Cztery dni na Kos

Na greckie wyspy codziennie docierają tysiące imigrantów. W pobliskiej Turcji, skąd wyruszają w drogę do Europy, nikt im w tym nie przeszkadza.

01.11.2015

Czyta się kilka minut

Uchodźca myje naczynia na plaży w centrum miasta. / Fot. Łukasz Zakrzewski
Uchodźca myje naczynia na plaży w centrum miasta. / Fot. Łukasz Zakrzewski

Trudno znaleźć przemytnika w tureckim Bodrum? – pytam młodego Irańczyka.

– Sami cię znajdą. Na ulicy co chwilę ktoś mnie zaczepiał i pytał, czy nie chcę płynąć na Kos. Płacisz 500 dolarów i jesteś w Europie.

Plaża

Szósta rano. Stoję z grupą wolontariuszy na plaży Lambi, w północnej części miasta Kos. Miasto nosi taką samą nazwę jak wyspa – jedna z wielu na Morzu Egejskim, w pobliżu tureckiego wybrzeża. Za nami hotele, sklepy z pamiątkami, wypożyczalnie rowerów. Na plaży leżaki z parasolkami za 2 euro. Każdej nocy wolontariusze z Europy Zachodniej patrolują plaże w poszukiwaniu nowo przybyłych imigrantów. Obecnie to ok. 200 osób. Jeszcze niedawno było ich dużo więcej, nawet tysiąc osób dziennie.

Na horyzoncie ledwo widać światła tureckiej miejscowości Akyalar. W tym miejscu Kos oddziela od Turcji zaledwie pięć kilometrów Morza Egejskiego. Zwykle przepłynięcie tej odległości zajmuje 45 minut. Jeśli w łodzi zepsuje się silnik, trzeba wiosłować i wtedy może to trwać nawet kilka godzin. W tym czasie mijają ich statki greckiej straży przybrzeżnej i marynarki wojennej, prywatne jachty i kutry rybackie.

Uchodźcy i imigranci przypływają na pontonach i łódkach. Czasem na jednej jest ich kilku, niekiedy kilkudziesięciu. Zdesperowani, płacą za tych pięć kilometrów nawet 1500 dolarów. Dla przemytników to rzeka złota, z której biorą pełnymi garściami, póki się nie skończy.

Obserwujemy dwa czarne punkty, odcinające się w bladej szarości poranka. To pontony. Na każdym dziewięciu mężczyzn. Są mokrzy i wycieńczeni, ale z każdym ruchem wiosła ich twarze promienieją coraz bardziej. Niektórzy płaczą. Zanim wolontariusze pomogą im się wydostać na brzeg i rozdadzą suche ubrania i żywność, zdążą zniszczyć i wyrzucić do morza swoje dokumenty.

Szybko zjawiają się też inni. Kilku mężczyzn, wyglądających na miejscowych, bez słowa podchodzi do łodzi, zabiera silnik i akumulator. Inni oferują „zakwaterowanie w przystępnej cenie”.

Prawie wszyscy, którzy płyną, powtarzają, jak bardzo się bali. Łódki prawie zawsze są przepełnione, wyglądają inaczej, niż było umówione, a przemytnicy przeważnie mają broń. Wszystko dzieje się szybko, żeby policja się nie zorientowała. Zbyt szybko, żeby zostało miejsce na więcej niż strach.

Tranzyt

Czas pobytu uchodźców na wyspie to czas oczekiwania na dokumenty potrzebne do dalszej drogi, do Grecji kontynentalnej. Zwykle to cztery dni.

Zaraz po przybyciu na Kos są kierowani do czynnego przez całą noc biura Frontexu: europejskiej organizacji zajmującej się granicami Unii. Tam dostają numer, którego będą później szukać przed budynkiem policji na codziennie uaktualnianej liście. W momencie, gdy pojawia się na niej ich nazwisko, otrzymują na posterunku dokumenty tranzytowe. Odtąd imigrantom odlicza się czas, jaki mają na dotarcie do kraju, w którym chcą ubiegać się o azyl. Dla Syryjczyków jest to 6 miesięcy, dla pozostałych miesiąc. Wtedy już mogą kupić upragniony bilet na prom do Aten. I ruszyć stamtąd dalej. Zwykle do Europy Zachodniej. Gdy pytam o cel, prawie każdy odpowiada: – Inszallah, jak Bóg da, Alemania.

Pytają, co byśmy zrobili na ich miejscu. Którędy iść? Hungary OK czy nie OK? Macedonia? A co to? W Niemczech zimniej niż tu?

Inaczej niż Jalal Kabawi, dla przyjaciół z zagranicy Jack. On jedzie do Belgii, a może Danii. Mówi, że przed wojną prowadził restaurację w syryjskim Aleppo. Że podróżował po Europie, urlopowo; że mieszkał chwilę w Petersburgu; że handlował w kilku krajach, które teraz będzie przemierzał jako uchodźca. Pokazuje na smartfonie zdjęcia żony i czterech córek. Studiowały angielski w Aleppo, chciały być nauczycielkami. Teraz Jalal nie ma nic, wszystko zniszczone. Przyjechał sam, bo nie stać go było na wzięcie całej rodziny. Strasznie trudno było zostawić wszystko, co kochasz najbardziej w życiu. Teraz cały czas są w kontakcie na Facebooku i aplikacji WhatsApp. Jalal wysyła im zdjęcia. Z plaży, z nowymi znajomymi. Jak uda mu się znaleźć pracę, sprowadzi do Europy rodzinę. Jak nie, to wróci do Syrii. Tak mówi.

– Najwyżej zginę. I tak mi już wszystko jedno.

Miasto

Jalal zaczął u lokalnej wdowy, która wynajmuje pokoje uchodźcom za 5 euro. Kilka osób w pokoju, ale tanio. Teraz przeprowadził się do nieco droższego hotelu Oskar’s. To jeden z kilku hoteli na wyspie, który przyjmuje uchodźców po niższych cenach. Mieszkają tu głównie rodziny. Ich pobyt często opłacają wolontariusze, organizacje, czasem nawet turyści. Niektórych uchodźców, zwykle Syryjczyków, stać na wynajęcie pokoju. Reszta nocuje w tymczasowych obozach w centrum miasta, przy wejściu do portu i w parku, tuż przy posterunku policji. Wolontariusze mówią na to miejsce: „dżungla”. Wcześniej, gdy liczba osób docierających na wyspę była większa, lokalne władze zgodziły się, by mieszkali również w opuszczonym hotelu Captain Elias, jednak w połowie września został on zamknięty.

– Zobacz, nikogo nie ma, jest początek października, a turystów jak na lekarstwo – żali się właściciel restauracji w centrum miasta. – Sezon zwykle trwa tu do końca października, dopiero później robi się spokojnie. Teraz turyści nie chcą przyjeżdżać na Kos. Zobaczyli w telewizji tych wszystkich imigrantów, kamizelki ratunkowe na plaży, zamieszki i bójki z policją, które wcześniej tu były. Nie chcą zepsutego urlopu. Boją się.

Namioty stoją przy jednej z głównych ulic miasta Kos, zaraz przy plaży i blisko turystycznych atrakcji. Codziennie przechodzą obok nich nieliczni turyści. Niektórzy robią zdjęcia. Część rozmawia z uchodźcami, próbuje pomóc. Większość przechodzi obojętnie. Gdy pytam uchodźców, co myślą o tutejszych ludziach, prawie zawsze uśmiechają się i mówią: „very good”.

Czekanie

Czekają. Na dokumenty. Na prom. Na nowe życie. Cztery długie dni. Snują się po mieście. Wtapiają się między turystów. Siedzą na ławkach pod hotelem, przesiadują w obozach, patrzą w morze, grają w karty, rozmawiają, dzwonią do bliskich, kąpią się w morzu, robią sobie zdjęcia, golą się rozdawanymi przez wolontariuszy maszynkami. Ktoś pływa w kole ratunkowym na falach, ktoś nad ogniskiem piecze złapaną rybę. Dzieci robią zamki z piasku.

Obozy ożywają o 17.30 – wtedy przyjeżdżają Holendrzy. Dają banana i półlitrową butelkę wody na osobę. Później pojawia się Kos Solidarity, z kanapkami i ryżem z warzywami. Z obozu jadą do portu i tam rozdają ubrania. Kto ma bilet na prom – dostaje buty.

Wolontariusze to najczęściej młodzi ludzie z Europy Zachodniej: Szwedzi, Holendrzy, Niemcy. Wielu zbiera pieniądze wśród znajomych i jedzie pomagać, choćby na tydzień. Niektórzy z nich też są imigrantami. Np. młody Syryjczyk, lekarz, który, jak mówi, zaczyna praktykę w Szwecji. Jedną z fundacji założyła dwójka Holendrów, którzy przyjechali tu na wakacje i zobaczyli, co się dzieje.

Zaczynają pracę zwykle nad ranem, patrolując plażę. W ciągu dnia rozdają dary. Udzielają informacji, organizują, załatwiają dokumenty, ubrania, jedzenie, środki czystości.

W pomoc angażują się też turyści i mieszkańcy wyspy. Płacą za bilet czy zakwaterowanie, rozdają żywność. Niedawno właściciel piekarni z Kos przyniósł do obozu blachę ciasta; pokroił je i rozdzielił między uchodźców.

Prom

Promy do Aten odpływają każdego wieczoru po 19.00. Wtedy ulicami miasta do portu podąża rzeka ludzi. Całe życie zapakowane mają w jednej walizce albo plecaku. Na miejscu zakładają ciepłe buty, długie spodnie i bluzy, które otrzymują od wolontariuszy za okazaniem biletu na prom. Przechodzą do wyznaczonej dla nich kolejki, gdzie greccy żołnierze sprawdzają ich bilety i nowe dokumenty. Od pozostałych czekających na prom, siedzących na ławkach pod wiatą, oddziela ich druciana siatka.

Jeden z Syryjczyków pokazuje mi bilet i ludzi za siatką. Pyta: – Zobacz, kupiłem taki sam bilet jak oni. Jak to jest?
Prom cumuje, otwierają się furty. Auta wyjeżdżają, inne wjeżdżają na pokład. „Normalni” pasażerowie wchodzą na prom. Dopiero wtedy żołnierz otwiera bramę i tłoczący się w kolejce uchodźcy mogą wejść na statek. Machają do wolontariuszy, dziękują za pomoc. Uśmiechają się. ©


Więcej o uchodźcach i migrantach w specjalnym serwisie internetowym „Tygodnika”.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 45/2015