Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Dzieci sądzą dzieci

Dzieci sądzą dzieci

30.05.2008
Czyta się kilka minut
W USA z powodzenie funkcjonują "sądy dziecięce", w których dzieci sądzą rówieśników za mniejsze wykroczenia, tak jak w sądach dla dorosłych. Czy to, co się sprawdza w Stanach, zadziała w Europie? Pierwsi spróbowali Brytyjczycy, z kiepskim skutkiem.
/fot. KNA-Bild
P

Pierwszą próbę utworzenia "sądów dziecięcych" podjęły pół roku władze brytyjskiego hrabstwa Lancashire, w mieście Preston. Gdy ruszył pilotażowy program tworzenia takich sądów - w których młodocianych sprawców wykroczeń mieli osądzać ich rówieśnicy - popularny dziennik "Daily Mail" tak oto wyobrażał sobie monolog młodego sędziego, skierowany do oskarżonego: "Ty masz 12 lat, a ja tylko 10. Ale skoro to ja siedzę tu w peruce sędziego, a ty w kominiarce, to chyba jestem mądrzejszy, no nie? Dobrze! Oskarżony, proszę stanąć prosto, nie garbić się, ręce wyjąć z kieszeni. Fajki odłóż, jesteśmy przecież w budynku publicznym. Daj no mi lepiej tę paczkę. Co to? Toż to gwoździe do trumny! Nie stać cię na nic lepszego? A więc to je zwędziłeś? Następnym razem zwędź coś lepszego".

I dalej: "No, to mam już akt oskarżenia, długi jak moja ręka. Plucie. Wybijanie okien. Kopanie kota sąsiadów. Malowanie graffiti. Wagary. Kradzieże w sklepie. Głośna muzyka. Obrażanie pracownika opieki. Śmiecenie na ulicy. Jazda bez biletu. Wandalizm. Złe zachowanie w sklepie. Przyznajesz się? To dobrze, że się przyznajesz do wszystkich zarzutów, bo inaczej musiałbym podwoić twój wyrok. Wymierzam ci grzywnę w wysokości miliona funtów. Nie masz? No to co masz? Grę Nintendo? Na początek może być. Nowy komplet Harry’ego Pottera. Dres, rozmiar 7. Rower górski. Wiertarkę dentystyczną, nieużywaną. No, powinno wystarczyć. Zbierz wszystko i zostaw w garderobie, z karteczką, że to dla mnie. Kto pierwszy, ten lepszy".

Za karę - przeprosiny na piśmie?

"Daily Mail" potraktował pomysł prześmiewczo. Faktem jest jednak, że życie szybko potwierdziło obawy: eksperyment w hrabstwie Lancashire zupełnie się nie udał i po paru miesiącach całkowicie się z niego wycofano.

Ale ta porażka nie pogrzebała samej idei, aby dzieci mogły osądzać dzieci.

Kolejne podejście do stworzenia w Wielkiej Brytanii "sądów dziecięcych" ma nastąpić w szkockim okręgu Borders. Ale chociaż rada lokalna nie podjęła jeszcze ostatecznej decyzji, kiedy program zostanie rozpoczęty i jak dokładnie będzie wyglądał, wielu obserwatorów już teraz nie kryje wątpliwości.

A są one poważne. Dotyczą nie tylko skuteczności, która w wypadku Preston okazała się praktycznie żadna - przez pięć miesięcy dwa sądy dziecięce rozpatrzyły tam zaledwie osiem spraw, choć inicjatorzy przedsięwzięcia przewidywali, że co miesiąc na wokandę trafi ich co najmniej 25.

Wątpliwości koncentrują się wokół innej fundamentalnej kwestii: pytania, czy i do jakiego stopnia słuszne jest założenie, że młodociani sędziowie będą mieć dobry wpływ na rówieśników, których zachowanie pozostawia tak wiele do życzenia, że kwalifikuje się je jako tzw. ASBO - "postępowanie aspołeczne".

Zwolennicy "sądów dziecięcych" rozumują tak: skoro młodzi ludzie łatwo ulegają złym wpływom swych kolegów, to przecież równie dobrze mogą ich posłuchać, gdy ci zaangażują się w wysiłki, by sprowadzić ich na dobrą drogę.

Ale czy ten argument nie jest wyłącznie pobożnym życzeniem? "Ci, którzy lansują sądy dziecięce, proponują, by wśród możliwych do orzekania wyroków znalazło się na przykład "napisanie listu z przeprosinami" i "osobiste przeproszenie ofiary czynu". Wyraźnie widać, że  nie czytali oni książki "Władcy much" ani nie spotkali przeciętnego chłopca w wieku szkolnym, którego drugą naturą jest wymyślanie okrutnych, wymyślnych sposobów karania" - uważa publicystka "Sunday Timesa".

Nie jest to opinia odosobniona.

Rówieśnik lepiej zrozumie?

Chociaż Preston było pierwsze nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale w ogóle w Europie, to jego władze korzystały z gotowych wzorów sądownictwa dziecięcego, z powodzeniem wypróbowanych w USA. "Sądy dziecięce" (kid courts, teen courts), zwane także "sądami rówieśniczymi" (peer courts) funkcjonują tam od połowy lat 90. W roku 2007 było ich 1255, rozsianych po całym kraju. Cieszą się bardzo dobrą opinią.

Pytania i wątpliwości, jakie pojawiły się w dyskusji w Wielkiej Brytanii, w ogóle nie znajdują wyrazu w mediach amerykańskich, według których koncepcja sądów dziecięcych sprawdza się znakomicie. To element strategii "zero tolerancji" na poziomie, gdzie nie ma jeszcze poważnych przestępstw, a "tylko" malowanie graffiti, wybijanie szyb, drobne kradzieże, posiadanie marihuany czy znęcanie się nad kolegami. Chodzi przede wszystkim o to, by młodych sprawców, których na razie jeszcze trudno jest uznać za młodocianych przestępców, w porę powstrzymać przed zejściem na naprawdę złą drogę.

Wspomnianemu założeniu, że dzieci ulegają wpływowi rówieśników również wtedy, gdy wiedzie on je ku dobru, towarzyszy drugie: młodzi sędziowie, członkowie ław przysięgłych i adwokaci są dla młodych sprawców bardziej wiarygodni niż przedstawiciele normalnego sądu, przede wszystkim dlatego, że lepiej ich rozumieją. "Łatwiej jest - tłumaczyła na łamach dziennika "Christian Science Monitor" prof. Faith Samples-Smart z uniwersytetu Columbia - zwracać się do rówieśników niż do dorosłych, którzy nie pamiętają już, jak to jest być dzieckiem".

W Ameryce to działa

Amerykańscy inicjatorzy "sądów dziecięcych" wypracowali także zasady postępowania, które próbują powielać ich brytyjscy naśladowcy.

Po pierwsze: stawienie się przed "sądem dziecięcym" jest dobrowolne. Podsądny zyskuje jednak w dokumentach pozytywną adnotację o gotowości do współpracy i jest to zachęta.

Po drugie: "sąd dziecięcy" orzeka jedynie w drobnych sprawach; nie sądzi sprawców, którzy wobec swych ofiar użyli przemocy.

Po trzecie: nie ustala winy, bo ta jest bezsporna, skoro sprawca sam się przyznaje. Sąd jedynie wymierza karę. Kary są rozmaite, a łączy je aspekt wychowawczy: mają uświadamiać sprawcy szkodę i krzywdę, jaką wyrządził, i w jakiś sposób służyć naprawie. W arsenale kar są więc przeprosiny, ale także prace na cele społeczne czy zamalowanie graffiti.

Kadencja sądu trwa sześć miesięcy, a jego skład musi być zróżnicowany (uczniowie z różnych szkół, z różnych środowisk i w różnym wieku). Zdarza się, że sędziami zostają dawni podsądni. Dla zwolenników "sądów dziecięcych" to dowód, że są one w stanie zawrócić trudną młodzież ze złej drogi.

Za tworzeniem sądów dziecięcych przemawiają poza tym ich wymierne efekty: choć wyroków się nie egzekwuje i sprawcy mogliby nic sobie z nich nie robić, ogromna większość młodych podsądnych traktuje je poważnie. Z danych wynika, że ponad 80 proc. stosuje się do orzeczonej kary, a w nowojorskiej dzielnicy Red Hook wyrok sądu dziecięcego wypełnia ponad 90 proc. sprawców. Przy tym, podkreślają zwolennicy "sądów dziecięcych", przypadków recydywy także jest mniej niż wśród tych, którzy stają przed zwykłymi sądami.

Udawanie dorosłych

Brytyjscy specjaliści od przestępczości młodzieży wątpią jednak, czy model amerykański da się przenieść na grunt brytyjski. Smętny koniec eksperymentu w Preston zdaje się potwierdzać ich opinię. Kilku młodych mieszkańców tego miasta, którym sugerowano stawienie się przed "sądem dziecięcym", zdecydowanie odmówiło. Młodzi Anglicy wcale bowiem nie chcą, by ich postępowanie oceniali koledzy w ich wieku. Zresztą nie życzą sobie tego nie tylko młodzi przestępcy. "Moje dzieci wolałyby stoczyć walkę z gladiatorem niż stanąć przed sądem rówieśników" - zauważyła wspomniana dziennikarka "Sunday Timesa".

Skąd w tej kwestii tak duże różnice między Ameryką i Wielką Brytanią (a może w ogóle Europą)? Nie wiadomo. Zresztą nie wiadomo też, dlaczego w Ameryce "sądy dziecięce" trafiły na dobry grunt i jakie czynniki przesądzają o tym, że w tzw. trudnych dzielnicach sprawdzają się dobrze. Co najbardziej trafia młodym sprawcom do przekonania? Który element programu sprawia, że wielu wraca na dobrą drogę, jaką rolę gra tu charakter lokalnej społeczności? Te wszystkie pytania czekają na zbadanie.

Niezależnie jednak od samej kwestii zwalczania wykroczeń i potrzeby poprawienia zachowania młodzieży, brytyjscy krytycy sądów dziecięcych dostrzegają też szersze zjawisko, które, jak się zdaje, nie mieści się w polu widzenia Amerykanów: mianowicie  przenoszenie do świata dzieci wzorów i zachowań ze świata dorosłych. Jaskrawym tego przykładem są małe dziewczynki, wystrojone i umalowane jak dorosłe kobiety, w roli modelek na wybiegach czy w reklamach. Ale nie tylko one.

Przyspieszanie dojrzałości

Według brytyjskiego dziennika "Guardian", w ostatnich latach zrodziła się zdumiewająca moda na traktowanie dzieci pod każdym względem tak jak dorosłych. Pojawiły się nawet głosy, że "nazywanie dzieci dziećmi jest dla nich obraźliwe i poniżające", a na określenie tej nowej formy "dyskryminacji" ukuto już nowe słowo "childism" (od child - dziecko). "A tymczasem - pisze "Guardian" - naśladowanie świata dorosłych to nonsens, bo dzieci do lat 16 nie są w stanie podejmować świadomych, dorosłych decyzji. Za mało wiedzą, brakuje im doświadczenia i umiejętności osądu, bo to przychodzi z wiekiem. Dojrzałości zaś nie da się przyspieszyć, zmuszając dzieci do robienia tego, co robią dorośli. I nie należy". Dlatego zdaniem "Guardiana" koncepcja "sądów dziecięcych" jest całkowicie nie do przyjęcia.

Tego samego zdania jest "Sunday Times": "Wszędzie oczekujemy, że dzieci przyjmą na siebie całkiem nieodpowiednie role dorosłych i będą podejmować decyzje, do których nie są przygotowane. Sądy dziecięce są tego przejawem. Dzieci sądzące dzieci - to najbardziej barbarzyński z pomysłów. Jeżeli zaś sądzimy, że młodzi ludzie bardziej zważają na rówieśników niż na dorosłych - to w tym właśnie tkwi wielki problem, a nie jego rozwiązanie. Zamiast pogrążać autorytet dorosłych, trzeba go po prostu umacniać".

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarka, współpracowniczka działu „Świat”.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]