Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Dwie wsie, dwa symbole

Dwie wsie, dwa symbole

25.03.2014
Czyta się kilka minut
Zanim wiosną 1945 podziemie polskie i ukraińskie zawarły pokój, konflikt spustoszył Lubelszczyznę i Lubaczowskie. Oto opowieść o wsiach, które stały się jego symbolami.
Widok na Cieszanów, spalony przez UPA w maju 1944 r. (zdjęcie z zimy 1944/45). Nie zachowało się żadne zdjęcie ze wsi Rudka. Fot. Archiwum Stanisława Szabatowskiego / ZBIORY TOMASZA ROGA
O

Ogień idzie od wschodu. Trzask palących się dachów, ryk krów, krzyk uciekających: Helena ma to w pamięci do dziś. Piwnica sąsiadów pełna, ale udaje im się wcisnąć, razem z mamą i babcią. Można się modlić, byle szeptem. Jak żołnierze UPA usłyszą, mogą wrzucić granat. Tak zrobili w gospodarstwie obok; szczątki ludzkie opadły na podwórko. Już podkładają ogień, już pali się cała zagroda. Ten ogień Helenka zobaczy jeszcze raz, gdy wuj Tadeusz Błoniarz weźmie ją na plecy. Helenka ma 5 lat, jest lekka, prócz niej wuj dźwiga bagaż. Za nimi dopala się polska wieś Rudka (powiat Lubaczów).
Wiera ściska szmacianą lalkę. Mama obudziła ją w nocy, kazała się ubierać. Teraz siedzi w schronie u polskich sąsiadów. Słychać modlitwy w obu językach. Zwierzęta palone żywcem ryczą o pomstę do nieba. Ale niebo, zasnute dymem płonącej ukraińskiej wsi Sahryń (powiat Hrubieszów) i poranną mgłą, nie ześle deszczu. Żołnierze AK i BCh wyciągają z domu chłopów i legitymują. Ukraińców zabijają, Polakom każą brać dobytek i uciekać. Wiera ma 7 lat. Dym zatyka oddech. Ludzie w piwnicy dławią się kaszlem i łzami, nad nimi płonie chałupa.
Rudka i Sahryń: symbole konfliktu polsko-ukraińskiego, który 70 lat temu – od wiosny 1944 r. – pustoszył obecną wschodnią Lubelszczyznę i wschodnie Podkarpacie. Wydarzenia w Rudce pokazują okrucieństwo Ukraińców, Sahryń – okrucieństwo Polaków. W obu wsiach nie liczono się z ludnością cywilną. A takich miejsc było wiele.
Na etnicznym pograniczu
Na terenie dzisiejszej wschodniej części województw lubelskiego i podkarpackiego – gdzie biegła etniczna granica między zwartym osadnictwem polskim i ukraińskim – konflikt przybrał inny charakter niż na Wołyniu, gdzie Polacy byli w mniejszości.
O ile na Wołyniu można mówić o ukraińskim ludobójstwie na polskiej ludności, zwykle bezbronnej (i rzadko podejmującej akcje odwetowe), o tyle na Lubelszczyźnie siły Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich oraz Ukraińskiej Powstańczej Armii z drugiej strony były wyrównane, a straty obu stron (także wśród cywilów) podobne. Konflikt trwał do wiosny 1945 r., gdy przedstawiciele podziemia z obu stron zawarli pokój.
Na eskalację konfliktu na Lubelszczyźnie duży wpływ miała wcześniej niemiecka akcja wysiedleńcza: Polaków wysiedlano, a w ich domach – obok Niemców – osadzano Ukraińców, jako „bufor” chroniący osadników niemieckich. Polskie podziemie, przeciwdziałające wysiedleniom, atakowało więc nie tylko Niemców, ale też Ukraińców.
Sytuacja zaostrzyła się, gdy w 1943 r. zaczęli napływać polscy uchodźcy z Wołynia. Lokalne dowództwo AK i BCh bało się, że czystki UPA powtórzą się po drugiej stronie Buga. Aby wyprzedzić spodziewany atak, w marcu 1944 r. oddziały AK i BCh uderzyły: spaliły kilkadziesiąt ukraińskich wsi. W Sahryniu i okolicy zginęło około tysiąca ukraińskich cywilów.
Zanim żołnierze AK Zenona Jachymka „Wiktora” przystąpili w marcu 1944 r. do antyukraińskiej ofensywy, oddział BCh Stanisława Basaja „Rysia” zabił 26 osób i spalił 190 domów w Mirczach. W wigilię Bożego Narodzenia 1943 r. w Modryniu Polacy zabili 16 Ukraińców. Z kolei UPA napadała polskie wsie, np. nocą z 15 na 16 grudnia 1943 r. zabiła 25 Polaków ze Starej Wsi. Apogeum nastąpiło wraz z wiosną.
Ostatni dzień Rudki
Wartownicy jeszcze raz przeszli przez wieś. Było cicho, las szumiał, budziły się ptaki. Można się położyć – pomyśleli. Warty wystawiali już od kilku miesięcy. Nie tylko dlatego, że dochodziły wieści z Wołynia. Groza była blisko. 22 grudnia 1943 r., gdy mieszkańcy Rudki – polskiej wsi, otoczonej przez wioski ukraińskie – wracali z Lubaczowa saniami ze świątecznymi zakupami, we wsi Nowe Sioło zatrzymała ich grupa Ukraińców. Zabrali 18-letniego Marcina Mazurkiewicza. Zmasakrowane ciało znaleziono potem na łąkach.
W Rudce mieszkała tylko jedna ukraińska rodzina: kowala Stefana Stefaniszyna. Jego żona, Julia, miała nawiązać kontakty z Organizacją Ukraińskich Nacjonalistów. Podobno w ich domu odbywały się spotkania OUN i UPA. Czy to Julia przekazała informacje, jak wyglądają warty w Rudce? Niektórzy z ocalonych tak potem sądzili. Ale nawet jeśli to nieprawda, Rudka nie miała szans: wieś była niewielka, lokalna placówka AK słaba.
Oddział UPA, dowodzony przez Iwana Szpontaka „Zalizniaka” i wsparty przez ludność sąsiednich wsi (lokalne placówki UPA), uderzył rankiem. Była środa, 19 kwietnia 1944 r. Upowcy zajechali furmankami na podwórze sołtysa i kazali zebrać mężczyzn pod szkołą. Bazyli Kalinowski przeczuwał podstęp, chodząc od domu do domu, ostrzegał mieszkańców. Zanim skończył, padły strzały. On też zginął. Zaczęła się masakra. Kto mógł, szukał schronienia. Ci, którzy uciekli do piwnic, dusili się dymem lub ginęli od granatów.
Wielu mieszkańców schowało się w jarze, koło przysiółku Wola. Ale i tam dotarli napastnicy. Wybrali mężczyzn powyżej 16. roku życia i zabili. 10-letnia Janka Mazurkiewicz trzymała rękę ojca; upowiec odepchnął ją i zabił mężczyznę. Nie pomogły błagania żony i malutkich dzieci Tomasza Wójcika, także jego upowcy zabili.
Kilku mężczyzn ukryło się w dołach. Kobiety przykryły ich gałęziami i usiadły na nich. 18-letni Tadeusz Błoniarz, wuj Heleny, nie zdążył się ukryć. Kobiety dały mu chustkę, zawiązały zapaskę. Przeżył.
„Dobry Polak” z Sahrynia
Marian Ogonowski pamięta, że zanim żołnierze AK i BCh przyszli do Sahrynia, paliło się Miętkie i inne wsie w okolicy. Łuny rozpalały niebo. Ogonowscy mieli kryjówkę: tunel, właściwie loch, nad którym stał kurnik. Żołnierze AK ją odkryli. Matkę uderzyli kolbą. Jeden krzyczał: „Dawaj snopka, podpalamy, to nie są dobre Polaki!”.
Młodszy brat Mariana, Ryszard, miał wtedy 9 lat. Gdy odwiedziłam ich dziś w Sahryniu, akurat siedział przy stole, jadł obiad. Powiedział, że do dziś nie wie, co znaczy być dobrym Polakiem. Na pewno dobrą Polką nie była dla akowców pani Mikulska i jej dwoje dzieci. Choć zaklinała, próbowała się po polsku modlić, zabili ją przy drodze. Czy nie miała dokumentów? – Miała i pokazała – mówi Ryszard Ogonowski. Ale tuż przed nią pewna Ukrainka powiedziała, że jest Polką i nazywa się Mikulska. Tamtą więc puścili, a tę prawdziwą zabili. Gdy jej mąż wrócił z Niemiec, gdzie był na robotach, nie zastał domu ani rodziny.
Marian Ogonowski mówi, że kenkarta (dowód osobisty wydawany przez Niemców) była „znakiem śmierci”: – Jak byłeś Polakiem i pokazałeś ją Ukraińcowi, zabijał na miejscu. Jak Ukrainiec pokazał swoją polskiemu żołnierzowi, też ginął.
Sahryń był wsią głównie ukraińską. Pewnego dnia przyjaciel Ogonowskich, Iwan Miciuk, powiedział przy stole: „Nie możemy razem chodzić, musimy się rozstać. Ja was nie obronię, jak przyjdą Ukraińcy, wy mnie nie obronicie, jak przyjdą Polacy”.
Ryszard Ogonowski twierdzi, że w Sahryniu ludzie żyli w zgodzie. Bawił się z dziećmi sąsiadów, a jak zamknęli polską szkołę, chodził do ukraińskiej. Na 325 numerów mieszkało może 10-15 rodzin polskich. Ojciec miał tłoczarnię oleju. Niemcy ją zamknęli, ale Ukraińcy odplombowali. Przynosili gorczycę, siemię, rzepak. Stryj mieszał, ojciec stał przy prasie. – Więcej było biedy niż bogactwa w Sahryniu – mówi Ryszard.
Nie wszyscy z rodziny Ogonowskich przeżyli atak na Sahryń 10 marca 1944 r. Stryjenka udusiła się w lochu dymem; ukryła się tam razem z ukraińską rodziną. A bratanek Józef Ogonowski przestraszył się i zaczął uciekać, więc go polski żołnierz zastrzelił.
Rudka: „dobry Ukrainiec”
Piwnice zajęte, las obstawiony. Piotr Błoniarz w popłochu szuka kryjówki. Zakopuje się w pryzmie gnoju na polu. Upowcy są tuż obok. Podpalili stodołę, idą na niego. A on nie zdążył zakryć dłoni. Już jeden ją zauważył, rozkopał gnój nogą, chwycił rękę. „Nie żyje” – rzucił do kolegów, choć puls Piotra walił nieprzytomnie. Piotr odczekał, odgarnął obornik z twarzy, spojrzał na odchodzącego. Nie znał go. Zobaczył tylko, że był młody. Uratował mu życie.
Historię wuja opowiada dziś Helena Bundyra. Choć ma żal do Ukraińców, że zniszczyli jej dzieciństwo, to chce, jak mówi, przekazać prawdę. – Nie wszyscy w bandach UPA byli mordercami – Helena do dziś używa słowa „bandy”, jak wielu w tych stronach. – Wielu zmuszano do wstąpienia do UPA, pod groźbą utraty życia.
Kilka lat temu Helena spotkała ukraińskiego muzyka z lwowskiej filharmonii. Jego rodzina pochodziła z Lublińca, pobliskiej ukraińskiej wsi. On też nie miał łatwego dzieciństwa: żołnierze UPA powiesili jego ojca, bo nie chciał z nimi zabijać. A wiosną 1945 r. Lubliniec spacyfikowało komunistyczne wojsko polskie; zginęło kilkudziesięciu Ukraińców.
Ukraińscy historycy twierdzą dziś, że pacyfikacja Rudki była akcją odwetową UPA. Piszą o broni, którą trzymano w wiosce. Śmierć cywilów zrzucają na „nieprzemyślane działania polskich przywódców”. Członek oddziału „Zalizniaka”, Andrij Kordan, pisał potem: „Rozkaz został wykonany – w ciągu jednej nocy wypędziliśmy ludność na polskie tereny, a wieś spaliliśmy, zdobywając dwa karabiny maszynowe, którymi Polacy stawiali opór z kościelnej wieży” (cytat za: Tomasz Róg „Rudka. Zarys dziejów wsi dziś nieistniejącej”, Cieszanów 2013). Ale to nieprawda: Polacy z Rudki nie stawili oporu, nie mieli kaemów.
19 kwietnia 1944 r. w Rudce zginęło 62 Polaków, w tym dziewięcioro dzieci i dziewięć kobiet. Wieś doszczętnie zniszczono. Dziś jest tu tylko jeden dom – i krzyż, upamiętniający ofiary. Ocaleni rozjechali się. Zamieszkali w Cieszanowie czy Lublińcu (w tej wsi – także w domach poukraińskich).
Kilka lat temu Tomasz Róg, historyk z Cieszanowa, dokonał rzeczy precedensowej: ustalił listę wszystkich ofiar konfliktu polsko-ukraińskiego w gminie Cieszanów; jego książkę „... i zostanie tylko pustynia...” wydał rzeszowski IPN. Z zestawienia wynika, że straty obu stron były podobne (przy czym większość ukraińskich cywilów zginęła tu z rąk żołnierzy komunistycznego wojska, którzy w 1945 r. spacyfikowali kilka wsi). Łącznie zginęło 530 Polaków i Ukraińców: co dwudziesty mieszkaniec gminy.
Sahryń: garstka przeżyła
Świtało. Sahryń płonął. Polacy pośpiesznie uwalniali zwierzęta z obór i ratowali dobytek. Sąsiadka zatrzymała akowca i pokazała schron, gdzie kryli się Ukraińcy. Był zamaskowany, siedział w nim m.in. Jan Palenga, który o ataku na Sahryń i swoim ocaleniu opowie przed śmiercią ekipie TV. – Ten akowiec nie poszedł do schronu, nie zabił tych ludzi – mówi dziś Marian Ogonowski. – Nie wiem, czy go zmęczyło zabijanie, czy chciał ich uratować.
– To aż dziwne było, bo jak partyzant szedł na akcję, to ani polski, ani ukraiński nie miał litości – dodaje jego żona Stanisława.
Marian Ogonowski wspomina kolegów, którzy przeżyli: Stanisław Lupa, część rodziny Tymoszczuków, Iwan Miciuk z żoną i córką. Opowiada, że pierścień AK i BCh nie był ścisły i niektórzy uciekli (potem ocalonych Ukraińców przesiedlono za Bug).
Dziś strona polska zwykle nazywa pacyfikację Sahrynia akcją odwetową. Twierdzi, że wieś była bazą UPA, że dowódcy AK kazali oszczędzać cywilów. Eugeniusz Wiśniewski „Burza” tak pisał w swym „Dzienniku” pod datą 8 marca 1944 r.: „Przed Mirczem skręcamy w lewo. (...) Dowiadujemy się, że jesteśmy w kolonii Miękkie, gospodarstwo Rejmaka. Wchodzimy do mieszkania. Naszym oczom ukazuje się przeraźliwy widok: w dużym pokoju na podłodze leżą jeden obok drugiego ciała pomordowanych, jest ich siedem, kobiety, starcy, dzieci, głowy porąbane siekierami, ciała pokute bagnetami. Pierwszy raz spotykamy się z bestialstwem ukraińskich nacjonalistów. Mordu dokonali ubiegłej nocy. Nie wiem, czy to był przypadek czy też komendant »Wiktor« celowo nam pokazał pomordowanych” (cytat za: Ireneusz Caban „Na dwa fronty”, Lublin 1999).
Ukraińskie źródła podają, że zginęło wtedy 700 cywilów z Sahrynia i okolicy. Po stronie polskiej trwa spór, czy była to polska zbrodnia wojenna. Także ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski, nieformalny kapelan środowisk kresowych, twierdzi, że nie była to zbrodnia, że cywile padli ofiarą walk między AK i UPA; miałyby to być straty przypadkowe. Pytanie jednak, czy kilkuset cywilów mogło zginąć „przy okazji” walk AK z UPA? To byłoby możliwe, gdyby AK miała lotnictwo lub artylerię... Trudno sobie wyobrazić, że setki kobiet i dzieci giną „niechcący” podczas starć między partyzantami.
Wątpliwości ma też IPN: w 2013 r. Instytut wznowił śledztwo w sprawie Sahrynia, zamknięte trzy lata wcześniej (wtedy IPN uznał, że nie była to zbrodnia). Teraz Dorota Godziszewska, prokurator IPN z Lublina, na moje pytanie odpisała tylko, że „podjęto czynności, polegające na dokładnym wyjaśnieniu tych okoliczności, przez dodatkowe przesłuchanie świadków omawianych wydarzeń oraz ustalenie kolejnych osób posiadających wiadomości w niniejszej sprawie, od których odebrano procesowe relacje”. IPN szuka też dokumentów, które „mogłyby być pomocne przy ocenie zgromadzonego dotychczas materiału dowodowego”.
Na zbiorowej mogile ofiar, pochowanych na cmentarzu parafialnym w Sahryniu, stoi dziś pomnik, zbudowany przez społeczność ukraińską (za zgodą polskich władz). Na nim: kilkaset nazwisk, zwykle z podaniem wieku. Mnóstwo dzieci i nastolatków.
Łuny nad Huczwą
Podczas ofensywy w marcu 1944 r. oddziały obwodu tomaszowskiego i hrubieszowskiego AK i BCh zaatakowały ponad 20 ukraińskich wsi. Rozbijając placówki UPA, zniszczyły całkiem lub częściowo m.in. Kolonię Alojzów, Bereźnię, Łasków, Malice, Metelin, Sahryń, Sahryń Kolonię, Terebin, Terebiniec, Turkowice. Ich mieszkańcy – polscy i ukraińscy – zostali bez dachu nad głową.
Opowieść o egzystencji na tych terenach znalazłam we wspomnieniach Heleny Prus. Jej rodzina mieszkała w Sahryniu Kolonii do 1943 r.
W 1944 r. 18-letnia Helena wstąpiła do kompanii „Tyszowce”: jednego z lepiej zorganizowanych oddziałów tomaszowskiego obwodu AK. „Nieszczęsne życie” napisała w latach 80.; rękopis przyniosła do „Tygodnika Zamojskiego” córka autorki. Dotąd nie został opublikowany.
Tamtego dnia Helena kopała z mamą ziemniaki. W domu, zmęczona, zasnęła mocnym snem. Obudziło ją walenie do drzwi. Gdy nikt nie otworzył, drzwi wyleciały z zawiasów. „W progu stali polscy partyzanci. »Kto tu mieszka?« – spytali. Mama powiedziała, że rodzina Prusów. A on na to: »Zły przewodnik, nie trafiliśmy. Nie bójcie się«. Wyszli i zaczęli krzyczeć: »Tu nie palić! «” (cytat z fragmentu wspomnień, opublikowanego w „Tygodniku Zamojskim” w 2003 r.).. Ale było za późno: w płomieniach stały stodoła, obora i szopa, ogień przeniósł się na dom. Helena wybiegła na podwórze. Paliły się chałupy sąsiadów. Z jednej strony strzelali polscy partyzanci, z drugiej Ukraińcy. Kula zraniła ją w twarz, druga w rękę. Ale ocalała.
Z ich zagrody zostało pogorzelisko. Nadciągała zima, a z nią głód. „Granica” między AK i UPA utrzymywała się na rzeczce Huczwa. Rodzina Prusów przeniosła się do Czermna, na „polskim” brzegu. Za rzekę lepiej się nie wyprawiać – radzili akowcy z kompanii „Tyszowce”. Kompania liczyła 240 żołnierzy, dowodził chorąży Marcin Pilarski „Grom”. Na nich spoczywał ciężar walk z UPA i obrony wschodniej części powiatu Tomaszów. Walki radykalizowały nastroje, rosła wrogość. Młodzi, którzy stracili bliskich, zasilali oddziały polskie i ukraińskie.
Mimo przestróg ojciec Heleny wybrał się do spalonego gospodarstwa, by obsiać pole. Poszedł rankiem 4 maja 1944 r. Gdy nie wrócił, Helena z matką poszły go szukać. Za Huczwą ciągnęły się pogorzeliska w miejscu wsi. Po latach notowała: „Jakoś doszłyśmy szczęśliwie do Sahrynia Kolonii, do domu kuma. Weszłam do pokoju przez kuchnię, a tam... siedział na stołku jeden z banderowców, nasz dawny sąsiad, i czyścił karabin. Władek, czy to prawda, że mój tato zabity? – zapytałam. A on na to: Jak chcesz, to i ciebie razem z twoim tatą zaraz położę! Złożył szybko karabin i kazał mi wychodzić. Jak zobaczył, że na podwórku czeka mama, to aż ręce zatarł z uciechy (...). Zaprowadził nas do ciała ojca, które leżało na podwórku przykryte kurtką. Jego głowa była roztrzaskana w kawałki. Zemdlałam. Kiedy się po chwili ocknęłam, zobaczyłam, jak mama zbiera szczątki tatowej głowy i składa do fartuszka”.
Polsko-ukraińskie walki i masakry trwały tu aż do wiosny 1945 r. Wygasły dopiero po tym, jak w maju 1945 r. podziemie poakowskie i UPA zawarły porozumienie pokojowe.
Powroty
– Ta tragedia została we mnie na całe życie – mówi Helena Bundyra, której dom spłonął w Rudce. Jako pięciolatka straciła swój świat i część rodziny, przez kilka lat tułała się. Pamięta noce na wiązce słomy w cudzym domu. Wszy i pluskwy z ubrania trzeba było wytrzepywać, bo wygryzały rany na ciele. Długo bała się ludzi. Gdy zamieszkała w Nowym Siole i przyszły dzieci sąsiadów, uciekła. Bała się, że znów przyjdą upowcy. Raz do roku, na odpust w Bruśnie (wsi koło Rudki), ojciec zaprzęgał i jechali na puste pola ich dawnej wsi. Wozy zjeżdżały ze wszystkich stron. Ludzie siadali pod drzewami, wyjmowali z kobiałek jedzenie, wspominali.
Rodzina Ogonowskich opuściła Sahryń, gdy dopalały się chałupy ukraińskich sąsiadów. Nie pierwszy raz tracili gospodarstwo. Kilka miesięcy wcześniej Ukraińcy wyrzucili ich z domu, bo był murowany i nadawał się na ich posterunek. Teraz Ogonowscy uciekli do rodziny pod Lublin. Po kilku latach wrócili. Od zera budowali swoją egzystencję.
Helena Prus jeszcze wiele lat po wojnie bała się wychodzić w pole. Próbowała stąd uciec, ułożyć sobie życie we Wrocławiu. Nie umiała. Wróciła do rodzinnej wsi. Wyszła za mąż, zamieszkała nieopodal, w Trzeszczanach. „Tu jest moje miejsce” – napisała.
W latach 60. (Ryszard Ogonowski nie pamięta, kiedy dokładnie) Sahryń odwiedził Iwan Miciuk, ich dawny ukraiński sąsiad. Odtąd przyjeżdżał raz do roku, na kolędę. Wdychał zapach pól, obchodził znajome kąty. „Tęskno” – mówił i wracał na Ukrainę, dokąd wysiedlili go komuniści. Dziś do Sahrynia czasem zaglądają z Ukrainy jego wnuki.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]