Diagnoza, którą w opublikowanej właśnie encyklice „Dilexit nos” („Umiłował nas”) papież Franciszek stawia współczesności, zdaje mi się o wiele przenikliwsza aniżeli niejedna analiza spod znaku rozmaitych modnych dziś studies. Brzmi ona: świat staje się coraz bardziej bezlitosny, bezduszny, pozbawiony serca.
Jest to na pierwszy rzut oka myśl prosta, by nie powiedzieć: banalna. To jednak złudne. Czasami nie trzeba wznosić wyrafinowanych pojęciowych struktur, żeby dotrzeć do sedna. Trzeba tylko umieć, czy raczej mieć odwagę, nazwać rzeczy po imieniu. A to znaczy często: odwołać się do czegoś tak oczywistego, że wręcz niemożliwego do wypowiedzenia (z obawy przed banałem). I przez to wciąż umykającego z pola widzenia.
Franciszek w ogóle się tej prostoty nie boi. Konsekwentnie więc próbuje uchwycić i opisać to, co elementarne. Owszem, płynnie przemieszcza się między teologicznymi i filozoficznymi tekstami, cytuje ojców Kościoła, św. Pawła, Nowy Testament czy innych papieży. Ale mówi też o uniwersalnych ludzkich doświadczeniach, wspomnieniach, które ma prawie każdy. O „sklejaniu brzegów domowych pierożków za pomocą widelca, wraz z naszymi mamami czy babciami (...) [momencie] kulinarnej nauki, w połowie drogi między zabawą a dorosłością”. Albo o „suszeniu kwiatu między kartkami książki, opiekowaniu się ptakiem, który wypadł z gniazda, wypowiadaniu życzenia odrywając płatki stokrotki”. Tego wszystkiego – przekonuje – nie da się odtworzyć za pomocą algorytmów, wpisać w ekonomiczną albo polityczną agendę. Zarazem w tych właśnie doświadczeniach odzwierciedla się najgłębsza prawda o samym istnieniu. Jego najważniejszy sens, wspólna wszystkim tęsknota, pragnienie obecne w każdym z nas.
Sentymentalne? Oczywiście, można to tak skwitować. Tyle że Franciszkowi nie chodzi wcale o efektowne wywoływanie wzruszeń, tylko o dostrzeżenie w naszych relacjach z innymi, w życiu w ogóle, tego, na co współczesna rzeczywistość staje się coraz bardziej ślepa. Sztuczna inteligencja, zachłanny rynek, brutalna gra interesów, wojna o zasoby, o prestiż, o siłę, potęgę, moc – oto jej dominanty. Liczy się w niej zatem wiele, tylko nie bezinteresowna miłość, czułość, wzajemność.
Chcąc ukazać istotę tej globalnej utraty serca, Franciszek przywołuje obraz płaczących, pogrążonych w rozpaczy starych kobiet, których dzieci i wnuki giną dziś na wojnach. Pod koniec życia, zamiast zasłużonego spokoju, wdzięczności za wysiłek, jaki włożyły w pomoc innym, spotyka je udręka. Czy ta udręka kogoś jeszcze obchodzi? Czy kogoś porusza? „Widok płaczących babć – pisze Franciszek w jednym z najbardziej chyba poruszających fragmentów „Dilexit nos” – którego nie uważa się już za skandaliczny, jest oznaką świata bez serca”. Tymczasem serce jest nam niezbędne do ocalenia, niezbędne do istnienia. W nim właśnie ujawnia się to, co całkowicie niepodległe najnowocześniejszej technologii, rynkowej zachłanności, polityczno-militarnej obsesji władzy. Co to takiego? Znowu pada najprostsza możliwa odpowiedź: miłość. Ale nie chodzi tu o miłość jako filozoficzną ideę, postulat ogólnoludzkiego braterstwa i równości. Nie chodzi o miłość wykoncypowaną, rodem z tej czy innej ideologii. Nie chodzi zatem o miłość, która bierze się z jakiejś pojęciowej, intelektualnej, ideologicznej żonglerki, lecz o miłość żywą, autentyczną, doświadczaną w spotkaniu pomiędzy ja i ty.
Takie spotkanie wydarza się na wielu poziomach, od indywidualnego po kosmiczny. Na najgłębszym poziomie wszystko jest wszak przeniknięte miłością – mówi Franciszek – bo właśnie z miłości się wzięło. A centralnym miejscem, będącym symbolicznym ośrodkiem miłości w człowieku, punktem spotkania tego, co duchowe, i tego, co cielesne, tego, co indywidualne, i tego, co kosmiczne, jest właśnie serce. Chrześcijańskiemu rozumieniu serca daleko jednak do charakterystycznego dla współczesności hiperemocjonalizmu, narcystycznego skupienia na osobistych uczuciach czy potrzebach. Wprost przeciwnie – serce to drzwi, przez które człowiek wydostaje się z wnętrza własnego umysłu, własnego „ja” i kieruje ku innym (a być może także ku źródłu wszechrzeczy). A wtedy również i oni (i ono) wychodzą mu naprzeciw.
Do takiego wyjścia naprzeciw wzywa Franciszek w swojej – zapewne ostatniej – encyklice. Doprawdy, nie trzeba być człowiekiem wierzącym, żeby ten przekaz przyjąć, nawet jeśli papież sugeruje, że jedynie wiara pozwala zrozumieć i doświadczyć go w pełni. To znaczy: nie tylko w relacji ludzko-ludzkiej, ale i ludzko-boskiej. Ale przecież wystarczy dostrzec, że gdzieś pomiędzy rynkiem, pogonią za władzą, okrucieństwem polityków wywołujących wojny i wylewających na świat morze cierpienia – prześwituje coś zupełnie innego. Coś, co wydaje się bardzo odległe, zamierzchłe, niemodne, kruche, a przecież jest najbliżej, jak się da: we wspomnieniu lepienia pierogów z babcią i mamą, bliskości z kimś, kogo się kocha, poczuciu, że jest się widzianym i przyjętym. Każda niemal szkoła filozoficzna, każda psychologiczna doktryna podkreśla rangę takich doświadczeń dla dobrostanu człowieka. Franciszek przekonuje, że leżą one u podstaw bytu – i dlatego są nieskończenie potężniejsze aniżeli całe to triumfujące dziś w świecie zło.
Cóż, z pewnością nie zostałby papieżem, gdyby w taki kształt rzeczy naprawdę szczerze nie wierzył. Pod wpływem lektury „Dilexit nos” ta wiara może się udzielać.©
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















