Mały Samuel lubi chodzić z tatą na polowania. Ale to jego przybrane imię – kiedyś był Daniłem, sierotą z Donbasu, adoptowanym we wczesnym dzieciństwie przez rodzinę z Missisipi.
Czterej bracia
Amerykański nastolatek ma dziś słabość do broni, lecz tęskni również za swoimi starszymi braćmi. Maksim jest na wózku inwalidzkim, Mark służy w siłach zbrojnych Ukrainy, a Rusłan po stronie rosyjskiej.
Gdybyśmy oglądali film fabularny o czterech braciach Zołotko, jego scenariusz mógłby się wydawać cokolwiek naciągany. Tymczasem holenderski reżyser Pieter-Jan de Pue przez dziesięć lat podążał za swoimi bohaterami, których oprócz nazwiska połączyło na zawsze jeszcze coś – wspomnienie rodzinnego miasteczka Mariinka we wschodniej Ukrainie. Dziś znajduje się pod rosyjską okupacją, całkowicie zniszczone i wyludnione.
Za mój dom
Z tytułowym miejscem wiążą się też losy dwóch bohaterek: Nataszy – studentki medycyny, bokserki, a teraz żołnierki, oraz przemytniczki Anżeli. Ta pierwsze pełni także rolę narratorki i pojawia się na samym początku filmu w wizyjnych scenach z Zakarpacia. Już za chwilę nieskażone piękno natury i religijnych tradycji zostanie zderzone z frontową rzeczywistością oraz ze zdjęciami niczym z kina postapo.
W jednej ze scen Natasza odwiedza zrównany z ziemią dom rodzinny w Mariince. Wydobywa spod gruzów swoje sportowe medale i balową suknię; w zrujnowanej szkole staną jej przed oczami wspomnienia z niedawnej studniówki. Nic dziwnego, że w kolejnej scenie pośle w kierunku Rosjan rakietę własnoręcznie podpisaną „za mój dom”.
Te straszne i piękne obrazy, przenikające się w dokumencie de Pue niczym w eseistycznych fabułach Terrence’a Malicka, potrafią zahipnotyzować swoim obserwacyjno-medytacyjnym klimatem. Podbijanym jeszcze przez cerkiewne czy ludowe śpiewy, przez „Cum dederit” Vivaldiego i spokojny dziewczęcy głos zza kadru.
Cierpiąca matka
Albowiem w „Mariince” przeżywane tragedie nabierają archetypicznego wręcz ciężaru, przede wszystkim zaś wspomniana historia rodziny rozdartej przez wojnę. Bo „nie tylko więzy krwi czynią kogoś bratem” – mówi separatysta Rusłan. Czy kiedykolwiek poda rękę Markowi, walczącemu w niebiesko-żółtych barwach?
Tymczasem okopowy kapelan próbuje wytłumaczyć matce dwóch śmiertelnych wrogów, dlaczego piąte przykazanie należy przeinterpretować w warunkach wojny obronnej.
Tyle że jego rozmówczyni bardziej niż patriotką czuje się po prostu cierpiącą matką. Inny rodzaj „apolityczności” reprezentuje szmuglująca najróżniejsze towary Anżela – wydaje się, że jest jej całkowicie obojętne, z kim robi interesy, jakkolwiek w końcu odczuje tę wojnę na własnej skórze.
Blisko bohaterów
A co z reżyserem? Czy takie czysto humanistyczne spojrzenie na dzisiejszą Ukrainę nie jest zbyt asekuranckie? Holenderski twórca, znany z kina bardziej immersyjnego niż politycznie zaangażowanego, najwyraźniej nie obawia się takich oskarżeń.
Chce być jak najbliżej swoich bohaterów, a rozpoetyzowana „Mariinka” wbrew pozorom bardzo mocno trzyma się ziemi. Czyli wojennych realiów przefiltrowanych przez różne wrażliwości, opowiedzianych dynamicznym, bo zróżnicowanym w swoich środkach językiem.
Jest w tym dokumencie także coś z bolesnej satyry, gdy oglądamy Daniła/Samuela, którego po wybuchu pełnoskalowej wojny coraz bardziej ciągnie do Ukrainy. Fragmenty domowych video z życia przeciętnej amerykańskiej rodziny i onlajnowe rozmowy chłopca z walczącym gdzieś daleko bratem tworzą niepokojący dysonans.
Opowieść o młodych mieszkańcach przyfrontowego miasteczka to również historia traum, odziedziczonych jeszcze sprzed wojny. Bowiem na każdym kroku dokument de Pue wychodzi poza wojenną doraźność, tworząc kino dokumentalne o wielkiej intensywności – wizualnej i emocjonalnej. Dotyka bardziej stanów wewnętrznych aniżeli politycznych racji.
„MARIINKA” – reż. Pieter-Jan de Pue. Prod. Belgia/Niderlandy/Niemcy2026. Vod MDAG.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.










