Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Himalaista translacji

Himalaista translacji

10.12.2014
Czyta się kilka minut
Bill Johnston: Tłumacz to także pisarz. Dla mnie największą przyjemnością jest nieustanne borykanie się,nie tyle z polszczyzną,co z angielszczyzną.
Fot. Archiwum Billa Johnstona
S

SZYMON KLOSKA: Twoja ostatnia oficjalna wizyta w Polsce miała miejsce przy okazji wręczenia nagrody Transatlantyk, którą w czerwcu br. odbierałeś w Krakowie.Udzieliłeś wtedy wielu wywiadów, w których przyznałeś się, że pracujesz nad przekładem„Pana Tadeusza”. Wypadałoby więc zacząć od pytania:jak idzie?
BILL JOHNSTON: No wiesz, nie lubię mówić o pracy, która jest w toku, ale tym razem jestem gotów zrobić wyjątek, bo ten projekt będzie trwał długo, myślę, że jeszcze jakieś trzy, cztery lata, a już pracuję nad nim ponad rok. Trzy księgi mam zrobione i właśnie siedzę nad czwartą. To jest praca, delikatnie mówiąc, bardzo mozolna. Robię jakieś dziesięć, czternaście wersetów dziennie, od razu z rymami i rytmem, luźnym, ale jednak. Wydaje mi się, że strona formalna jest bardzo istotna w tym utworze. Mam nadzieję, że jakoś mi idzie. Jest to oczywiście kolosalnie trudna robota, ale jednocześnie przynosi dużo radości, bo mam do czynienia z wyśmienitym tekstem. Jako tłumacz uwielbiam przeszukiwać zasoby języka angielskiego i w tym przypadku jestem zmuszany do tego prawie na każdym kroku – to też źródło nie byle jakiej frajdy.
A czy zaglądasz do innych tłumaczeń „Pana Tadeusza”na angielski?
Absolutnie nie. Raz tylko, gdy zrobiłem pierwszą próbkę, sprawdziłem, jak to wygląda w innych wersjach. I zobaczyłem, że to, co ja robię, jest rzeczywiście bardzo inne. Mogę powiedzieć, że jest miejsce na nową wersję. Co nie znaczy, że czytałem od początku do końca wszystko, co jest dostępne, ale najczęściej wystarczy kilka stron, by przekonać się, z jakiego typu przekładem mamy do czynienia. Najlepsze według mnie są dwa tłumaczenia, które pochodzą z lat 60. – oba były próbą odtworzenia języka epoki. Mnie zależy na języku poważnym i dostojnym, ale koniecznie współczesnym.
Powiedziałeś, że jest miejsce na nowe tłumaczenie. Zastanawiam się, gdzie ono się znajduje i kto właściwie czekana nowego „Pana Tadeusza”? Czy to aby nie będą tylko kręgi akademickie?
Zawsze ze swoimi przekładami mam nadzieję dotrzeć do szerszego kręgu czytelników. Tak stało się ze współczesnymi powieściami czy poezją, które tłumaczyłem. Z klasyką jest o tyle trudniej, że zainteresowanie nią jest po prostu mniejsze. No ale z drugiej strony lubię czytać podobne rzeczy tłumaczone z innych języków i jestem przekonany, że nie jestem jedynym, czy to w Stanach, czy na świecie. Na pewno jest nas więcej. W przypadku „Pana Tadeusza” dużo będzie zależało od tego, gdzie ta książka się ukaże, czego, nawiasem mówiąc, jeszcze nie wiem. Gdyby udało mi się znaleźć wydawcę, który jest w stanie dotrzeć do tych szerszych kręgów, to myślę, że jest szansa. Wiem, że to porównanie jest nie do końca na miejscu, ale jest taki poemat, „Kalevala”, który istnieje już w kilku angielskich wersjach, w tym w popularnym wydaniu Oxford World’s Classics – to jest coś, co się czyta. Myślę, że podobnie może się stać z „Panem Tadeuszem”. Oczywiście bardzo bym chciał, by mój przekład wykorzystywany był na uniwersytetach, ale mam nadzieję, że nie tylko.
A jaka jest na rynku amerykańskim kondycja literatury nieco młodszej, ale też wydawałoby się – zapomnianej? Myślę tu o tak zwanych modern classics. W Stanach ukazały się w przeciągu ostatnich kilkunastu miesięcy trzy książki Marka Hłaski, „Dziennik” Tyrmanda, w przygotowaniu jest „Pamiętnik z powstania warszawskiego” Mirona Białoszewskiego, a do Instytutu Książki zwrócił się właśnie teksański wydawca zainteresowany nowym tłumaczeniem „Popiołu i diamentu”... Czy to są przypadkowe publikacje, czy może świadczą o rosnącym zainteresowaniu taką literaturą?
Nie, to nie jest kwestia przypadku, coś faktycznie się dzieje. Jest kilka wydawnictw, które świadomie sięgają po taką literaturę, jak chociażby Archipelago, z którym sam współpracowałem, czy New York Review Books...
…wydawca między innymi „Lalki” i „Mojego wieku”.
...tak, to kolejny przykład wydawcy, który z dawniejszej literatury próbuje wyłowić świetne teksty, interesujące dla współczesnego czytelnika.
Porozmawiajmy teraz nie o wyborach wydawców czy czytelników, lecz o Twoich własnych. Gdy patrzę na książki przez Ciebie tłumaczone, przychodzi mi na myśl szalony wspinacz, który najpierw zdobył koronę Himalajów, by chwilę później pokonać ją jeszcze raz, ale samotnie i zimą, na dodatek bez lin i butli z tlenem. W bibliografii Billa Johnstona znajdziemy Lema i Tulli, Kochanowskiego i Różewicza czy w końcu „Kamień na kamieniu” Myśliwskiego, dla wielu książkę nieprzetłumaczalną.Dlaczego zadajesz sobie tyle trudu?
Hm... Cóż mogę powiedzieć... Chyba tyle, że lubię wyzwania i trudne teksty. Jestem też czuły na język i bardzo cenię autorów, u których język jest podstawowym elementem pisania, jak w przypadku Myśliwskiego, Gombrowicza, Pilcha czy Tulli. No i w zasadzie coraz bardziej jestem skłonny uznać, że tłumacz to też pisarz. A są przecież pisarze, którzy piszą ciągle tak samo, szukając tego jednego, właściwego dla nich języka. Ale są też i tacy, którzy piszą w różnych stylach i gatunkach. Ja należę do tej drugiej grupy. Jest w tym coś zgoła teatralnego – jak aktor, który przyjmuje bardzo różnorodne role. Dla mnie to nieustanne borykanie się, nie tyle z polszczyzną, co z angielszczyzną – to odnajdywanie nowych, nieuświadomionych możliwości w moim własnym języku jest największą przyjemnością. Angielski to język, podobnie jak polski, niesamowicie bogaty i jest w nim mnóstwo możliwości, które tylko leżą i czekają na ponowne odkrycie. Tak, myślę, że to jest właśnie dla mnie największa rozkosz, to tworzenie czegoś nowego w angielszczyźnie.
Powiedziałeś, że zaczynasz wierzyć w to, iż tłumacz to też pisarz. Mam wrażenie, że w Polsce mało kto by się z tym zgodził... Z kolei fenomen tzw. literaturein translation, charakterystyczny dla rynku anglosaskiego, jest też u nas czymś z gruntu obcym – o Gogoluczy Prouście myśli się jako o pisarzach po prostu, a nie jako o pisarzach tłumaczonych.
Tak, to oczywiście prawda, że w Polsce tłumacz bywa pomijany i zapominany, ale z drugiej strony jest pewna translatorska tradycja. By wspomnieć chociażby Boya-Żeleńskiego... Byłem parę lat temu na „Chorym z urojenia” w Teatrze Słowackiego w Krakowie. To było świetne! Wszyscy wiedzieli, że słowa padające ze sceny to Boy czy Słomczyński... Czy też Szekspir w wydaniu Barańczaka, zresztą wszystko jest w wydaniu Barańczaka! W Polsce jest uznanie dla pracy tłumacza, ale może nie jest to tak rozpowszechnione, jak być powinno. Znam osobiście wielu polskich tłumaczy z angielskiego, jak chociażby Magdę Heydel, która robi świetną robotę jako autorka przekładów Virginii Woolf czy „Jądra ciemności” Conrada, za co zresztą została nagrodzona. Wydaje mi się też, że w Polsce sytuacja tłumaczy zmienia się na lepsze.
A czy w Stanach masz poczucie, że ten czytelnik literature in translation jest wyjątkowy, inny?
Tak, w sumie tak. To oczywiście bardzo mały świat. Tu nie wchodzą w grę bestsellery, ale jest chyba kilkanaście wydawnictw, które specjalizują się w literaturze tłumaczonej i mają swoją publiczność. Jest sporo blogów z recenzjami i omówieniami tłumaczeń, a także festiwal PEN World Voices, na który przychodzą tłumy. Mam wrażenie, że ten mały świat jest bardzo otwarty i chłonny. Sam się dziwię, gdy spotykam czasami ludzi, którzy czytali przekłady moje czy moich kolegów, mimo że nie mają nic wspólnego z Polską i niewiele o niej wiedzą. Tylko dzięki temu jakoś żyję i funkcjonuję. To małe środowisko, ale pełne entuzjazmu.
Mówisz o otwartości, a w Europie pokutuje stereotyp Amerykanina, który nie pójdzie do kina na film z napisami i spokojnie poczeka na remake w rodzimym języku. Może poza środowiskiem, które opisujesz, jest też tak,że to, co tłumaczone, budzi niechęć i trzeba to jakoś dodatkowo oswoić, chociażby dopisując na okładce książki do egzotycznie brzmiących słów „Wiesław Myśliwski” inne, bardziej swojskie: „Bill Johnston”.
Miałem dokładnie odwrotną przygodę. Rozważałem tłumaczenie Doroty Masłowskiej i w trakcie wstępnej rozmowy z wydawcą ten stanowczo zakomunikował, że nazwisko tłumacza nie pojawi się na okładce, bo wtedy ludzie będą myśleć, że to tłumaczenie. To dość absurdalne, zważywszy, że „Dorota Masłowska” nie brzmi jakoś przesadnie amerykańsko, ale myślę, że wśród dużych wydawców jest pewien strach przed tłumaczeniami. No ale tam liczą się już tylko pieniądze i liczba sprzedanych egzemplarzy. Może rzeczywiście dużo ludzi zrezygnowałoby z sięgnięcia po taką książkę... Ale nie, widzisz, teraz się nad tym zastanawiam i stwierdzam, że tak nie jest. Przecież mamy niezwykle popularne kryminały zagraniczne, obojętne skąd – włoskie, holenderskie, no i najbardziej popularne, czyli skandynawskie. Ludzie to czytają. Nie chcę oczywiście nikogo obrazić ani deprecjonować, ale może to tak, że po prostu jest to trochę łatwiejsza literatura. Może to, co odstrasza, to nie nazwisko, ale założenie, że dany tekst może być nieco ambitniejszy i bardziej wymagający. A z tymi filmami to oczywiście przesada – ludzie chodzą na filmy z napisami i czytają książki tłumaczone, bo są tam rzeczy zupełnie dla nich nowe, czy to z historycznego, czy kulturowego punktu widzenia.
Podobno Philip Roth powiedział kiedyś, że może liczyć na 20 tys. odbiorców – taką mniej więcej ma publiczność i nie ma co liczyć na to, by więcej osób zainteresowało się ambitniejszą literaturą. W przypadku tłumaczeń to jeszcze mniej. Może jest tak, że po zakończeniu zimnej wojny i upadku komunizmu wiele osób sądzi, iż nic interesującego się w tej części Europy nie dzieje i nie ma o czym pisać?
Ja bym powiedział, że sytuacja zdecydowanie się polepsza. Na początku lat 90. dało się zauważyć ten sposób myślenia: nie ma politycznych problemów, nie ma komunizmu, więc o czym niby oni mają pisać?
Wydawcy nie byli skłonni udzielić rzetelnych odpowiedzi na te pytania. Ostatecznie jednak zauważyli istnienie świetnych autorów, i to nie tylko z Polski, ale z całej Europy.
Nastąpiła, tak to chyba trzeba nazwać, pewna normalizacja, która sprawiła, że Polak, Czech, Norweg czy Francuz może pisać o tym, o czym naprawdę chce – pozostaje tylko kwestia, czy to jest ciekawe, nowe i warte lektury. Może Unia Europejska ma tu coś do rzeczy – te wszystkie języki nagle zostały ujęte w jedną całość, a różne projekty, jak na przykład „Wiersze w metrze”, które odbywają się a to w Warszawie, a to w innych miastach europejskich, tylko potęgują to poczucie jedności. Ale wracając do pytania – teraz jest na pewno lepiej, polski autor nie musi być polityczny, nie musi być ofiarą komunizmu, mimo że taka tematyka wciąż się pojawia. Dziś w USA jest dużo więcej polskiej literatury niż, powiedzmy, 15 czy 10 lat temu.
Pod tym względem Polska jawi się jako normalny, europejski kraj.
To cieszy, bo Polska zawsze chciała być normalnym,europejskim krajem, nawet jeśli mówiącym trochę nienormalnym językiem...
... o, tak!
...ostatnio w polskim internecie niezwykle popularne są zestawienia najtrudniejszych języków świata, w których polski znajduje się w ścisłej czołówce czy wręcz na pierwszym miejscu. Zapewne polscy internauci są dumni, że posługują się tak skomplikowanym językiem, ale udaje się to też i innym. Twoje początki z polszczyzną są powszechnie znane, od warszawskiego stypendium po studia w Krakowie. A co z Twoimi następcami?
Muszę zaznaczyć, że mam dziś mały kontakt z młodzieżą uczącą się polskiego, ale od czasu do czasu, przy okazji różnych spotkań, mijamy się i wtedy widzę młodych ludzi, którzy fascynują się polską literaturą i językiem.
Niektórzy z nich nawet dobrze go opanowali, co w tym przypadku nie jest takie łatwe, bo to rzeczywiście niespotykanie trudny język. Przy czym pamiętajmy, że tłumacz potrzebuje przede wszystkim świetnej znajomości języka rodzimego. Trzeba po prostu kochać oba języki – to chyba najważniejsze w pracy tłumacza...
...mhm, mieliśmy rozmawiać o tłumaczeniach, a skończyło się na wierze (w literaturę), nadziei (że znajdzie się nie tylko wydawca, ale i czytelnik), no i na miłości(do języków, oczywiście).

BILL JOHNSTON (ur. 1960) jest komparatystą, profesorem Indiana University, wybitnym tłumaczem literatury polskiej na język angielski. Autor przekładów między innymi Kochanowskiego, Słowackiego, Gombrowicza, Lema i Stasiuka.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]