - będzie oznaczać to dla nas śmierć. Jeśli chodzi o wpływ "Kroniki" na rozwój wydarzeń, to nie mogliśmy nawet wyobrazić sobie, że będzie się ukazywała tak długo i spotka się z takim rezonansem. Sam myślałem, że praca potrwa rok, może dwa, najwyżej trzy, jeśli Pan Bóg pozwoli. Miałem przecież przykłady z Moskwy, gdzie po roku czy dwóch KGB likwidowało podziemne gazety. Tak było np. z "Kroniką Wypadków Bieżących", która wielokrotnie przestawała się ukazywać, bo aresztowano redakcję. Wiedząc o tym, nie spodziewałem się, że nasze pismo będzie wychodzić tyle lat i będzie tak szeroko znane.

W 1972 r., gdy zaczęliśmy wydawać "Kronikę", przekazanie jej na Zachód było trudne. Od początku nawiązaliśmy kontakt z rosyjskimi dysydentami: Kowaliowem i innymi. Ci uczciwi i odważni ludzie bardzo nam pomagali. Przekazywałem im gotowy numer po litewsku. Prosili o dwa egzemplarze. Jeden służył za podstawę do tłumaczenia części materiału na rosyjski celem zamieszczenia w "Kronice Wypadków Bieżących". Drugi był przekazywany na Zachód przez korespondentów zagranicznych czy pracowników ambasad. Po jakimś miesiącu czy dwóch orientowaliśmy się, że numer dotarł na Zachód. To potwierdzało, że kanał funkcjonuje dobrze.

W następnych latach zaczęło przyjeżdżać więcej turystów. Wpuszczano ich tylko do Wilna i do Kowna, ewentualnie do Trok, ale nie na prowincję. Można się było z nimi skontaktować w hotelu. Łowiliśmy takie okazje, aby przekazać materiał. Ale wiedziałem, że turyście nie mogę dać maszynopisu "Kroniki", tak jak przyjaciołom w Moskwie. Mogli mieć przecież rewizję bagażu. Wówczas pojawiła się myśl, by robić kopie na mikrofilmach.

- "Zenitem" Księdza Biskupa?

- Tak. Ten aparat dobrze mi służył. A zdjęcia nauczyłem się robić, służąc w sowieckiej armii. Wracając do turystów, oczywiście nie każdemu można było ufać. Pełnym zaufaniem obdarzaliśmy z miejsca zagranicznych księży i siostry zakonne. W końcu komuś trzeba było wierzyć, nie było innego wyjścia. Chowaliśmy wówczas "Kronikę" w postaci mikro?lmu w jakimś prezencie, o którego przewiezienie prosiliśmy, mówiąc oczywiście, co jest wewnątrz. Większość godziła się przewozić materiał. Lecz niektórzy z nich - do tej pory nie mogę zrozumieć dlaczego - przyjechawszy z wolnego świata, bardziej bali się komunistycznego ustroju niż my, którzy w nim żyliśmy. Przypominam sobie tylko jedną smutną sytuację. Pojechałem na motocyklu do Wilna, do pewnego księdza, który właśnie przyjechał z zagranicy. Miałem przygotowany dla niego "prezent": lalkę ze schowanym w środku mikro?lmem. Mówię mu: "Mam taki materiał, dobrze by było przekazać go na Zachód". A on mi na to: "Tak, my to wszystko wiemy, ale nie trzeba tego robić". Sięgnął do kieszeni, wyjął paczkę papierosów i mówi: "O, proszę, to dla księdza, amerykańskie papierosy". Ja, jak na złość, byłem niepalący. Cóż - myślę sobie - widać, że człowiek się boi, nie będę nastawać. Ale to był wyjątkowy przypadek.

Czasami pewne trudności napotykaliśmy też po naszej stronie. Mam u siebie wspomnienia jednej siostry, która wiele razy przekazywała materiał, również w tym czasie, gdy ja siedziałem w obozie. Jedyne trudności, z jakimi się spotykała, były ze strony jej kongregacji - innych sióstr, które albo się bały, albo troszkę jej niedowierzały i stwarzały najróżniejsze przeszkody, byle tylko nie spotkała się z siostrami przyjeżdżającymi z Ameryki.

- "Kronika" opisywała liczne sytuacje prześladowania dzieci w szkołach, z podaniem ich imion i nazwisk. Jak do was docierały takie informacje i jak staraliście się je sprawdzać? Mogły się przecież zdarzać pomyłki albo prowokacje…

- Cały materiał był zbierany za pośrednictwem przyjaciół lub ludzi, do których miałem pełne zaufanie. Nigdy nie brałem materiału od nieznajomych. Miałem np. takie zdarzenie. Przyjechała do mnie pewna kobieta i powiedziała: "Mam materiał na cały numer »Kroniki«, trzeba tylko wpisać kolejny numer i można drukować". I podaje mi jakiś tekst. Przekartkowałem - rzeczywiście był to przygotowany w maszynopisie prawie cały numer. Oddaję jej i mówię: "Interesujący materiał, ale nie wiem, komu przekazać". Ona na to: "Rozumiem, ksiądz mi nie ufa".

Już wówczas domyśliłem się, że to prowokacja, ale nie miałem pewności. Po odzyskaniu niepodległości przeczytaliśmy w archiwach KGB, że rzeczywiście taka próba prowokacji miała miejsce. Aby uniknąć tego typu sytuacji, zawsze brałem materiał od moich przyjaciół - sióstr i księży. Oni z kolei brali materiał od tych, do których mieli pełne zaufanie. Jestem przekonany, że byli to wszystko ludzie sumienia, którzy nie mogli mówić nieprawdy. Mimo to, kilka razy dostawałem materiał, co do którego miałem wątpliwości. Nie dawałem go wówczas do "Kroniki". Bo jak to sprawdzić?

Przez całe 18 lat działalności "Kroniki" KGB chciało nas skompromitować, znaleźć przykłady rozminięcia się z prawdą. Ale jedyne przykłady niezgodności z rzeczywistością, jakie znaleźli, to była np. zamiana "o" na "a" w pisowni nazwiska. Wówczas pojawiała się informacja w komunistycznej gazecie, że takiej nauczycielki w danej szkole nie ma. Ale takie przypadki były dla nas wskazówką, że nasz materiał jest prawdziwy.

Przygotowując numer, przepisywaliśmy go z reguły dwa razy na maszynie, przez kalkę, dzięki czemu mieliśmy 16 czy 18 kopii. Przekazywaliśmy je przyjaciołom, a dwa egzemplarze, jak wspomniałem, zawoziliśmy do Moskwy. Sporządzaliśmy też mikro?lm. Dalej nie interesowałem się już, kto przepisuje "Kronikę" i ile jest takich osób. Na każdym egzemplarzu było napisane: "Przeczytaj i daj następnemu, jeśli możesz - przepisz". Czasami zdarzała się możliwość odbicia, powiedzmy, stu egzemplarzy na powielaczu, ale większość numerów była przepisywana jeden czy dwa razy, dalej już - jak Bóg da.

Szybko doszliśmy do wniosku, że nie jest aż tak ważne, by po Litwie krążyło wiele kopii. Coraz więcej osób wpadało i było sądzonych za przepisywanie "Kroniki". Ryzyko było coraz większe. Gdy więc Radio Watykańskie zaczęło nadawać informacje z naszego pisma, stwierdziliśmy, że nie ma sensu ryzykować, skoro wszyscy chętni na Litwie mogą wysłuchać tych wiadomości.

Wobec KGB

- Ilu było współpracowników "Kro­niki"?

- Tych, którzy wiedzieli, że jestem głównym redaktorem, było około pięciu. Następnie byli ci, którym nie mówiłem, że się tym zajmuję, ale oni z pewnością domyślali się tego. Mówiłem im, że jeśli będą mieli jakiś materiał, to niech mi dadzą, a ja wiem, komu przekazać. Ta grupa obejmowała około 15 osób. Starałem się, by jak najmniej ludzi wiedziało, kto jest redaktorem. Zdawałem sobie sprawę, że jeśli się to rozniesie, KGB też się dowie. A ja oczywiście nie chciałem pójść do więzienia, mimo że byłem pewien, iż wcześniej czy później to się zdarzy.

Obecnie znajdujemy w archiwach KGB dokumenty sporządzone na podstawie podsłuchów. Wynika z nich, że niektórzy porządni ludzie, którzy domyślali się, że ja redaguję "Kronikę", mówili o tym głośno u siebie w domu. W archiwach, od mniej więcej 1975 r., są materiały świadczące o tym, że księża Tamkevičius, Zdebskis i Svarinskas są głównymi inspiratorami "Kroniki". KGB nie miało co do tego pewności, ale się domyślało.

- W takim razie, dlaczego tak długo zwlekali z aresztowaniem Księdza Biskupa?

- Brakowało niepodważalnych dowodów. Pierwszy raz zrobili rewizję, gdy pracowałem na wsi, niedaleko Alitusa. Niczego nie znaleźli poza dwoma numerami "Kroniki". Na pytanie: "Skąd to masz?" odpowiedziałem: "Znalazłem na ławce pod kościołem. Zapewne ktoś chciał, żebym to przeczytał. Szkoda, że znaleźliście, zanim zdążyłem".

Potem zrobili drugą rewizję i też nie znaleźli materiałów. Bo znaleźć egzemplarz "Kroniki" to co innego, niż znaleźć materiał. Żeby mnie oskarżyć, powinni znaleźć materiał napisany czyjąś ręką, czy też maszynopis z odręcznymi poprawkami, wskazujący na fakt, że pracowałem nad numerem. A takiego materiału dowodowego nigdy nie znaleźli. Żeby aresztować i wytoczyć sprawę, potrzebowali dowodów. Materiały operacyjne - podsłuchane rozmowy, donosy agentów - to jedno, ale nie mogą się nimi posłużyć przed sądem. Tam potrzebny jest materiał dowodowy. Albo uzyskany w czasie rewizji, albo relacja świadków, którzy widzieli, jak pracowałem nad "Kroniką". Takiego materiału nie mieli.

Ułatwiliśmy im zadanie, gdy w 1978 r. założyliśmy Katolicki Komitet Obrony Praw Ludzi Wierzących. Zrobiliśmy to z dwóch powodów. Po pierwsze, przyjaciele z Moskwy - Jakunin, Dudko, Kapitanczuk i inni - którzy założyli Chrześcijański Komitet Obrony Praw Wierzących, namawiali nas, byśmy się do nich przyłączyli. Ale my postanowiliśmy założyć na Litwie swój komitet. Po drugie - i to była główna przyczyna - KGB zaczęło na Litwie i na Zachodzie szerzyć propagandę, że "Kronika" zawiera nieprawdę, a jej informacje są anonimowe i nie wiadomo, przez kogo redagowane. Dotarły do nas głosy, że na Zachodzie ludzie zaczęli się zastanawiać, kto właściwie drukuje "Kronikę" i czy to na pewno prawda, co tam piszą. W związku z tym stwierdziliśmy, że niektóre podawane przez nas fakty powinny znaleźć się w o?cjalnych dokumentach Katolickiego Komitetu, które osobiście podpiszemy.

Tak się stało. KGB posłużyło się tymi materiałami w procesie. Gdy mnie aresztowali, nie mieli dowodu na to, że byłem redaktorem. Natomiast dokumenty Komitetu traktowali już bezpośrednio jako nasze przestępstwa. Dlatego 52 dokumenty Komitetu były główną podstawą oskarżenia o szerzenie propagandy w celu obalenia władzy radzieckiej.

Wobec księży-agentów

- Czy decyzja o wydaniu danego numeru należała tylko do Księdza Biskupa?

- Tak. Najczęściej ja decydowałem o wszystkim i miałem ostatnie słowo. Bywały jednak sytuacje, w których chciałem zasięgnąć rady. Na przykład gdy rektor seminarium [duchownego] publikował na Zachodzie kłamliwe artykuły o położeniu Kościoła na Litwie sowieckiej. Czy też, gdy administrator diecezji wileńskiej publikował w gazecie komunistycznej w USA artykuł, w którym udowadniał, że u nas wszystko jest w porządku, Kościół cieszy się swobodą itd. W takich sytuacjach potrzebowałem konsultacji. Byliśmy zgodni, że należy mówić wprost, iż to nieprawda. Ale jednocześnie rozumieliśmy, że piszemy nie o jakimś kołchoźniku, a o swoim przełożonym, kierującym diecezją. Co pisać, a czego nie - w tych przypadkach niekiedy zasięgałem rady, by nie przekroczyć granicy, której przekraczać się nie powinno.

Zdarzało się, że w takich sytuacjach jechaliśmy do bp. Julijonasa Steponavičiusa. Również wśród jezuitów byli księża, z którymi dobrze się znałem i prosiłem ich o radę.

- Przypominamy sobie reakcję "Kroniki" na list, który biskupi napisali pod naciskiem komunistycznych władz, po memorandum z 1972 r. Były tam bardzo twarde sformułowania: "List ten nieodwołalnie kompromituje samych ordynariuszy" itd…

- Patrząc z dzisiejszej perspektywy, myślę, że dobrze, iż wówczas napisałem to w "Kronice". Położenie było rzeczywiście bardzo trudne. Jak bardzo trudne, możemy ocenić dopiero teraz, gdy znaleziono w archiwach KGB nakaz wydany wszystkim administratorom diecezji, by nie podpisywali żadnych dokumentów skierowanych do wiernych ani ich nie rozpowszechniali [biskupi musieli natomiast podpisywać i ogłaszać "listy pasterskie" napisane przez władze]. Oznacza to, że tzw. list pasterski wcale nie wyszedł spod pióra biskupów, lecz został im napisany przez odpowiednie organy. Gdy przysłano go nam, z nakazem odczytania w kościołach, wówczas około 10 księży diecezji wiłkowyskiej zebrało się i radziło, co robić. Prawie wszyscy uważali, że nie powinno się go czytać. Ale byli też tacy, którzy się wahali. A jeden z nas stwierdził: "Mimo wszystko napisał to biskup, jakże tego nie przeczytać!". Teraz w archiwum znajduje się notatka, z której wynika, że pośród nas był agent, który przekazał dokładne informacje z owego spotkania. Podówczas napisałem krótkie oświadczenie z podaniem powodu, dla którego nie należy tego listu czytać. Wysłałem je do wszystkich księży diecezji wiłkowyskiej. Wielu z nich odmówiło jego przeczytania. Nasze rozumowanie było następujące: jeśli ten numer przejdzie, jeśli biskupi i wszyscy księża przeczytają list napisany pod przymusem KGB, wówczas komunistyczna władza będzie kontynuowała naciski. Również dziś myślę, że trzeba było właśnie tak postąpić.

- Znaleźliśmy też w "Kronice" fragmenty, w których, bez ujawniania nazwisk, pisze się o księżach lub seminarzystach postępujących niegodziwie. A w swoich wspomnieniach Ksiądz Biskup mówi, że zastanawiał się, czy powinno się pisać o księżach, którzy w sposób oczywisty współpracują z KGB. To był z pewnością bardzo trudny problem. Może Ksiądz Biskup powiedzieć, jak podejmował decyzje w tej sprawie?

- Tak, był jeden szczególnie smutny przypadek w seminarium. Ten człowiek, niestety, został później księdzem w archidiecezji wileńskiej. W seminarium nie podejrzewaliśmy, że jest zwerbowany. Postępował tak niemoralnie, że rektor postanowił go relegować. A rektora KGB zmuszało, by tego człowieka zatrzymać w seminarium. Gdy dostałem tę informację, zastanawiałem się, czy umieścić ją w "Kronice". Zasięgałem rady w tej sprawie. Zdecydowaliśmy, że trzeba o tym napisać. Bo jeśli takich przypadków byłoby więcej, to seminarium stałoby się... jeden Pan Bóg wie, czym.

W "Kronice" nie mogliśmy wprost napisać, że dany ksiądz jest agentem, bo nie mieliśmy na to dowodów. Czasami domyślaliśmy się tego, ale nie mieliśmy przecież dokumentu z jego podpisem, gdzie wyraża zgodę na współpracę.

Ksiądz i konspirator

- Czy nie pojawiała się czasami u Księdza myśl: "Kim bardziej jestem, księdzem czy podpolnikiem [konspiratorem]"? Skoro tyle czasu spędzał Ksiądz Biskup, obmyślając sposoby podziemnej roboty, czy starczało czasu na pracę duszpasterską?

- Kiedy zacząłem redagować "Kronikę", byłem wikarym niespecjalnie przeciążonym pracą. Msza święta, jedno czy dwa kazania niedzielne, odwiedziny u chorych. Religii w szkole przecież nie było - wszystkim tym, czym księża się teraz zajmują, nie można się było zajmować. Tak więc miałem dość dużo czasu wolnego, robiąc może nawet nieco więcej niż inni. W każdą sobotę jechałem do Kowna, gdzie zbierali się studenci - dawałem im rekolekcje, głosiłem konferencje.

Mój proboszcz był nieco bojaźliwy, ale nie pytał mnie o nic. Z początku miał wątpliwości, zastanawiał się, gdzie też jego wikary jeździ w każdą sobotę. Ale każdej niedzieli punktualnie o 10.00 rano byłem przy ołtarzu. Potem, gdy poznaliśmy się lepiej, wiedział już, że nie jeżdżę na żadne miłosne schadzki. Oszczędzałem mojego proboszcza. Gdybym mu powiedział, co robię, dopiero miałby kłopoty ze snem. Gospodyni też nie wiedziała.

W tej parafii pracowałem od 1970 do 1975 r.­ Miałem wtedy dość dużo czasu, ale brakowało mi dobrych warunków do pracy konspiracyjnej - miałem tylko jeden pokój.

Co do pracy duszpasterskiej, to myślę, że nie ucierpiała ona z powodu innych moich zajęć. Odwiedzałem np. regularnie wszystkich chorych w mojej para?i, spowiadałem, udzielałem Komunii świętej. W 1975 r. wezwał mnie biskup i powiedział: "Przyszło polecenie, żeby mianować ciebie proboszczem, abyś miał dużo pracy. Bo w przeciwnym razie - zamierzają cię wsadzić do ciupy". I w ciągu tygodnia dostałem nominację na proboszcza w dwóch dużych para?ach: Kybartai i Virbalis. Pomyślałem: "No to koniec". Pojechałem, obejrzałem teren i napisałem do biskupa, że to niemożliwe, by jeden ksiądz obsłużył te dwie para?e. Zgadzam się na Kybartai, ale Virbalis już nie zdołam. I biskup się zgodził. W Kybartai dużo pracowałem. Musiałem tam co roku robić remonty, odwiedzałem chorych tak jak poprzednio.

A praca przy "Kronice" szła swoim rytmem. Może też moi pomocnicy więcej mi pomagali, chociaż cały materiał i tak przechodził przez moje ręce. Były tylko pewne komplikacje, gdy trzeba było jechać do Moskwy. Trudno było zostawić para?ę na kilka dni. W tamtych czasach byli już na szczęście księża wyświęceni po kursach w seminarium podziemnym. Gdy musiałem wyjechać do Moskwy, prosiłem ich o zastępstwo. I to bardzo dobrze działało. A żeby nie ciągnąć za sobą "ogona" do Moskwy, z reguły robiłem tak: ubierałem się, jakbym wychodził odwiedzić chorego, w sutannę i komżę, stułę na wierzch... Naprzeciwko kościoła była poczta, której naczelnik, jak wszyscy mówili, pracował dla KGB. Sądzę, że rzeczywiście tak było. Wychodziłem więc z zakrystii na dwór, na oczach wszystkich zapinałem palto, wsiadałem do samochodu i zakrystian wiózł mnie do obwodu kaliningradzkiego. Tam przejeżdżałem przez granicę, przebierałem się. Następnie w Gusiewie czy na innej stacji, gdzie zatrzymywał się pociąg do Moskwy, ładowałem się do przedziału i przesypiałem całą drogę przez Litwę. Na taką wyprawę potrzebowałem kilka dni. Jeden dzień do Moskwy, dokąd przyjeżdżałem o 6.00 rano. Tam już było wyznaczone miejsce spotkania z moskiewskimi dysydentami. Ze dwie godziny rozmawialiśmy, dawałem im "Kronikę", oni wręczali mi w zamian "Archipelag Gułag" czy coś innego. Wieczorem, około 17.00, wsiadałem do pociągu i rankiem następnego dnia byłem w Wilnie. W ciągu trzech dni załatwiałem sprawę. Jestem przekonany, że nie udało im się śledzić mnie ani razu. Gdyby śledzili, to mieliby materiał, który by wykorzystali podczas śledztwa. Chociaż oczywiście wiedzieli, że na kilka dni gdzieś przepadam.

"Kronika" i Watykan

- Celem "Kroniki" było m.in. przekazywanie do Watykanu informacji o sytuacji Kościoła katolickiego na Litwie…

- Nie tylko do Watykanu, lecz do całego wolnego świata, aby wiedziano, co się u nas dzieje. Władza sowiecka cały czas przekonywała, że w Związku Radzieckim jest wolność wyznania, a zarazem prześladowała ludzi wierzących. Dlatego jednym z głównych naszych zadań było pokazanie wszystkim tego, co się rzeczywiście dzieje.

- A kim byli wasi najbardziej oddani sojusznicy w Watykanie?

- Naszej sprawie bardzo dobrze służył monsignore Vytautas Kazlauskas, szef litewskiej sekcji Radia Watykańskiego. Potem KGB udało się doprowadzić do jego odsunięcia. Było to w 1987 czy 1988 r., gdy przebywałem w obozie. Kreml przekonywał, że bardzo źle wpływa on na stosunki między Kościołem katolickim a władzą sowiecką i że dla poprawy relacji konieczna jest zmiana na tym stanowisku.

Drugą taką osobą był obecny kard. Audrys Bačkis, pracujący wówczas w Sekretariacie Stanu. Niekiedy w ważnych sprawach pisaliśmy prosto do niego, mając nadzieję, że (ponieważ Litwa jest mu droga) przekaże to papieżowi. Raz w ten sposób udało nam się zapobiec wyświęceniu trzech biskupów.

- Czy można powiedzieć, że był to sukces "Kroniki"?

- Bez wątpienia. Ja dowiedziałem się o tym już po wyjściu na wolność, że księża litewscy ze Stanów Zjednoczonych przekazali informację z prośbą, by Ojciec Święty zmienił postanowienie w sprawie konsekracji tych biskupów.

Interesujące, że gdy mnie aresztowali, jeden ze śledczych powiedział mi: "Śmierć Mažonavičiusa obciąża twoje sumienie". Ksiądz Mažonavičius zmarł wkrótce po tym, gdy papież w ostatniej chwili zrezygnował z jego konsekracji. Był on jednym z mianowanych już kandydatów - potrzebna była tylko konsekracja. Zapytałem śledczego: "A dlaczego niby moje sumienie?". "Ty sam dobrze wiesz" - odpowiedział. Oni domyślali się, że "Kronika", docierając na Zachód, mogła wpłynąć na zmianę decyzji Watykanu.

- W jaki sposób watykańska polityka wschodnia, kreowana głównie przez kard. Casarolego, wpływała na stosunki między Kościołem a władzą sowiecką na Litwie? Po lekturze wspomnień kardynała widać, że jego optyka i założenia polityki - dialog i poszukiwanie modus vivendi z władzami komunistycznymi oraz dbałość o instytucjonalne formy życia Kościoła, w tym obsadzanie stolic biskupich - były całkowicie odmienne od waszych poglądów i waszej polityki.

- Tak, to prawda. Wiedzieliśmy już wówczas, że jest to pomyłka. Kard. Casaroli uważał, że jest ważne, by istniała struktura, by każda diecezja miała swojego biskupa. My natomiast wiedzieliśmy, że wszyscy administratorzy diecezji pracują nie tylko dla Kościoła, lecz także dla KGB.

Nasze rozumowanie w tej kwestii było proste. Jeśli administratorem diecezji nie jest biskup, to jego zgubny wpływ na wiernych jest mniejszy. U nas, na Litwie, biskup cieszył się zawsze dużym autorytetem. Twierdziliśmy, że biskup współpracujący z KGB będzie gorszy dla Kościoła niż ewentualny wakat na stolicy biskupiej. Niech już lepiej będzie administrator diecezji, zwykły ksiądz - tacy byli też za cara - tego się nie uniknie. Zarazem, powinien być jeden lub dwaj biskupi w celu wyświęcania nowych księży. W takiej sytuacji dla wszystkich będzie jasne, że władza prześladuje Kościół. W przeciwnym razie, mogłoby powstać mylne wrażenie, że sytuacja jest normalna, bo oto jest biskup, który nawet jeździ do Watykanu.

KGB zależało na utrzymywaniu wrażenia, że na Litwie, w sprawach wolności religijnej, wszystko jest w porządku. Są tylko jacyś ekstremiści i Bóg jeden wie, czego naprawdę chcą. Nam natomiast zależało na tym, by wszyscy znali prawdziwe położenie i by nie doprowadzić do sytuacji, w której biskupi mieliby zgubny wpływ na wiernych i na sprawy Kościoła. Dlatego też pisaliśmy, że nie należy wyświęcać biskupów, a niech zostaną nadal administratorzy diecezji.

- Czy kard. Casaroli przyjechał na Litwę?

- Nie. Chociaż go oczekiwaliśmy. W pewnym momencie pojawiły się słuchy, że przyjedzie. Ale nie doszło do tego.

- Gdyby przyjechał, to udałoby się Księdzu Biskupowi spotkać z nim?

- Ależ skąd! Gdy on przyjeżdżał, było wiele "zapór", by nikt niepowołany nie spotkał się z nim. Bliski dostęp mieli tylko zwerbowani księża. KGB znało swoją robotę. Tylko w sprawie "Kroniki" troszkę im nie wyszło. A co do tych duchownych z Watykanu czy z Zachodu, którzy przyjeżdżali do Moskwy czy do Wilna, KGB zawsze potra?ło obstawić ich swoimi agentami, którzy byli zobowiązani do przekazywania odpowiedniej informacji - takiej, która będzie odpowiednia dla kard. Casarolego i dla papieża. Szczęściem, Stolica Apostolska zbierała informacje także innymi kanałami. Kard. Bačkis opowiadał mi, że gdy ktoś przyjeżdżał z Litwy do Rzymu, zawsze starał się z nim spotkać i dowiedzieć prawdy o sytuacji w kraju.

- Jakie było znaczenie wyboru Jana Pawła II­ i jego pierwszej wizyty w Polsce dla Kościoła na Litwie?

- Myślę, że najważniejszy był sam moment wyboru Papieża. Przede wszystkim fakt, że - jak sam stwierdził - chce być głosem tych, którzy nie mają głosu, chce mówić światu o Kościele milczenia. Te słowa napawały nas optymizmem. Wiedzieliśmy, że Papsież zna sytuację, że jego nikt nie oszuka. Gdy stwierdził, że będzie mówił za nas, to było dla nas bardzo ważne.

"Wiesz, co cię czeka?"

- Czy da się określić, ilu księży na Litwie, na początku lat 80., było zdecydowanymi przeciwnikami reżimu?

- Trudno powiedzieć, ale mogę podać jeden przykład. Mniej więcej w tym czasie władze przyjęły nową ustawę wyznaniową. Wówczas my, członkowie Katolickiego Komitetu Obrony Praw Wierzących - Svarinskas, ja i inni - napisaliśmy obszerny dokument przeciwstawiający się temu prawu. Zawierał on dokładną analizę ustawy ze wskazaniem, w jaki sposób poszczególne zapisy naruszają prawo do wolności religijnej. Ku naszemu zdziwieniu, ten dokument podpisało, jeśli się nie mylę, 525 księży oraz obaj biskupi - Sladkevičius i Steponavičius. Dla władzy sowieckiej była to bomba - oni nie spodziewali się, że za Katolickim Komitetem opowiada się aż tylu księży. Wówczas księży na Litwie było około 750-770, tak więc liczba podpisanych stanowiła ok. dwóch trzecich. To była większość absolutna. W dodatku, każdy, kto podpisywał ten list, brał na siebie duże ryzyko - wiedział, że władze nie będą go za to chwaliły.

- Czy zdaniem Księdza Biskupa, w działalności "Kroniki" był jakiś przełom: moment, w którym zaczęła ona w większy sposób wpływać na ludzi?

- W latach 1972-1973 trudno było zbierać materiały do "Kroniki" - ludzie się bali. Bali się z prostego powodu: wiedzieli, że jeśli zostanie zacytowane ich nazwisko, KGB będzie prowadzić dochodzenie. Wielu ludzi wolało więc o niczym nie mówić, żeby mieć spokój.

Przypominam sobie, jak w 1968 r. sam jeździłem po para?ach z listem zaadresowanym do administratorów diecezji, wzywającym ich do podjęcia kroków w celu polepszenia sytuacji Kościoła. Pisaliśmy m.in., że rocznie umiera około 30 księży, a do seminarium przyjmuje się tylko pięciu. To był bardzo delikatny w tonie list, a mimo to widziałem, że księża bardzo się bali go podpisać. Pamiętam jak dziś pewnego księdza, który przeczytał i mówi: "Gdyby pod tym listem było już 800 podpisów, to i ja bym podpisał. Myślę, że nikt tego nie podpisze". Rzeczywiście pod listem widniały tylko trzy podpisy. Przyjeżdżam do innej para?i. Tamtejszy proboszcz, były więzień łagrów, mówi mi: "Wiesz, co cię czeka za ten list?". I podpisał.

Albo takie zdarzenie. Za katechizację siedział w łagrze ks. Antanas Šeškevičius. Napisaliśmy wówczas krótkie oświadczenie, wyrażające naszą solidarność z nim i protest przeciw postępowaniu władz, które wysyłają do obozu księdza za spełnianie kapłańskich powinności. Daję to do podpisu jednemu księdzu i widzę, jak strużka potu zaczyna ściekać mu po twarzy. Od tego momentu zacząłem nieco bardziej wyrozumiale spoglądać na tych, którzy się bali. Zrozumiałem, że niektórym ludziom jest bardzo trudno się nie bać. A jeśli ja się nie boję, to nie znaczy, że wszyscy mają reagować w ten sam sposób.

Natomiast później, gdzieś od połowy lat 70., zbieranie podpisów stało się łatwiejsze. Najlepszym przykładem jest ten list 525 księży w obronie wolności religijnej. Mimo represji, księża i świeccy stawali się coraz odważniejsi. Bardzo dopomagał nam fakt, że Radio Watykańskie głośno o nas mówiło. Dla człowieka, który o coś walczy i za coś cierpi, jest bardzo ważne, gdy wie, że ktoś o nim pamięta. Sądzę, że "Kronika" i Radio Watykańskie przyczyniały się do tej zmiany w ludziach, do wzrostu odwagi.

Zwycięstwo

- Znaleźliśmy takie stwierdzenie z 1944 r.: "Szczęśliwy Kościół na Litwie, gdyż liczne jego dzieci za niego cierpią". Kto spośród ludzi Kościoła na Litwie jest dla Księdza Biskupa wzorem odważnego cierpienia dla Kościoła?

- Z pewnością bp Teofil Matulionis. Był trzy razy sądzony i zakończył swoje życie na zesłaniu na Litwie [biskupowi nie pozwolono na rezydowanie w stolicy diecezji i pełnienie funkcji biskupich, zmuszono go do przeniesienia się do małej, wiejskiej para?i - red.]. Dla mnie i dla wielu innych jest on przykładem, jak należy stawać w obronie Kościoła. Bronił go spokojnie, ale w sposób bezkompromisowy. Przed trzecim aresztowaniem, w 1946 r., nakłaniano go do napisania kazania, w którym zachęciłby partyzantów, naszych leśnych braci, do wyjścia z lasu i ujawnienia się przed władzą sowiecką. Odmówił, wiedząc, że nie ma żadnej gwarancji, iż nie zostaną zabici. A w tym samym czasie inni administratorzy diecezji, w tym administrator diecezji kowieńskiej, pod naciskiem władz pisali takie apele.

- Jak wygląda dziś dziedzictwo "Kroniki"? Jej główni redaktorzy zostali biskupami w wolnej Litwie. To jest chyba zwycięstwo tego pisma.

- To trudne pytanie. "Kronika" była nam potrzebna w walce o jawność. Teraz to już nie jest potrzebne. Jest wolność. Tak jak kochaliśmy Kościół wówczas, tak kochamy i dziś. Tak jak byliśmy wierni Stolicy Apostolskiej - na Litwie zawsze miało to bardzo duże znaczenie - tak jesteśmy wierni i dziś. Ludzie związani z "Kroniką" również dziś służą Kościołowi.

ABP SIGITAS TAMKEVIČIUS SJ - urodził się w 1938 r. niedaleko Łoździej (Lazdijai), w rolniczej rodzinie. Po szkole średniej wstąpił w 1955 r. do seminarium duchownego w Kownie. W 1957 r. musiał przerwać naukę, by odbyć obowiązkową służbę w Armii Radzieckiej. Wrócił do seminarium, ukończył je i w 1962 r. otrzymał święcenia. Pracował jako wikary w kilku miastach. Rok później władze sowieckie pozbawiły go prawa pełnienia funkcji kapłańskich w odwecie za akcję w obronie niezależności seminarium. Nie mógł o?cjalnie pracować jako duchowny w żadnej para?i i podjął pracę jako robotnik. Po odzyskaniu uprawnień duszpasterskich, w latach 1975-83 był proboszczem w mieście Kybartai (zdjęcie w rogu pochodzi z czasów sowieckich). Był założycielem i do aresztowania w 1983 r. głównym redaktorem "Kroniki Kościoła Katolickiego na Litwie". Zainicjował ruch niezależnych księży - zalążek opozycji wobec prześladowania Kościoła przez władzę sowiecką. W 1978 r. był współzałożycielem Katolickiego Komitetu na rzecz Obrony Praw Wierzących. Po aresztowaniu w 1983 r. skazany za antysowiecką agitację na 10 lat ("Kronika" ukazywała się nadal do 1989 r.). W 1988 r. na fali pierestrojki władze pozwoliły mu wrócić z zesłania. W 1991 r. został biskupem pomocniczym archidiecezji kowieńskiej, a pięć lat później jej arcybiskupem. Inicjował poparcie Kościoła dla przystąpienia Litwy do UE. W 2005 r. po raz drugi został wybrany przewodniczącym Konferencji Episkopatu Litwy. /KR, PW

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]