Kiedy w czołówce nowego tytułu Jima Jarmuscha pojawia się nazwisko kreatora mody Yves’a Saint Laurenta, który zostawił po sobie imperium produkujące dzisiaj także filmy, uświadamiamy sobie, jak daleką drogę przeszedł reżyser „Inaczej niż w raju”. Widać to również w stylówkach jego bohaterów, zmieniających się na przestrzeni ostatnich czterdziestu pięciu lat, tyle bowiem minęło od wspomnianego wyżej debiutu.
Pierwsze, bardzo jeszcze offowe tytuły naznaczył mocno znoszony szyk Toma Waitsa, „brudny” nowojorski styl vintage charakterystyczny dla Johna Luriego albo rockandrollowe kreacje japońskich fanów Elvisa z antologii „Mystery Train”. Nowe milenium, zainicjowane u Jarmuscha nowelowym filmem „Kawa i papierosy”, przyniosło wysyp znanych nazwisk (wcześniej kręcił raczej w gronie przyjaciół), ale i coraz bardziej ekscentryczne flirty z filmowymi gatunkami, często podkręcane wyrafinowaną garderobą. Na przykład tą noszoną przez Tildę Swinton w „Tylko kochankowie przeżyją” i „Limits of Control”.
Film „Father Mother Sister Brother”: filmowa składanka o rodzinie
Najnowszy film, „Father Mother Sister Brother”, też trudno byłoby zignorować pod tym względem, chociaż znamienne jest to, że gwiazdy amerykańskiego czy europejskiego kina, wcielające się tu na ogół w tak zwanych zwykłych ludzi, noszą mniej lub bardziej dyskretne stroje zaprojektowane przez wielki dom mody.
W tej udawanej zwyczajności, a jednocześnie w wyrazistej tonacji kolorystycznej, jaką jest czerwień i róż, kryje się klucz do całego filmu Jarmuscha. Który z jednej strony stanowi doskonały przykład kina butikowego (czyli snobistycznego produktu z gwiazdorską obsadą), z drugiej zaś te trzy różne nowelki o współczesnych rodzinach w kryzysie dotykają czegoś żywego i dobrze znanego, niezależnie od tego, jak zdefiniujemy zwykłość czy niezwykłość.
To już kolejna filmowa składanka u twórcy „Nocy na Ziemi” (1991) i dość szybko zorientować się można, że historie, osadzone kolejno na amerykańskiej prowincji, w Dublinie i Paryżu, mają się ułożyć w całość, jaką jest refleksja na temat podstawowej komórki społecznej. Głównie w wymiarze emocjonalno-deficytowym. Wszystkie trzy części opowiadają bowiem o trudnych odwiedzinach dorosłych dzieci w rodzinnych domach – temat jakże à propos niedawno minionych świąt.
I wszystkie trzy są o tym, jak niewiele tytułowi synowie i córki wiedzą o swoich matkach czy ojcach, zwykle też vice versa. W pierwszej nowelce rodzeństwo, zagrane przez Adama Drivera i wyjątkowo poważną komiczkę Mayim Bialik, odwiedza po latach żyjącego na odludziu ojca, dziwaka i abnegata (znowu Tom Waits) i nawet zimowy pejzaż za oknem wnosi więcej treści aniżeli kłopotliwa cisza czy zdawkowa konwersacja.
Miało być o rodzinnych powinnościach i sprawach socjalnych, ale Jarmusch i jego aktorzy z kamienną twarzą bawią się tragikomizmem tej niezgrabnej scenki, jej licznymi niedopowiedzeniami i zaskakującą puentą.
Mniej powściągliwie wypada opowieść druga, gdzie siostry, sztywniara zagrana przez Cate Blanchett i jej przeciwieństwo w wykonaniu Vicky Krieps, składają coroczną wizytę matce pisarce (Charlotte Rampling). Niczym u Mike’a Leigh, wspólna herbatka w porcelanie zamienia się rychło w męczącą dla wszystkich grę pozorów.
Taka satyra to nic nowego, dlatego mówiąc o „Father Mother Sister Brother” trudno opędzić się od zgranych cytatów: o rodzinach jako źródle cierpień, wychodzących dobrze tylko na zdjęciach, niepodobnych do siebie w swoim nieszczęściu... I wtedy wjeżdża Jarmusch z trzecią historią, która zmienia wszystko – mimo że koresponduje z pozostałymi za pomocą kolorystycznej dominanty, motywu odwiedzin, podrobionego Rolexa czy bezalkoholowego toastu.
Oto młody mężczyzna i jego bliźniacza siostra (w tych rolach para modeli Indya Moore i Luka Sabbat) spotykają się w paryskim mieszkaniu opustoszałym po tragicznej śmierci ich rodziców. Wreszcie słychać z ekranu szczerą, niewymuszoną rozmowę, po raz pierwszy wyczuwa się jakąś bliskość i luz, a rodzinne więzi przestają być więzami. Właśnie ten dom, już nieistniejący, spakowany do kartonów, okaże się żywszy od zagraconej złymi wspomnieniami rudery i toksycznego dekoru z poprzednich nowelek. A w gospodynię wciela się sama Françoise Lebrun, legenda francuskiego kina, jeszcze bardziej ocieplająca finał.
Do czego zaprasza Jarmusch w nowym filmie
Czyżby Jarmusch stał się sentymentalny i wszedł niniejszym, wzorem Almodóvara czy Wendersa, w swój okres schyłkowy, w którym zaspokaja się własną próżność? Tego rodzaju głosy pojawiły się po ostatnim festiwalu w Wenecji, skąd „Father...” wyjechał ze Złotym Lwem. Zdaniem wielu niezasłużonym i wyraźnie asekuranckim, jako że głównym faworytem długo pozostawał „Głos Hind Rajab”, rozdzierający dokument Kaouther Ben Hani o uwięzionej w samochodzie palestyńskiej pięciolatce, uhonorowany ostatecznie drugą nagrodą.
Oliwy do ognia dolał fakt, iż dystrybutorem amerykańskiego filmu jest Mubi, powiązane finansowo z Sequoia Capital, firmą inwestującą w izraelskie start-upy, również te współpracujące z przemysłem zbrojeniowym. Werdykt jury na czele z Alexandrem Payne’em okazał się więc (chcąc nie chcąc?) polityczny, co w przypadku tak ostentacyjnej apolityczności filmu Jarmuscha wydaje się znakiem naszych czasów.
Prostota, z jaką opowiada twórca „Broken Flowers”, też wielu zdaje się podejrzana. Jakby mistrz kina autorskiego, ongiś wręcz alternatywnego, pozwolił sobie na ledwie ćwiczenie warsztatowe czy zafundował nam bombonierkę pełną smaczków i zarazem pustych kalorii.
Jednak w tych uproszczonych konstelacjach rodzinnych i gwiazdorskich można odnaleźć coś więcej. „Father Mother Sister Brother” jest, mimo kokieteryjnych ozdobników i wycinkowej narracji, kinem zapraszającym do wychylenia się poza kadr, poza sytuacyjną doraźność i psychologiczne oczywistości. Za każdym razem rodzinne spotkanie uruchamia wyobraźnię, każąc dobudować sobie w głowie, co było wcześniej. Co poszło kiedyś nie tak, skoro najbliżsi sobie ludzie tak bardzo się ze sobą męczą i tak wiele ukrywają.
No i dobry film nowelowy to niekoniecznie ten, w którym każda z części ma potencjał na pełnometrażową i pełnokrwistą fabułę. To również taki, który posiada swą wewnętrzną logikę, jeśli nawet prowadzi ona do mało odkrywczych wniosków, a „wysokie krawiectwo”, niczym ów fałszywy Rolex, maskuje tu chwilami fabularną konfekcję.
FATHER MOTHER SISTER BROTHER - reż. Jim Jarmusch. Prod. USA/Irlandia/Francja/Włochy/Japonia 2025. Dystryb. Gutek Film. W kinach od 16 stycznia.
Jim Jarmusch to najbardziej rozpoznawalna twarz amerykańskiego kina niezależnego. Zaczynał w latach 80. od tanich, czarno-białych i czarnych w klimacie komedii, jak „Nieustające wakacje” czy „Poza prawem”. Wkrótce stał się artystyczną marką, a w jego filmach (patrz: „Broken Flowers”, „Limits of Control”, „Truposze nie umierają”) występują największe gwiazdy.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















