Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

ideału nie powtarzać!

ideału nie powtarzać!

21.01.2013
Czyta się kilka minut
Od czego zacząć znajomość z Lutosławskim? Oto moja dyskografia subiektywna...
Z Józefem Patkowskim w Studiu Eksperymentalnym Polskiego Radia w Warszawie Fot. Marek Holzman (dzięki uprzejmości PWM)
N

Nie da się ukryć, Lutosławski ma szczęście. Nie ma w historii muzyki polskiej równie znaczącego symfonika. Heterogeniczny Szymanowski nigdy pod tym względem mu nie dorówna. Dzięki temu – a rzecz to rzadka – żaden dyrygent w sporym kraju, jakim jest Polska, nie odrzuca grania Lutosławskiego. Robi się to okazjonalnie, ale kto się wyłamuje, sam sobie szkodzi. Mało który kompozytor współczesny ma choć odrobinę podobnego szczęścia.
Kompozytor i dyrygent
Sytuacja ta znajduje odbicie na płytach. Tutaj jednak dyrygenci mają obfitą i wielce poważną konkurencję – samego Lutosławskiego. To on bowiem stoi na czele grona dyrygujących kompozytorów. Należy tu i Strawiński, i Britten, jednak Lutosławski jest może ideałem: opanowawszy technikę prowadzenia orkiestry i korzystając z całego swego autorytetu, poświęcał się wykonywaniu wyłącznie swojej muzyki, i to poświęcał nader intensywnie. Gdzie Strawińskiemu do tego zaangażowania! Wraz z koncertami pojawiały się płyty, nagrywane zarówno za granicą, jak i w Polsce. Mamy ich mnogość, choć obecnie dostępne są głównie (ale nie jedynie) zachodnie, z katalogów EMI i Universalu.
Czy autorskie nagrania Lutosławskiego powinny uchodzić za wzorzec? Najkrócej mówiąc: szkoda by było. Partytury są zbyt bogate, by skazać je na jedną tylko interpretację. Zresztą sam kompozytor dyrygując poszczególnymi utworami po wielekroć, nie trzymał się jednej linii. Przyjrzyjmy się najbardziej klasycznej, „III Symfonii” – arcydziełu dojrzałego stylu, kontrastującemu energiczne, dramatyczne uderzenia z migotliwością faktury aleatorycznej. W późnym nagraniu z katowicką NOSPR (orkiestrę tę znajdziemy w większej części nagrań muzyki Lutosławskiego; wyd. CD Accord/Polskie Radio) słyszymy utwór świetnie poukładany, przejrzysty, a toczący się spokojnie i potoczyście. Jednak na wcześniejszym, bliskim dacie powstania Symfonii nagraniu Philipsa z Filharmonikami Berlińskimi (obecnie na płytach Decca), mamy feerię barw, lekkość, zachwyt wirtuozerią wszystkich sekcji, oddany jednak na usługi śpiewności i ekspresji fakturalnych igraszek. (Jeżeli dołożymy do tego cykl pieśni „Paroles tissées” z Peterem Pearsem i dziarski „Koncert na orkiestrę” z Rowickim, to trudno będzie tę płytę ominąć).
Porównajmy to z innymi dyrygentami. Antoni Wit w wykonaniu z 1988 r., utrwalonym na płycie Polskich Nagrań, prowadzi tę Symfonię szybciej, a mimo to znacznie bardziej monumentalnie. W późniejszej, zresztą klarowniej nagranej wersji dla Naxos (w tej wytwórni wyszła cała seria dzieł orkiestrowych w jego interpretacji), orkiestra brzmi wyraźnie żywiej i barwniej – choć cały czas mamy do czynienia z solidnym konstruktywizmem. Z kolei Esa-Pekka Salonen ze swoją Los Angeles Philharmonic (Sony) patrzy na Symfonię raczej przez pryzmat śpiewności, która ma być elementem spajającym wielowątkowe dzieło – całość wydaje się nosić rys melancholii, który jest nowością wobec innych interpretacji. Jeżeli zaś ktoś ma wątpliwości, czy to właściwe odczytanie tej partytury, pocieszy się, że z pewnością pasuje ono do „IV Symfonii”, umieszczonej na tej samej płycie.
Także w przypadku tej Symfonii Lutosławski okazuje się najbarwniejszym interpretatorem – w jego koncepcji wyraźna staje się zasada konstrukcyjna utworu, skądinąd wprowadzającego w zakłopotanie wielu komentatorów. Istotą nie jest tu samo rozwijanie przesyconego harmoniczną ekspresją skupionego śpiewu części powolnych, lecz zderzenie go z kontrastującymi dętymi. U Lutosławskiego wydaje się to oczywiste, choć dyrygenci podążają inną drogą. I dobrze! – szczególnie ciekawie brzmi np. nie tylko wyjątkowo monumentalizujące (słowo się powtarza, co zrobić...), ale i złagodzone, o zaokrąglonych kantach mniej energicznej blachy nagranie Jacka Kaspszyka z Orkiestrą Filharmonii Wrocławskiej. To fragment bardzo ciekawie rozwijającej się wrocławskiej edycji Lutosławskiego Opera Omnia – wyd. CD Accord; warto tu zwrócić uwagę np. na świetne nagranie „Koncertu na obój i harfę” z Nicholasem Danielem, a także... na błyskotliwe notki Rafała Augustyna. W takim zestawieniu Edward Gardner z orkiestrą BBC (Chandos) zdaje się po prostu powierzchowny.
Błyszczące nazwiska solistów
Lutosławski na tle innych dyrygentów wykonuje swoją muzykę lekko, przejrzyście, z wnikliwością, która nie dziwi u twórcy, odsłaniając plany nie zawsze dostrzegane przez innych kapelmistrzów. Chwała im jednak za to, bo ich interpretacje często pokazują z kolei spójność muzyki, imponując logiką i bogactwem, nawet jeżeli ich rzetelność można by czasem nazwać akademicką. Obok wymienionych, mamy przede wszystkim innych polskich dyrygentów na płytach Polskich Nagrań. Komplet, rejestrowany przez parę dekad przy różnych okazjach, zawiera nagrania świetne, jak i mniej ciekawe; niestety także obok dobrze nagranych – kompletnie niesłuchalne (a stwierdza to osoba o wielkiej w tym względzie tolerancji). Jeżeli w nowej edycji nie dokonano udanego remasteringu, nie liczmy na wysłuchanie np. fantastycznych „Pieśni do słów Iłłakowiczówny”. Dla tych ostatnich najlepiej poszukać starej płyty Polskiego Radia, gdzie Halina Łukomska śpiewa je pod dyrekcją, a jakże, kompozytora. Okaże się, że np. Daniel Harding zdecydowanie za bardzo się w nich spieszy, gubiąc po drodze ich indywidualny charakter. Znakomicie – energicznie, kolorowo i dramatycznie – brzmią jednak na tej samej płycie (wyd. Virgin) pieśni „Chantefleurs et Chantefables” (śpiewa Solveig Kringelborn, wskazana przez Lutosławskiego), „Łańcuch I”, „Preludia i fuga”.
Wśród nagrań Lutosławskiego błyszczą też nazwiska najsławniejszych solistów, wykonujących napisane dla siebie utwory. Trzeba przyznać, że choć warto sięgać np. po nagrania Ewy Pobłockiej (może tym razem z Kazimierzem Kordem?), albo dla odmiany po romantycznego Louisa Lortiego, jednak „Koncert fortepianowy” nie ma lepszej wersji niż Krystiana Zimermana, a Anne-Sophie Mutter wydobywa z „Partity” i „Łańcucha II” subtelność, narrację i piękno brzmienia, jakich nie znajdziemy u nikogo innego (Deutsche Grammophon). Trudniej z „Koncertem wiolonczelowym” – sam Lutosławski wielokrotnie mówił, że woli interpretacje bardziej „obiektywne”, jak Heinricha Schiffa (nagrali razem utwór dla Philipsa, obecnie nagranie niedostępne), niż Mścisława Rostropowicza, któremu Koncert był dedykowany, lecz który wydawał się kompozytorowi zbyt emocjonalny. Nie trzeba się z tym zgadzać, tym bardziej że muzyka Koncertu od emocji bynajmniej nie stroni (opozycja między instrumentem solowym a agresywną orkiestrą), a znakomicie brzmi i pod palcami Rostropowicza (EMI), i np. Andrzeja Bauera (Naxos).
***
A od czego zacząć znajomość z Lutosławskim? Idealne są np. plastyczne „Pieśni do słów Iłłakowiczówny” – to już próg dojrzałości, nowa harmonia i akordy-agregaty, ale jednocześnie melodia, a na tyle blisko wcześniejszego, bardziej tradycyjnego języka (efektownego folklorystycznego „Koncertu na orkiestrę” i „I Symfonii”, bo dalej jednak od niemal filmowych „Wariacji symfonicznych”), że nie można się ich wystraszyć. A może któryś z Koncertów (licząc też „Łańcuch II”, a zwłaszcza „Partitę”)? Efektowność partii solowej zawsze pomaga wgryźć się w nową estetykę.
Tytułami pierwszego kontaktu z pewnością mogą być też utwory późne, jak „IV Symfonia” czy właśnie „Koncert fortepianowy”, w których nad chłodną czasem doskonałością zaczyna górować liryka i ekspresja. Nie trzeba się jednak obawiać i wcześniejszych – „Muzyka żałobna” czy metafizyczne narastanie „Mi-parti” zawsze robi wrażenie. 

JAKUB PUCHALSKI (ur. 1973) jest krytykiem muzycznym i historykiem kultury, wykładowcą UJ.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Ur. 1973. Jest krytykiem i publicystą muzycznym, historykiem kultury, współpracownikiem „Tygodnika Powszechnego” oraz Polskiego Radia Chopin, członkiem jury International Classical Music...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]