Reklama

Historia z dreszczykiem

Historia z dreszczykiem

07.09.2020
Czyta się kilka minut
Ktoś przysuwa usta do twojego ucha i w pełnej ciszy zaczyna delikatnie szeptać. Przez twoje ciało, poczynając od czubka głowy, przechodzi ciepłe, przyjemne mrowienie. Znasz to?
WHOALIC MOORE / PIXABAY
W

W1977 r. Avram Goldstein i Ralph Hansteen – psycholodzy z Uniwersytetu Stanforda specjalizujący się w badaniach nad opioidami – przeprowadzali serię eksperymentów nad rolą endorfin w różnego rodzaju formach przyjemnego pobudzenia. Początkowo interesowało ich głównie podniecenie seksualne, jednak Goldstein postanowił rozszerzyć badania o „dreszcz emocjonalny”, zainspirowany przez własne epizody gęsiej skórki występujące przy słuchaniu określonych utworów muzycznych. Ku swojemu zaskoczeniu po przeczesaniu literatury naukowej nie znalazł żadnej wzmianki na ten temat: czyżby owo towarzyszące mu przez całe życie powtarzalne zjawisko było jedynie prywatną anomalią? Po szybkiej ankiecie, przeprowadzonej na grupie 45 pracowników Fundacji Badań nad Uzależnieniami oraz 513 studentów Stanforda okazało się, że nie: „dreszcz muzyczny” zaobserwowało u siebie 76 proc. respondentów.

Przepis na ściśnięte gardło

Goldstein opublikował w 1980 r. prawdopodobnie pierwszy artykuł naukowy na temat zjawiska określanego dziś technicznie jako frisson (od francuskiego słowa oznaczającego „dreszcz”) albo aesthetic chills („dreszcz estetyczny”). Z ankiety wynikło, że „typowym bodźcem wywołującym dreszcz jest konfrontacja z poruszającą emocjonalnie sytuacją lub zdarzeniem, takimi jak naturalna sceneria o transcendentalnym pięknie, wspaniałe dzieło sztuki, pasaż muzyczny, przejmujące spotkanie z drugim człowiekiem, porywająca przemowa albo nagły wgląd intelektualny”. Goldstein przeprowadził też eksperyment, aby sprawdzić, czy na przeżywanie „dreszczu emocjonalnego” wpłynie podany dożylnie nalokson – lek blokujący działanie opioidów (a więc i endorfin), stosowany m.in. przy leczeniu przedawkowania heroiny. Za bodziec posłużył sześciominutowy fragment „Fausta” Gounoda, dobrany przez Goldsteina tak, aby zawierał jak najwięcej sekcji „dreszczogennych”. Nagranie odtworzono dwukrotnie: raz po zastrzyku zawierającym nalokson, a raz po podaniu tą samą drogą placebo. Wyniki? Po pierwsze, u wszystkich badanych dreszcze wywoływały z grubsza te same frazy muzyczne – oznacza to, że frisson jest intersubiektywny i powtarzalny. Po drugie, nalokson czasem przytępiał zdolność do przeżywania dreszczy, z czego z kolei wynika, że istnieje komponent neurochemiczny frisson – czyli nie jest on zjawiskiem wyłącznie deklaratywnym, lecz, mówiąc potocznie, naprawdę „siedzi w mózgu”.

Po pionierskim badaniu Goldsteina posypały się kolejne. Nagle okazało się, że o tym subtelnym, nienazwanym aspekcie doświadczenia da się pisać naukowo. W 1991 r. ukazał się artykuł Johna Slobody, który postanowił wydestylować muzykologiczny przepis na rozmaite reakcje fizjologiczne wywoływane przez muzykę. Pod jego lupą znalazły się ciarki na plecach, ściśnięte gardło, gęsia skórka, ściśnięty żołądek, pocenie, zarumienienie policzków, śmiech, łzy i parę innych. Grupa 83 respondentów – w dużej części muzyków i teoretyków muzyki – dostarczyła szczegółowej listy 163 utworów lub ich fragmentów wywołujących u nich reakcje fizjologiczne. Niektórzy przysłali Slobodzie zapisy nutowe szczegółowo opisane „emocjonalno-fizjologicznie”, czasem z dokładnością do konkretnej frazy, taktu czy wręcz nuty. Autor po długich analizach przedstawił coś w stylu muzycznej technologii wywoływania stanów fizjologicznych. Łzy, przykładowo, szczególnie skutecznie wywoływać miałaby „harmonia zstępująca po kole kwintowym do toniki” oraz „melodie obfitujące w appoggiatury”. Schodzące po krzyżu dreszcze miałyby z kolei pojawiać się wtedy, gdy następuje „nowa albo zaskakująca harmonia” oraz „nagła zmiana dynamiki lub faktury”.

Zmysłowa reakcja szczytowa

Historia ASMR – co znaczy ten skrót, o tym już za chwilę – rozpoczyna się podobnie do historii frisson: od nieposkromionej ciekawości jednego człowieka, czy „inni też tak mają?”. Niebagatelną rolę odegrał w niej również internet. 19 października 2007 r. na pewnym internetowym forum zdrowotnym użytkownik o nicku „okaywhatever51838” opisał uczucie wędrującego po ciele przyjemnego mrowienia, wywoływanego „w dzieciństwie, kiedy ktoś opowiadał mi bajkę albo w czasie teatru kukiełkowego”, a później, w okresie nastoletnim, „kiedy przyjaciel jeździł mi po ręce pisakiem”. Wątek eksplodował, a niedługo później po sieci krążyły już tysiące anegdotycznych raportów oraz opublikowana na blogu The Unnamed Feeling (Nienazwane uczucie) długa lista scen filmowych wywołujących to, co wówczas nazywano „orgazmem mózgowym” albo „łagodną wędrującą euforią”. Jedna z aktywnych uczestniczek debaty, Jennifer Allen, zaproponowała w 2010 r. nazwę „Autonomous Sensory Meridian Response”, co można luźno przetłumaczyć jako „autonomiczną zmysłową reakcję szczytową”. Allen wyjaśniała później magazynowi „Vice”, że nazwa została celowo dobrana tak, aby brzmiała jak najbardziej naukowo („Spróbuj komuś wyjaśnić, że potrzebujesz pieniędzy na badania »mózgowego orgazmu«”). Słowo „meridian”, oznaczające m.in. najwyższe położenie słońca na niebie albo szczytowy etap rozwoju, miało zaś stanowić „łagodniejszą wersję słowa »orgazm«” i zapobiec kojarzeniu ASMR ze sferą seksualną.

Dziś, dekadę później – i z perspektywy wielu przyzwoitej jakości badań – można opisać coś w stylu „prototypowego ASMR”. Jest to trwający kilka sekund dreszcz, rozpoczynający się zwykle na czubku lub z tyłu głowy, wędrujący w dół – czasem dochodzący do szyi i ramion, a czasem aż do stóp. Jest przyjemny, lekko drażniący, „bąbelkujący” – niektórzy porównują go do uczucia mrowienia. Co istotne, dreszcz ten pojawia się zwykle w odpowiedzi na konkretny, powtarzalny bodziec. W jednym ze sporych badań ankietowych zidentyfikowano następujące najczęstsze „wyzwalacze ASMR”: szeptanie do ucha, strzyżenie lub gładzenie włosów, delikatne pukanie lub drapanie o stół w cichym pomieszczeniu oraz przyglądanie się komuś, kto powoli, uważnie i w ciszy rysuje, maluje, nakłada makijaż.

Badania fizjologiczne naświetliły jedną szczególnie interesującą cechę ASMR, która odróżnia to zjawisko od frisson: otóż w trakcie epizodu ASMR tętno spada, podczas gdy podczas „dreszczu estetycznego” rośnie (choć w obu przypadkach rośnie przewodnictwo skóry, które stanowi zgrubną miarę pobudzenia). ASMR ma więc swój unikalny „profil fizjologiczny”, który można by, nieco chyba paradoksalnie, opisać jako „uspokajające pobudzenie”. Gdy natomiast osoby przeżywające ASMR zbada się przy użyciu funkcjonalnego rezonansu magnetycznego, wyłania się równie interesujący „profil neuroanatomiczny”, obejmujący, co zrozumiałe, układ nagrody oraz ośrodki związane z pobudzeniem emocjonalnym, ale też – co już ciekawsze – obszary aktywujące się przy okazji zachowań społecznych albo rozmyślania o relacjach międzyludzkich.

Fascynujące jest, jak brawurowo zjawisko to zawojowało internet. Już w pierwszej dekadzie XXI wieku pojawili się „artyści ASMR” (ASMRtists), publikujący filmy celowo skonstruowane tak, aby jak najskuteczniej wywoływać ASMR (obok nich istnieje spory rynek filmów „nieintencjonalnie ASMR-owych”, pośród których absolutnym hitem są filmy amerykańskiego malarza Boba Rossa, który w latach 80. zachwycał obrazami powstającymi na oczach widzów w akompaniamencie jego spokojnego, optymistycznego monologu). Dziś jest to już mały przemysł, a filmy produkowane przez najpopularniejszych twórców oglądane są miliony razy, stanowiąc dla nich źródło przyzwoitego zarobku. Z czasem w światku ASMR zaczęły się też spontanicznie wyłaniać „podkategorie” widzów i twórców. Po wielu godzinach buszowania po mniej lub bardziej niepokojących zakątkach internetu mogę z grubsza wydzielić trzy główne podkategorie.

Stuki, szepty i przytulanie

Pierwszą z nich określam roboczo jako „czysto dźwiękową”. To filmy wykonane często w komorze bezechowej, przy użyciu czułego sprzętu, czasem nagrywane ponadto stereo – tak, aby osoba słuchająca, koniecznie w słuchawkach, otrzymała symulację dźwięku trójwymiarowego. Praca twórcy polega tu głównie na wydawaniu różnego rodzaju szumów, szelestów i skrobań, przelewaniu płynów, bawieniu się błotem, ugniataniu ciasta, mlaskaniu wargami.

Przykład? Piętnastominutowy film, na którym chłopak w profesjonalnym studiu nagraniowym z namaszczeniem ociera o siebie dwa drewniane klocki albo powoli „strzyże” w powietrzu grubymi nożycami, tuż przy mikrofonie. W tej kategorii mieszczą się też „profesjonalni szeptuni” (szeptanie to potwierdzony numer jeden pośród „wyzwalaczy ASMR”), którzy potrafią godzinami szeptać do mikrofonu, niekiedy zupełnie przypadkowe bzdurki. Bywa, że na ekranie w ogóle nie pojawia się postać ludzka i jest jasne, że „wyzwalaczem” ASMR jest tu sam dźwięk.

Kategoria ta płynnie przechodzi w drugą, o charakterze „usługowo-empatycznym”. Tutaj występują niemal wyłącznie młode kobiety, często atrakcyjne i starannie ubrane, symulujące różne zabiegi czy usługi: np. udając, że czeszą widzowi włosy albo malują paznokcie, zwykle szepcząc przy tym lub mówiąc przyciszonym głosem. Filmy tego typu wywołują wrażenie, jak gdyby trafiło się do salonu kosmetycznego przyległego do oświetlanej świecami strefy spa.


Kadr z filmu pt. „(ASMR) Sleep Clinic: Follow the Light”. Udawane badania lekarskie, jak przedstawiona tu wizyta w klinice zaburzeń snu, to popularny temat filmów wywołujących ASMR / YOUTUBE

Jedna z pionierek YouTube’owej „sekcji ASMR”, Maria (występująca jako ThePeacefulWhisperASMR), rozpoczęła swoją karierę od serii nagrań, w których wciela się w rolę pracowniczki agencji turystycznej, sprzedawczyni antyków albo okulistki, przez wiele minut powoli, przyciszonym głosem mówiąc wprost do kamery rzeczy stosowne dla danej roli, odpowiadając na fikcyjne pytania, uśmiechając się do swojego „klienta”. Szczególną podgrupą są filmy o charakterze medycznym, na których lekarka powolutku „bada” uszy lub włosy (istnieją np. YouTube’owe symulacje przeczesywania włosów w poszukiwaniu wszy) albo opowiada o fikcyjnej procedurze medycznej, czasem naciągając już strzykawkę i uspokajając po wielokroć, że nie będzie bolało.

We flanelowej piżamce

Jest jasne, że mamy tu do czynienia z czymś odrębnym od „dreszczu muzycznego”. Badacze ASMR zauważyli już dawno, że najbardziej zagorzali widzowie tych filmów odstają nieco od średniej w testach psychologicznych. Szczególnie silne są różnice dotyczące empatii. Można to mierzyć np. przy pomocy takich zdań jak: „Czasami próbuję lepiej zrozumieć swoich przyjaciół, wyobrażając sobie, jak sprawy przedstawiają się z ich perspektywy” albo „Bardzo angażuję się w uczucia bohaterów powieści”: „ASMR-owcy” wyraźnie częściej się z nimi zgadzają. Inaczej mówiąc, istnieje pewien aspekt ASMR, który wydaje się przemawiać do osób szczególnie silnie „nastrojonych” na cudze emocje. W 2013 r. Nitin Ahuja, lekarz przy szpitalu uniwersyteckim w University of Virginia, opublikował artykuł na temat ASMR i „klinicznego role-playingu”, zastanawiając się wręcz, czy udawane badanie lekarskie nie może przynosić realnych korzyści zdrowotnych tym pacjentom, którzy po prostu potrzebują, mówiąc kolokwialnie, żeby „ktoś o nich zadbał”.

W ten sposób płynnie docieramy do trzeciego „ogniska”, które można by chyba określić jako „matczyno-opiekuńcze”. Ot, opublikowany zaledwie kilka tygodni temu, a już wyświetlony setki tysięcy razy, trzydziestominutowy film, na którym pucołowata, piegowata dziewczyna w zaciemnionym pomieszczeniu odgrywa rolę opiekunki dziecięcej, pieczołowicie okrywając widza kołderką, szepcząc, uspokajając, a następnie cichutko czytając mu bajkę na dobranoc. Widzowie tych filmów raportują, że produkcje takie pomagają im zasnąć (w morzu „uspokajających dreszczy”), radzić sobie z trudnymi okresami w życiu czy wręcz zmagać się ze zdiagnozowanymi stanami depresyjnymi. Pokrewną kategorią są filmy, które można by chyba określić jako „symulator partnera”, jak choćby ten, na którym ledwo widoczny w półmroku, przeciętnie atrakcyjny mężczyzna we flanelowej piżamce z głową na poduszce, 20 centymetrów od kamery, przez niemal godzinę uspokaja widza szeptem, że wszystko jest OK, co jakiś czas wpadając po prostu w długie „cśśśśśś… cśśśś...”.

Jedną odnogą ASMR, która nigdy się nie przyjęła, jest „ASMR seksualne” – a, jak doskonale wiadomo, społeczność internetu podejmuje próbę seksualizacji wszystkiego, co istnieje (to tzw. reguła 34). Kolejne badania pokazują, że ASMR nie ma komponentu seksualnego. To już w badaniach Slobody nad „dreszczem muzycznym” wykryto więcej seksu (tak, udało się zidentyfikować podgrupę badanych, którzy przeżywali podniecenie w określonym momencie swojego ulubionego koncertu fortepianowego), a więcej wyświetleń niż nieliczne „niegrzeczne” ASMR-y razem wzięte ma film przedstawiający 70-letniego faceta otwierającego puszki z produktami spożywczymi albo ten pokazujący księdza w absolutnej ciszy przeprowadzającego sakrament Eucharystii.

Raport z poczekalni

Nawet po tak pobieżnym przeglądzie rynku ASMR staje się jasne, że nie jest to pojedyncze zjawisko psychologiczne: do oglądania tych filmów mogą kierować ludzi różne motywacje, a i sama nagroda dla widza może mieć rozmaity charakter. Nie ulega jednak wątpliwości, że jest to kolejny spośród „wielkich małych fenomenów” – względnie powszechnych, ale tak subtelnych, osobistych i przy tym nieszkodliwych, że potrzebny jest spory upór, aby wprowadzić je do świata nauki.

W kolejce czekają kolejne takie zjawiska, nierzadko wyciągnięte na światło dzienne właśnie dzięki potędze internetu: czasem wystarczy jedna uwaga rzucona mimochodem na jakimś forum, aby następnego dnia tysiące ludzi z całego świata w podnieceniu raportowało, że przecież całe życie tak mają, tylko nigdy nie było okazji, żeby o tym porozmawiać. Kluczowe jest nadanie takiemu fenomenowi imienia, najlepiej brzmiącego naukowo i obco.


Czytaj pozostałe teksty dodatku "WIELKIE PYTANIA NA NOWO: MÓZG"


 

Parę przykładów? Z rzeczy o dłuższej historii można by wymienić choćby poczucie, że ma się coś na końcu języka (nazywane czasem lethologica) albo uczucie, że ktoś na nas patrzy (skopestezja), któremu czasem towarzyszy mrowienie na karku. Względnie świeża jest natomiast historia efektu Baader-Meinhof występującego wtedy, jeśli w pewnym momencie usłyszy się jakieś rzadkie słowo, a w najbliższych dniach i tygodniach zaczyna się ono pojawiać wszędzie – w przypadkowych rozmowach, artykułach…

Te zjawiska doczekały się już swoich badaczy. W poczekalni przed gabinetem medycyny można natomiast spotkać choćby call of the void, czyli „wołanie pustki” (a może zew przestrzeni?; jak widać, brak mu jeszcze mądrze brzmiącej nazwy): występująca u osób stojących na brzegu przepaści przemożna chęć skoczenia w dół, połączona czasem z odczuwaniem fizycznego przyciągania ku brzegowi – choć osoby takie nie mają żadnych skłonności samobójczych i w istocie ostatecznie nie decydują się na skok.

To piękne czasy dla badań umysłu i mózgu: po dekadach badań nad „nisko wiszącymi owocami”, jak widzenie, inteligencja czy pamięć, przyszła pora na te wszystkie subtelne, nienazwane fenomeny, które odpowiadają za bogactwo ludzkiego świata przeżywanego. Niespodziewana pomoc napływa ze strony internetu – ta jego niesławna cecha, że każdy może w nim napisać o choćby najbardziej trywialnej rzeczy, w końcu na coś się przydała. ©℗

Galeria zdjęć

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Filozof przyrody i dziennikarz naukowy, specjalizuje się w kosmologii, astrofizyce oraz zagadnieniach filozoficznych związanych z tymi naukami. Pracownik naukowy Uniwersytetu...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Świetny temat. Zresztą niemal wszystko o czym Pan pisze i mówi jest interesujące. Pozazdrościć mózgu:)
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]