Reklama

Jak być razem w czasie epidemii

Jak być razem w czasie epidemii

23.03.2020
Czyta się kilka minut
Koronawirus wydaje się tak nieznany, podstępny, wszędobylski i nieujarzmiony, że przy okazji rujnuje pychę człowieka XXI wieku, która mówi: „Jesteśmy panami tego świata” – twierdzi prof. Bogdan de Barbaro, psychiatra i psychoterapeuta, w obszernym wywiadzie, który ukaże się w najbliższym numerze „Tygodnika Powszechnego”.
Fot. Grażyna Makara
D

Dotąd żyliśmy w przeświadczeniu, że ze wszystkim damy sobie radę – mówi prof. de Barbaro w rozmowie z Michałem Okońskim. – „Polecieliśmy na Księżyc, internet pozwala nam wszystkiego, a właściwie: jakoby wszystkiego natychmiast się dowiedzieć. Powodów, dla których staliśmy się pyszałkami, było wiele. Kiedy za parę miesięcy będzie lekarstwo, a za paręnaście szczepionka, nasza pycha być może się odrodzi. Ale na razie takie »małe coś« pokonuje ludzkość. Zdejmuje nam koronę z głowy”.

Przydałoby się skalibrować związane z koronawirusem lęki – uważa krakowski terapeuta. – Tak, by nas nadmiernie nie osłabiały. „Lęk może nas nie tylko krzywdzić – bo to stan subiektywnie nieprzyjemny – lecz także prowadzić do konkluzji nieracjonalnych. Np. do wersji: »olewam, nic mi nie grozi, pójdę zarażać albo dać się zarazić«. Albo do skurczenia się w panice. W ten sposób mój lęk może krzywdzić zarówno mnie, jak i bliźnich, mogę też ulec paraliżowi i – kiedy zabraknie magicznego czy mistycznego wytłumaczenia – pogrążyć się w trwałym cierpieniu. Ale lęk może też pomóc zrozumieć siebie. Może wymusić refleksję i wesprzeć dotarcie do zachowań racjonalnych”.

Można powiedzieć: „Korona sprawdza” – dodaje de Barbaro. – „Różne mechanizmy psychologiczne i społeczne pozwalały nie konfrontować się z ukrytymi w naszych rodzinach problemami, pozwalały stosować mechanizmy łagodzące. A teraz jest jak u Szymborskiej: tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono. Rozmawiałem przez Skype’a z pacjentem, który w ten sposób opisał swoją sytuację: »Dotąd podział był oczywisty, bo ja pracowałem, a do żony należało dbanie o to, żeby w domu było posprzątane. Ale teraz, kiedy oboje jesteśmy w domu, nie mam powodu, żeby prac domowych nie dzielić po połowie. I tego nie wytrzymuję«. Skonfrontował się z genderową niesprawiedliwością. Można powiedzieć: doznał wglądu. Zobaczył, że to nie jest tak, że czasem pozmywa i będzie się uważał dzięki temu za szlachetnego męża”.

Powinniśmy czuwać nad tym, co media wkładają nam do umysłów – przestrzega rozmówca „Tygodnika Powszechnego”. „Czuwać, by nie miały władzy nad naszą wyobraźnią i rozumem. Żebyśmy się nie poddawali uproszczeniom i żebyśmy pozostawali w stanie zaniepokojonej niewiedzy, świadomi, że rzeczywistość jest bardziej skomplikowana, niż się przed chwilą dowiedzieliśmy. Gdybym miał wpływ na media, to bym je zachęcał, by bardziej dbały o tych, którzy cierpią. By opowiadały o budujących się sieciach pomocy. By opisywały sytuację kogoś, kto właśnie zrobił coś nadzwyczajnie dobrego. Owszem, wierzę, że dobroć jest zaraźliwa...”.


Polecamy: „Tygodnik na kwarantannę” – wybór najlepszych tekstów publikowanych w ciągu ostatnich dekad w „Tygodniku Powszechnym”; tekstów, co do których mamy poczucie, że są odpowiednie właśnie na ten czas.


A co z sytuacją polityczną w Polsce? „W języku psychologicznym można powiedzieć, że »gdy trwoga, to regresujemy się do pozycji dziecka«. Dziecko potrzebuje ojca, który daje poczucie bezpieczeństwa nawet kosztem wolności. W życiu publicznym to o tyle niebezpieczne, że w sytuacji zagrożenia można się przyzwyczaić do roli zalęknionego dziecka. Nasze poczucie bezpieczeństwa jest zresztą pozorne i ufundowane na pokrętnych obietnicach. Warto się zastanowić, kogo obsadzamy w roli ojca. A zachęta, byśmy w maju szli do urn (wyborczych) prowokuje do czarnego humoru”.

Najważniejsze wątki rozmowy dotyczą jednak kodeksu dobrych praktyk na koronawirusa. „Jak to wszystko minie – a minie z całą pewnością, tak czy inaczej, bo przestanie być sytuacją nadzwyczajną – będziemy zadawać sobie pytanie: »A jak to było z tobą, kiedy byłeś w sytuacji nadzwyczajnej?« – mówi Bogdan de Barbaro. – O to, jaka będzie odpowiedź, możemy zadbać już dzisiaj. I chodzi nie tylko o naszą reakcję bezpośrednią, lecz także o lekcję z przedmiotu »Jak żyć«. Żeby to nie była odpowiedź, która nas kompromituje”.

Całość rozmowy w najbliższym numerze "Tygodnika Powszechnego", który do sieci sprzedaży trafi we środę, 25 marca (wydania cyfrowe będą dostępne we wtorek, 24 marca, po południu)


CZYTAJ TAKŻE: SERWIS SPECJALNY O KORONAWIRUSIE I COVID-19 >>>

 

 

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

A może wirus jest sztuczny? I sam w sobie jest emanacją czystej ludzkiej pychy? Póki co można uznać, że realizuje wiele cywilizacyjnych(systemowych) celów. Ochrona środowiska, "polepszenie" puli genetycznej, korekta demograficzna, zmniejszenie konsumpcjonizmu, akceptacja dalszych ograniczeń w prawach jednostki i trudno wyczuć jakie jeszcze"? Z punktu widzenia człowieka jako "świnki hodowlanej" jest to oczywiście szok i niewyobrażalny wstrząs, ale z punku widzenia hodowcy (przepełnionego pychą nadzorcy systemu) to ten wirus otwiera tak "wspaniałe" możliwości, że aż niemożliwe, by powstał ot tak, sam z siebie.

Z całą pewnością ludzka pycha jest uzasadniona i żaden wirus jej nie osłabi, jeśli nawet uśmierci ileś tam tysięcy osobników. Cóż to znaczy wobec miliardów egzemplarzy tego podłego gatunku? Otrząsną się jak zmokły pies i dalej będą szkodzić sobie i wszystkiemu naokoło, wirus zaś przykucnie gdzies w ukryciu żeby po jakims czasie znów się uaktywnić. Duzo gorsze skutki przyniosły w średniowieczu i później kolejne nawroty czarnej śmierci. A jak sobie swietnie radziła Anglia w XVI i XVII w. mimo wyrzynania się regularnego Anglików dziesiątkowanych dodatkowo przez nierozpoznaną do dziś chorobę, która uśmiercała nagle, a wcześniej powodowała pocenie się? No i czym jest obśmiany już w licznych memach wirus wobec apokaliptycznej wojny 30-letniej w XVII wieku, czy dwóch wojen XX wieku? A w ogóle - coż to znaczy wobec wieczności? Jeszcze trochę, a głupcy zaczną wieszczyć, ze "świat w ruinie"...:)))

Słusznie prawisz :))) świat może i nie w ruinie, ale całkiem jest wyobrażalne, że może runąć światowa gospodarka, a jak by jakimś cudem padły dostawy żywności do miast, to skala wzajemnych mordów przyćmi wojnę 30-letnią, ale pycha raczej przetrwa, gatunek ludzki choć mocno przetrzebiony zapewne też.

Memy głownie tworzą wszelkiej maści "gimbusy", jak do nich dotrze i się potwierdzi, że ten mały łobuz Covid-19 tworzy też problemy z jądrami, wywołuje niedostatki testosteronu i może powodować bezpłodność (choć to ich nie ruszy, bardziej impotencja) to zapewne im przestanie być do śmiechu, bo póki co chojraki, bo uważają, że młodym to nie szkodzi.

Przyznam, ze w mojej samotni (jestem stara i chora na serce, a wiec w grupie największego ryzyka) te memy trzymają mnie w dobrej formie psychicznej. Ciągle dzwoni telefon, bo akurat ktoś podesłał coś fajnego. Jak dowiedziałam się, w UK zupełnie nie ma tego zjawiska. Wszyscy są śmiertelnie poważni, a problemem sa hieny, które pod pozorem pomocy i świadczenia usług oszukują i kradną.

Trochę mojego ulubionego Ratzingera: "Apokalipsa mówi ostatecznie o tym, że ludzka historia, mimo wszelkich okropności, nie zatonie w nocy samozagłady; Bóg nie pozwoli jej wyrwać ze swoich rąk. Boże sądy, wielkie cierpienia, w które ludzkość się zanurza, nie są zagładą, lecz służą ratowaniu ludzkości. Również w czasie ‘po Auschwitz’, po tragicznych katastrofach historii, Bóg pozostaje Bogiem; pozostaje ze swoją niezniszczalną dobrocią dobry, pozostaje Zbawicielem, w którego rękach niszczące i straszliwe dzieło człowieka zostaje przemienione przez Jego miłość. Człowiek nie jest jedynym aktorem historii i dlatego śmierć nie ma w niej ostatniego słowa. Fakt, że jest tu jeszcze Inny działający, pozostaje jedyną, mocną i pewną kotwicą nadziei, która jest mocniejsza i bardziej realna niż wszelkie okropności świata”. Read more: http://www.pch24.pl/ks--prof--jerzy-szymik--czy-epidemia-to-kara-boza--posluchajmy-kard--josepha-ratzingera,74843,i.html?fbclid=IwAR0RY4DL_7ytMiCo1yEcd-CgQKbUodZB4Aw0PtQ7hAguOHWITGF-RPArbaE#ixzz6HbJ42NlX

Oraz Hi 37,7. Też chyba pasuje :)

Hi 37,22 vs Iz 14,13, jak na mój gust Boga do tego aktualnego cyrku raczej nie mieszajcie.

Bo On jest wszędzie, więc jakby sam się wmieszał )

Mogę poprosić o przytoczenie Hi 37,22? Dopraszam się, gdyż Hiob jest specyficzny i u niego cytacja nie jest jednolita, nie mówiąc o tłumaczeniu. Są np. jakieś rozbieżności z KJV (King James Version) i nie tylko.. Chciałem lepiej zrozumieć Twoją myśl, gdyż występuje wojenne słówko versus )

"Z północy przychodzi blask złoty, to Boga straszliwy majestat." Tak jak napisałem Boga według mnie nie należy mieszać do tego cyrku, ewentualnie kogoś na kształt "namiestnika"? Człowiek w swej naiwności pierwszą lepszą siłę był skłonny uważać za boską (dziś byśmy to kosmitami, a nie Bogiem nazwali). Tak po ludzku nawet jestem w stanie uznać, że metody działania muszą być takie, a nie inne, by ten bajzel w jako takim ładzie utrzymać, pytanie jak długo? po co? i czy warto? ps. gdzieś tam jest prawda/Bóg, oddalenie zagadki o jeden poziom wyżej nie oznacza, że zagadka nie istnieje, istnieje i jest jeszcze bardziej powabna i intrygująca :)))

ale nie są te wersety w sensie antagonizującym, tzn. uprawniajacym do użycia słówka "versus", które może taki potencjał nieść. Bardziej powiedziałbym, że jest raczej mowa o komplementarności. Chyba żeby wprowadzić do gry zaproponowanego przez Ciebie namiestnika, wtedy jako ten, który doznał upadku, mógłby być antagonistą. Suma summarum, korelacja wersetów jest duża. Nie chcąc odzierać z powabu i tajemnicy, powiem tylko, że w tej najdalszej północy chodzi o Górę Syjon, a ten który się uniósł nad "gwiazdy Boga" (czyt. cały Izrael).......upss.. zajrzę do postu "zwyjatkiemprzecinkow" bo widzę że chyba zajął się hebrajszczyzną w Hi 37,7

W jednym fragmencie bijemy czołem, w drugim wprost przeciwnie, a korelacja wskazuje na ten sam żywioł/byt. Tak swoją drogą do jakiego Boga modlił się Jezus? Bo chyba nie będziemy naiwni(nie ulegniemy propagandzie) i nie będziemy wierzyć, że Żydzi w swojej historii mieli tylko jednego Boga? Ps. Żydzi raczej na nawigacji się nie znali, zatem dla nich północ była tam gdzie była, Syjon, Hermon, coś tam na górze, czy daleko, niemniej może jednak któryś się i znał? a reszta zinterpretowała jak zinterpretowała. Co do takiego przykładu posłużę się opowieścią o Noem. Wypuszczenie kruka było zabiegiem żeglarzy z północy (zapewne sami tego nie wymyślili, po prostu nie zapomnieli po przodkach) na okoliczność "zgubienia się", kruk jak widział ląd, to leciał w jego kierunku i wystarczyło obrać kurs za krukiem, jak nie widział, to wracał z powrotem. Żydzi nie potrafili pojąć sztuczki z krukiem to dopisali do opowieści gołębia, kompletnie bez sensu, ale co tam, symbolikę jakąś się dorzuciło i było.

Ja, w przeciwieństwie do Ciebie nie mam wątpliwości, że modlił się jak u Mk 14,36. A co do kruka to przyznam Ci rację, ale pod warunkiem "jeśli woda wyschła" por. Rdz. 8,7; i tylko co do bajkowości opowieści o Noem. Normalnie Żydzi lubili kruki raczej. Może także za zasługi dla Eliasza z Tiszbe, którego przecież karmiły. Ps. Co do Syjonu nie popełniaj błędu geograficzności. To coś bardziej na kształt Kpł 1,11.

@Vespa mandarinia w środa, 25.03.2020, 10:26. Gdyby jednak ktoś szukał realnej geografii, to dwa tłumaczenia angielskie i Wikipedia [https://en.wikipedia.org/wiki/Jebel_Aqra#History] sugerują w Iz. 14:13 Zaphon zamiast "północ", który to termin geograficzny w języku hebrajskim ("cafon") miałby się wywodzić od nazwy owej góry. Hipoteza jak hipoteza, ale jakoś trudno mi uwierzyć, ze nikt tego nie zauważył przez ponad 2000 lat. Przywołuję jako ciekawostkę.

Koncepcja że Bóg każący Saulowi mordować całe plemiona i Bóg Jezusa to ta sama postać jest według mnie nie do obronienia, nawet w świecie symboliki (ewentualnie mamy do czynienia nie z Bogiem, ale kimś kogo "zmęczyło" jego własne okrucieństwo i bezwzględność) . Co do kruków, tak, zgadzam się, kruk jest wręcz symbolem piękna (krucze włosy). No i ehhh ta północ. Moje skojarzenie (pomińmy na chwilę Biblię, a może właśnie wprost przeciwnie?) to zimno, ciemność rozjaśniona gwiazdami, przyczajona potęga, wrota otchłani za którymi przyczajona i ukryta jest wielka siła, Bóg z zmrożonym sercem (ups, teraz pojechałem), ale i z ukrytą nadzieją (ups2 i sam sobie zaprzeczyłem w sensie pierwszej tezy w tym poście, ale Bogiem nie jestem, mogę być odrobinę nielogiczny ;p)

@HuginMunin w środa, 25.03.2020, 09:21. Pomysłowa koncepcja z tym krukiem, ale "non è vero", niestety. Czemu kruk we mgle miałby widzieć lepiej niż żeglarze? Dobrze wykształcony zmysł węchu tez nie bardzo przydaje się w takich warunkach. Legenda o kruku-pilocie, z którego usług korzystali Wikingowie, nie jest poświadczona przez żadne źródła wcześniejsze niż rok 1807 (naszej ery, żeby nie było wątpliwości ;), kiedy niejaki William Scoresby Sr. zainstalował na maszcie swojego statku kosz lub beczkę, z której majtek mógł obserwować horyzont. Nazwano ją po angielsku "crow's nest" prawdopodobnie dlatego, że przypomina gniazdo kruka albo innego ptaka, np. Polakom bocianie, Francuzom gniazdo sroki. Btw, potomkom średniowiecznych, czyli jednak późniejszych niż Biblia Wikingów najwidoczniej w ogóle z żadnym ptakiem się to nie kojarzy, tylko nazywają "krucze gniazdo" całkiem prozaicznie beczką obserwacyjną.

Kruk ma skrzydła i lata, może wznieść się ponad poziom mgły, ale wtedy byłby problem jak zauważyć, gdzie łobuz leci? noooo chyba, żeby darł dzioba po drodze i braliby to na słuch, zatem myślę, że raczej było to poza mgłą. Jak nawigowali wikingowie do końca do dziś nie wiadomo, ale byli w tym skuteczni, zatem sądzę, że mieli rozmaite sposoby i nie specjalnie się chwalili. Mit o krukach Odyna wskazuje, że wykorzystywanie kruków w celach quasi zwiadowczych było im czymś naturalnym. Mamy tam jeszcze staroskandynawską pieśń o głodnym kruku która jak na mój gust też stanowi pewną sugestię. No i sama opowieść o Noem (choć to nie wiking), wypuścił kruka i gdzie się łobuz podział? Popełnił samobójstwo i się utopił? Rekin go zjadł? No przecież to mądre ptaszysko, jakby nie miał gdzie lecieć to by wrócił. Jak głodny to leci tam gdzie widzi coś sensownego, jak nic nie widzi to wraca choćby po okruchy, do sprawdzenia i dziś, a widzi doskonale, lata wyśmienicie, i jest inteligentny. Zatem jedna wzmianka powtarzająca pewną być może prawdę oczywistą wystarczy. Pan zapewne z tych co uważa, że wikingowie nie używali rękawic w walce? Bo brak ich w grobach, brak wzmianek historycznych, zatem naginali toporem czy mieczem gołymi łapami? Osobiście wątpię, zbyt na to inteligentni byli, może czasem berserkerzy. Nooo i te wzmianki historyczne, cieszmy się, że jakiekolwiek są, dlaczego? Temat rzeka, chrześcijańska średniowieczna propaganda i gorliwość(nadgorliwość) zrobiły swoje.

@HuginMunin w środa, 25.03.2020, 15:56. Legenda mówi, że kruk przydawał się Wikingom w czasie niepogody właśnie [https://www.navy.mil/navydata/traditions/html/navyterm.html#crow]. Że kruk był ptakiem dla nich ważnym nie wątpię, podobnie jak w to, że mogli używać rękawic, ale fakt faktem, że o ich śmiałych wyprawach Europa dowiedziała się dopiero w VIII wieku po Chrystusie, a ile stuleci po Noem, to Bóg raczy wiedzieć. Sądzisz, że Rzymianie mogliby nie zauważyć ich aktywności w Brytanii czy Galii Belgijskiej? Na moje wyczucie, inspiracja literacka idzie tu w odwrotnym kierunku. Opowieść o Noem ma jakiś racjonalny sens. Opadające wody najpierw osłoniły szczyty gór, ale kruk wracał, dopóki nie miał gdzie osiąść. Za którymś razem nie wrócił, bo po prostu znalazł kawałek suchego lądu i padlinę. Dopiero jednak kiedy nie wróciła druga gołębica, Noe mógł przypuszczać, że na ziemi znów zapanowały warunki odpowiadające istotom bardziej wymagającym od kruków. W przeciwieństwie do tego, kruki Wikingów to czysty nonsens. Żeglarze płynęli w ślad za ptakiem, który nieomylnie kierował się w stronę lądu? Trudno mi teraz znaleźć dane o krukach, ale dla gołębia 800 km (144 mile morskie) to średni dystans, na którym osiąga średnią prędkość 80 km/h, czyli 43 węzły. Tymczasem długie łodzie Wikingów osiągały 5-10 węzłów, a tylko w porywach 15. Weź teraz i goń takiego na chyżym okręcie ;)

W środowisku wodnym nie czuje się najpewniej. Zatem wypuszczony na statku na środku wody, wzbije się, rozejrzy, zrobi rundkę, i jak nic nie zauważy z swojego wysokiego dystansu powróci. Jak coś zauważy, to tam poleci, w linii prostej, ewentualnie co nieco halsując na prądach powietrznych, ale i tak w łatwym do zidentyfikowania kierunku. To łatwiejsze niż pan myśli. Zatem kruk to nie gwiazda betlejemska prowadząca przez łąki i pola do celu, a doraźne rozpoznanie w poszukiwaniu lądu w warunkach penetracji nieznanego, lub jakiegoś błędu w nawigacji, pomocniczo, zamiast bocianiego gniazda. I dokładnie tak też użył go Noe, wypatrywał lądu, zamiast budować na kilkaset metrów maszt z bocianim gniazdem wypuszcza kruka i wie czy jest ląd w pobliżu czy nie ma. Pytanie brzmi jaki napęd miała arka? I czy była w stanie płynąć w kierunku wskazanym przez kruka? Tak to widzę, i tyle w temacie. ps.legendy należy analizować na logikę, zawierają na ogół jakiś rdzeń prawdy, ale nie są precyzyjne, no i to pan wikingów wyciągnął, ja napisałem tylko "żeglarze z północy". Gdzieś tam koło Szczecina (Bitwa nad rzeką Tollense) znaleziono wykopaliska po olbrzymiej bitwie z czasów kiedy tam podobno jeszcze ludzie "po drzewach skakali" a nie tworzyli organizmy państwowych. A tu taka niespodzianka.

@HuginMunin w czwartek, 26.03.2020, 19:50. HuginMuninie, odpuściłbym temat zgodnie z twoja dyskretną sugestią, ale trochę prowokujesz mnie do repliki swoją erystyczną sztuczką. Czy ja twierdzę, że Noe zamierzał użyć kruka na rzekomy sposób północnych żeglarzy, wypuszczając go w domniemanym pobliżu lądu? I jeszcze pytasz mnie chytrze o napęd arki, co w ogóle wykracza poza temat? Przecież według Biblii Noe donikąd nie żeglował, a więc nawet nie miał zamiaru nawigować. Unosił się po prostu na powierzchni wód potopu wraz z ocalałą w ten sposób resztą ludzkości i fauny lądowej. W identycznym kontekście kruk. gołębica i na dodatek jaskółka pojawiają się w eposie o Gilgameszu, którego najstarsze odnalezione fragmenty datowane są na 2100–2000 p.n.e., i to raczej tego bohatera naśladuje praojciec Noe. Chcesz powiedzieć, że Sumerowie spotkali jakichś pra-Wikingów na 2800 lat przed pojawieniem się Wikingów znanych z historii (gdzie, na Tammuza i Odyna!?) i zaobserwowali ich sztuczki z krukiem, ale chociaż wydało im się to niezwykle ciekawe - inaczej nie wsadziliby owego szczegółu do swoich mitów - to już nie zadali sobie trudu, żeby właściwie rzecz zrozumieć? No dobrze, załóżmy że ci pra-Wikingowie istnieli (aczkolwiek nie mogli to być nordyccy Germanie, którzy pojawili się w Skandynawii dopiero w V w. p.n.e.) i że dopłynęli do wybrzeży Morza Arabskiego. Wieźli te kruki przez całą długą drogę w skrzynce, żeby im pióra nie zamokły? [https://youtu.be/UBN6cpJmVco] Btw, prawdziwi Wikingowie pływali głównie wzdłuż wybrzeży i w górę rzek, ale dawali też radę z dłuższymi rejsami, np. regularnie pływając pomiędzy Islandią a Grenlandią (jak raz jeden zboczył z kursu, to odkrył Amerykę) i jakoś musieli dawać sobie radę z nawigacją bez bezużytecznego na pełnym morzu kruka. W legendach północy pojawia się tajemniczy kamień słoneczny, co może mieć jakiś sens [https://www.polskieradio.pl/23/266/Artykul/308866,Wiemy-czym-byly-kamienie-sloneczne-Wikingow]. Załóżmy więc, że żeglując z tym kamieniem zbliżają się do lądu i o tym wiedzą ("Czas wypuścić ptaszka"). Bylibyż jednocześnie tak głupi, żeby bez pomocy kruka stracić kierunek na ostatnim odcinku? Na koniec coś dla miłośnika "Herojów Północy", jak można wnosić z twojego pseudonimu. Jako polemista rzetelny podzielę się pewnym znaleziskiem (może zresztą ci znanym), które wskazuje, że dziewiętnastowieczna legenda ma jedno zaczepienie w autentycznym średniowiecznym źródle, a mianowicie w Landnámabók ("Księga o zasiedleniu"). W II rozdziale spotykamy tam niejakiego Flókiego Vilgerðarsona, który jako pierwszy podjął wyprawę na Islandię. Otrzymał on przydomek Hafna-Flóki, czyli (ciepło, ciepło!) "Flóki od Kruków". Otóż wyruszając z Szetlandów z dwoma towarzyszami "Flóki wziął z sobą na morze trzy kruki, a gdy wypuścił pierwszego (na początku rejsu - przypis mój), ten poleciał z powrotem, drugi wzbił się w powietrze i osiadł na pokładzie, trzeci uciekł ze statku w kierunku, w którym znaleźli ląd. Przybili do brzegu na wschód do Horn i popłynęli dalej na południe". Czy ten potrójny gest wypuszczania zwiadowcy na początku, w środku i na końcu podróży ma praktyczny sens jako metoda nawigacji? Po co trzeci kruk, jeśli drugi z założenia nie mógł nigdzie uciec? Bo "Boh trojcu lubit"? Jak sobie dał radę w dalszej żegludze (a płynął dalej i nawet wrócił)? Czemu Flokiemu nadano taki przydomek, skoro kruki wozili z sobą wszyscy? A może na odwrót - do przydomka dorobiono legendę? Więcej o krukach nie wspomnę. ;)

Bez sensu by było by wszyscy pakujący się na łódź mieli kruki, miał jeden, ten który najlepiej się na ptakach znał i stąd przydomek. Taki przydomek mógł mieć każdy zajmujący się krukami. Co do trzech to myślę, że tu już wchodzi "prawo legend". W Loreto jest legenda, że domek Maryi przytargały tam anioły, i najpewniej jest to prawda, tyle, że to była rodzina bogatych kupców bodajże "di Angelo" czy coś koło tego i oni zorganizowali transport domku. Tak to jest z legendami. I tak sobie myślę, że był potop (lub coś koło tego), że ci co mieli smykałkę pływania morskiego przetrwali (może nie tylko oni), że arka miała jednak napęd (choćby wiosła), a co potem opowieściami z tamtego czasu zrobili potomni? to już sami wiemy, bo to czasem czytamy.

jest różnie tłumaczony. U mnie było: "Zamyka ludzi po domach" ale już w innej: "Działanie wszystkich ludzi wstrzymuje"

37,7: Pieczętuje rękę każdego człowieka, aby ludzie znali jego dzieła >>> Ezoteryści spod znaku "Palmistry" sięgają do tego wersetu jako źródła dla ich działalności. Ps. Nic to. Trzeba zajrzeć do wersji hebrajskiej. Będzie to najwłaściwsze w tej sytuacji.

@Vespa mandarinia w wtorek, 24.03.2020, 16:07. Uwierz lub nie, ale sięgnąwszy po Biblię Stuttgarcką znalazłem zakładkę pozostawioną w Księdze Hioba. Przypadek? Nie sądzę. ;) Może nie dokładnie w tym miejscu - Opatrzność naprawdę ma dziś ważniejsze sprawy na głowie - wystarczyło jednak przerzucić parę stron, żeby dotrzeć do odnośnego wersetu. Przechodząc od razu do meritum, po hebrajsku jest "Bejad-kol-adam jachtom lada'at kol-ansze ma'aszehu", co dosłownie znaczy: "Pieczętuje rękę każdego człowieka, aby wszyscy ludzie poznali jego dzieła". Przy czym słowo "pieczętować" należy rozumieć w takim sensie, jak się pieczętuje tajny dokument lub drzwi, które maja pozostać zamknięte. Tak to tłumaczy również Septuaginta (ἐν χειρὶ παντὸς ἀνθρώπου κατασφραγίζει...) i Wulgata (qui in manu omnium hominum signat...). Do sprawdzenia na stronie academic-bible.com. Tłumaczenie Biblii Tysiąclecia (o tym zamknięciu w domach) jest zatem bardziej parafrazą niż przekładem. Na tym powinienem był poprzestać, coś mnie jednak podkusiło, żeby wrzucić ten werset w Google Translate. Ja wiem, że ten genialny wynalazek daje czasem nieprzewidywalne rezultaty, ale "Czy masz pluskwę?" cokolwiek mnie zaniepokoiło dziwnie ostrzegawczym tonem. W odruchu intuicji odnalazłem ten sam werset według Kodeksu Lenigradzkiego na biblehub.com - jota w jotę i kreska w kreskę identyczny! - i tym razem Google przetłumaczył "Czy masz penisa z jakiegokolwiek powodu?". Wkleiłem obie wersje do Worda, jedną pod drugą, żeby upewnić się o ich identyczności, i rezultat powtarza się za każdym razem. "Kod Biblii" to przy tym pikuś. Sprawdź, proszę, czy tobie wychodzi to samo, bo jeśli nie, to naprawdę zacznę się niepokoić.

A i pluskwę może... Kto tam Cię wie..a poważniej to Google Tłumacz w przypadku hebrajskiego generalnie nie działa dla laików (nie-natiwów) czyli goyów, krótko mówiąc. Sorry jeśli zaliczyłem Cię do niewłaściwego zbioru, ale przynajmniej siebie jestem pewien, że spełniam to kryterium :). Reasumując, każdy wie co po hebrajsku jest jad i adam a bonsaiści wiedzą nawet co to jest adama ) ps. Ten werset dręczył mnie już z górą od piętnastu lat. Być może dlatego z głowy mi się dziś przypomniało: zamyka ludzi po domach.. Niemniej jednak dopiero dziś dotarła do mnie jego najgłębsza warstwa, tzn ta po której gdy człowiek już ją pozna to nie ma potrzeby szukania dalej, bo wie że dalej już nic nie ma, i że to ta właściwa.

@Vespa mandarinia w wtorek, 24.03.2020, 23:39. W całym tym dialogu ze sztuczną inteligencją zaniepokoiła mnie nie tak jej bezpośredniość [https://youtu.be/7_vv4Vk_vco], jak upór. Maszynowym tłumaczeniem interesuję się od dawna - przez jakiś czas nawet zawodowo - i oczywiście wiem, jak działa Tłumacz Google, który w tej dziedzinie dokonał przełomu dwa razy: najpierw implementując pierwszy skuteczny mechanizm statystyczny, a od 2016 - sieć neuronową. Kiedyś nawet na pewnym forum rozkminialiśmy, czemu słowo "tęcza" w dowolnym w zasadzie języku tłumaczone jest uparcie na łacinę "et iris" zamiast po prostu "iris" (do wyboru jest jeszcze równie bezsensowne i równie łatwe do rozszyfrowania "eritque arcus") [http://latindiscussion.com/forum/threads/et-iris.27537/]. W przypadku hebrajszczyzny konfundować go mogą te kropki, kreski i łuczki, które do tekstu Biblii dodali masoreci. Jeśli je usuniemy wraz z dageszami (oprócz ostatniego), powstaje np. "W rękach każdego człowieka podpisuje się, aby poznać wszystkich swoich czynów", ale zza tego bełkotu przynajmniej prześwieca sens oryginalny. Co mnie teraz zadziwia, to nie tylko nieoczekiwane i różne tłumaczenia dokładnie tego samego, ale i to, że są one trwale powiązane z miejscem, z którego kopiuję werset, nawet jeśli wkleję go w zwykły edytor tekstu i skopiuję ponownie. A przecież to jest niemożliwe - jak powiedziała gosposia Prousta na widok żyrafy w zoo. ;) Pozdrawiam.

i paradoksalnie zarazem: OSOBNO

Zresztą dziennikarze mają coś z terrorystów. Czasami piszą bez namysłu. A im bardziej uda im się przestraszyć czytelnika, tym większa satysfakcja. Choć może to nie tylko przypadłość dziennikarzy. Przed nami kolejne nagłówki: JEST TYSIĘCZNA OFIARA. Miejmy nadzieję, że nie posuną się do: TY MOŻESZ BYĆ KOLEJNY
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]