Reklama

Gwatemala i co ty na to?

Gwatemala i co ty na to?

14.04.2007
Czyta się kilka minut
Coraz częściej chodzi mi po głowie fragment piosenki Jacka Kleyffa: "W telewizji czterech znawców od nawozów i od świata przewiduje, co się stanie w Gwatemali za trzy lata. Masy pracujące stracą, gdy realna płaca spadnie. Gwatemala nie dostrzega, że elita władzy kradnie!". Od napisania piosenki minęło blisko 30 lat, ale od kiedy zaprosiliśmy telewizor do domów, nie przestaje być aktualna. Polityka rozgrywa się na naszych oczach. Możemy śledzić na ekranie każdy ruch na politycznej szachownicy. Jeśli konkurujące o odbiorcę media czegoś nie wytropią, prawdopodobnie "ktoś" dostarczy im materiał - choćby po to, by zasłonić to, co wczoraj podrzucił ktoś inny. Obserwujemy życie polityczne elit na nieco krępującym, wręcz anatomicznym poziomie, ale cała ta wiedza niczego nie wyjaśnia, ze sporów nie wyłania się żadna wizja przyszłości kraju i ciągle najbardziej nieprzewidywalna pozostaje przeszłość. Wszystko to zniechęca do zaangażowania się w sprawy publiczne.
A

A gdzie jest opinia publiczna? Dyskurs zamuliły pseudodebaty, w których opinia jest de facto zbędna. Między politykami i mediami powstał rodzaj specyficznej zależności, czy wręcz uzależnienia - mieszanina miłości i nienawiści. W programach prezentuje się prawie niezmienna grupa polityków i ich komentatorów, gotowych wypowiedzieć się ze znawstwem na właściwie każdy temat (nie wiem, jak nadążają z tak szybkim uczeniem się). Ci, którzy w jednej audycji występują w roli komentatorów, w innej są gospodarzami i odwrotnie. Politycy i komentatorzy niebezpiecznie często zamieniają się miejscami - występują obok siebie, jedni po drugich, jedni zamiast drugich. Ostatecznie powstaje samopodtrzymujący się i samowystarczalny dyskurs uczestników o sobie samych i o tym, co sami o sobie piszą lub mówią. Sami generują tematy i sami dla siebie są tematem. Media, zamiast oswoić politykę i w pewnym sensie bronić nas przed jej absurdami, stały się jej częścią, a spory między redakcjami i wydawcami (coraz częściej raczej marketingowe niż ideowe) tworzą "drugą izbę" w polityce.

W konsekwencji, przestrzeń debaty politycznej zredukowano do areny. Dla nas przewidziano w niej rolę obserwatora, korzystającego z technik audiotele: możemy wysłać SMS-a z mniej lub bardziej dowcipnym komentarzem albo, za niewielką opłatą, wypowiedzieć się w sondzie na "tak" lub "nie". Co mi się nie podoba? Mimo powodzi słów i tzw. debat, mam poczucie ich odrealnienia i pozorności. Każe mi się patrzeć na świat przez dziecinny kalejdoskop. Przylepiając oko do jego tuby, nie zobaczę niczego przed sobą, jedynie zmieniające się konfiguracje ciągle tych samych szkiełek i obsługujących je lusterek. Z kalejdoskopowych wzorów nie wyłania się żadna wizja, a jedynie ciąg iluzji.

Piszę o tym w dodatku "Rzecz Obywatelska", ponieważ uczestnictwo w debacie jest nieodłącznym składnikiem obywatelskiej praktyki. Spośród możliwych znaczeń terminów "obywatelstwo" i "społeczeństwo obywatelskie" najciekawsze jest nie to, które społeczeństwo obywatelskie redukuje do rzeczownika (sektor, zbiór instytucji) czy w którym widzi przymiotnik (obywatelskie), ale to, w którym dostrzega "quasi-czasownik", a zatem proces, praktykę działania i komunikowania się. Tak więc, w społeczeństwie obywatelskim to, co publiczne, nie jest dane (narzucone), ale powstaje podczas prowadzonego przez obywateli dialogu. To właśnie wówczas nabywają oni specyficznych obywatelskich cnót (w szczególności tej najważniejszej dla zajmowania się sprawami publicznymi - roztropności).

Narzucony i dominujący w debacie publicznej spór o numerację RP przesłonił bardziej istotne zagadnienie związane z esencją tego, na czym rzeczpospolita polega - to Rzecz Pospolita - Res Publica. Chodzi zarówno o przedmiot (res), jak sposób jego przeżywania i współtworzenia (publica). Nam pogubiło się chyba i jedno, i drugie. Powinniśmy więc, jako wspólnota, odzyskać ("urealnić") przedmiot debaty, a także "uwłaszczyć" ją przez włączenie obywateli. Tęsknię za realpolitik polskiej debaty - rozumianej jednak nie jako synonim cynizmu, ale odstąpienie od gwatemalskich, nonsensownych, nierzeczywistych i ignorujących pragmatykę sporów. Tęsknię za debatą, która nie opiera się na gwiazdorstwie redaktora czy wyobraźni scenografów. Przestrzeń debaty to przecież coś więcej niż krzesełka ustawione w półkole i rozdzielanie rozmówców tak, by sobie nie przerywali (zresztą, mimo ciężkiej pracy redaktora prowadzącego, i tak spór o to, kto komu przerywa, wypełnia średnio jedną trzecią każdej tzw. debaty). Prowadzenie debaty wymaga raczej technicznego moderowania niż reżyserowania.

Swoiste "zawłaszczenie" Rzeczy Pospolitej towarzyszy czemuś, co w innych warunkach można byłoby uznać za szansę na jej uwspólnienie. Oto od pewnego czasu mówi się o tzw. umowie społecznej pod hasłem "Gospodarka - Praca - Rodzina". No cóż, to dość znamienne, że do dyskusji o tym dokumencie zaproszono wyłącznie związkowców i pracodawców, utrwalając anachroniczny i w istocie korporacyjny charakter debaty. Można nie lubić stołów okrągłych, ale jeszcze trudniej jest twierdzić, że o przyszłości Polski można wyczerpująco rozmawiać przy trójkątnym stoliku (rząd, pracodawcy, pracobiorcy).

Odpowiedzialnością za uwiąd debaty nie da się też obciążyć wyłącznie mediów. Z myślenia o sprawach publicznych i rozmawiania o nich zwalniamy się na własne życzenie. Zbiorowo zaniechaliśmy uczestnictwa w myśleniu o sprawach publicznych na rzecz wygodnej pozycji kibica. Pogubiliśmy się w myśleniu o tym, kim jesteśmy jako wspólnota - miotamy się między samouwielbieniem i samooskarżeniem, a nasza samowiedza jest permanentnie fabrykowana poza naszą głową. Marzy mi się społeczne odstąpienie od masochistycznej rozrywki obserwowania polityków na rzecz zadania bardziej wymagającego - rozmowy. Może jednak odnaleźlibyśmy w sobie dość siły i cierpliwości, by mówić do siebie i, co znacznie trudniejsze, słuchać siebie. Marzy mi się nakłonienie różnych środowisk (np. organizacji pozarządowych) do ćwiczenia się w trudnej, ale pożytecznej sztuce dyskusji.

Debata wymaga tematu, uczestników, reguł i przestrzeni. Przestrzeń można by znaleźć w bibliotekach, uniwersytetach, organizacjach pozarządowych, parafiach, kawiarniach. Z przygotowaniem dyskusji, która powinna się opierać na spójnej i zrównoważonej prezentacji stanowisk oraz argumentów i kompetencjach moderatora, nie powinniśmy mieć kłopotów, biorąc pod uwagę, że w tej sferze mamy co przypominać i od kogo się uczyć. Wystarczy przywołać nie tak odległe przecież tradycje wszechnic, uniwersytetów powszechnych, ludowych czy robotniczych, kół samokształceniowych, klubów dyskusyjnych (w USA od lat działa Narodowa Koalicja na rzecz Dialogu i Deliberacji). Może znajdziemy w tych wysiłkach sojuszników. W szczególności trzeba trzymać za słowo "TP", który zapowiada uruchomienie projektu debat pod hasłem: "Co Ty na to?".

Co Wy na to?

Kuba Wygnański (ur. 1964) jest socjologiem. Do 1991 r. był sekretarzem Henryka Wujca w Komisji Krajowej "Solidarności" i Komitecie Obywatelskim; gdy odszedł od polityki, stał się jednym z animatorów ruchu organizacji pozarządowych w Polsce. Współtwórca Banku Informacji o Organizacjach Pozarządowych KLON/JAWOR, związany z licznymi inicjatywami obywatelskimi. Prezes Stowarzyszenia na Rzecz Forum Inicjatyw Pozarządowych.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]