Zostałem poproszony o portret ks. prof. Andrzeja Szostka. O pośmiertne wspomnienie. Nie stać mnie jeszcze na taką próbę. Nawet po wyciszeniu emocji, jakie przynosi czas, jest to niemożliwe wobec osób bliskich. Wiedziała o tym Julia Hartwig, pozostawiając niedokończonym wiersz poświęcony swym braciom.
Spróbuję wydobyć kilka impresji, tkwiących w moim wewnętrznym zapisie ponad czterdziestu lat znajomości, współpracy, przyjaźni.
Legenda KUL-u i lubelska szkoła etyki
Formalnie zaczęliśmy współpracę, gdy po doktoracie zostałem pracownikiem Katedry Etyki, której kierownikiem był ks. Tadeusz Styczeń, a Szostek – świeżo upieczonym docentem. Otrzymałem od niego jego pracę habilitacyjną „Natura, rozum, wolność” z dedykacją nawiązującą do tytułu: „Alfredowi z nadzieją na owocną – bo naturalną, rozumną i wolną – współpracę”. I taką była przez kilka dekad.
Ale znaliśmy się już wcześniej. Gdy w 1983 r. podjąłem studia z filozofii z zamiarem przygotowania doktoratu, Szostek był już legendą na KUL-u. Należał do tej grupy uczniów, do których ich mistrz, będąc już papieżem, w osobistych listach podpisywał się „Wuj”. Jeden z takich listów, napisany w drodze na konklawe w październiku 1978 r. z uwagami o rozprawie doktorskiej Andrzeja, został później uznany przez Radę Wydziału Filozofii jako jej recenzja. Powołano jeszcze dwóch recenzentów, zgodnie z przepisami, ale udział aż trzech był osobliwością. Zwłaszcza że jednym z nich był papież.
Andrzej był zaskoczony, gdy już po moim doktoracie powiedziałem, że właściwie przez 8 lat byłem ciągle uczestnikiem jego proseminarium (wtedy jeszcze były obowiązkowe w dydaktyce filozoficznej) na temat walki bez przemocy. Zainspirowało mnie to do zajęcia się tą problematyką w pracy doktorskiej. Ks. Szostek, nie będąc jej promotorem, nie tylko interesował się rezultatami moich badań i przemyśleń, ale wiele wniósł w jej rozwój w trakcie konsultacji i dyskusji.
Seminarium jako serce uniwersytetu i poszukiwanie prawdy
Podobnie jak Wojtyła i Styczeń, uważał, że seminarium jest sercem uniwersytetu, dzięki któremu student dojrzewa poprzez dyskusję z mistrzem i koleżeństwem.
Na seminariach kierowanych przez ks. prof. Stycznia pierwsze skrzypce grał zawsze Andrzej, nazywany przez profesora Jędrusiem. Styczeń zwykł mawiać: „lubelska szkoła etyki to Wojtyła-Szostek, a ja – mostek”. Podczas gdy Styczeń był wizjonerem, skupiającym się najczęściej nad tym, co go porywało, Szostek miał talent do porządkowania myśli, dostrzegania różnych stron zagadnienia, możliwości różnych ujęć, ich zalet i jednocześnie słabości. Świetnie się dopełniali, a studenci doświadczali, że poszukiwanie prawdy nie jest łatwym zajęciem.
Wśród studentów KUL-u zawsze było sporo osób oczekujących prostych, jednoznacznych formuł, dających się zastosować w ideologicznych konfrontacjach. Obydwaj, Styczeń i Szostek, opowiadali się za realizmem i jednocześnie uważali, że używanie prawdy jako narzędzia przeciwko komukolwiek byłoby sprzeniewierzaniem się samej prawdzie.
Byli przekonani, że szacunek dla prawdy zawsze powinien wyrażać się w dialogu. Studenci nastawieni konfrontacyjnie – wcześniej do komunizmu, a później do liberalizmu – raczej nie zaglądali na seminaria Stycznia i Szostka.
Nieoficjalne spotkania i przyjaźnie środowiska akademickiego
W czasie seminarium dochodziło nieraz do rozgrzania umysłów, dlatego dla dobra dyskusji zdarzało się, że nie kończono ich w wyznaczonym czasie. Mimo że prowadzili je dwaj znakomici mistrzowie, żaden z nich nie przybierał pozy guru. Jeśli trzeba było, wysłuchiwano nawet najbardziej niezdarnych wypowiedzi.
Mistrzostwo dydaktyczne Szostka przejawiało się w zdolności wyłuskiwania okruchów prawdy, jądra problemu, a przede wszystkim niepokoju i bólu, z których wyrastały.
Umiłowanie prawdy kazało cenić doświadczenie i świadectwo. Pamiętam, że w moich studenckich latach co najmniej dwukrotnie seminaria nie odbyły się i prowadzący nie żądali ich „odrobienia”, ponieważ w uniwersytecie wydarzało się coś, co nie jest ważne „obok etyki”, lecz jest „lekcją etyki u źródeł”.
Te dwa razy, gdy seminarium etyki odbyło się „gdzie indziej”, to recital Joan Baez w 1984 r. i wykład Victora Frankla w 1985 r. Potem komentowaliśmy te spotkania. Szostek okazał się dobrym znawcą songów amerykańskiej pieśniarki, był na jej koncercie w USA.
Prywatne relacje i współpraca w kręgu przyjaciół
Wspominam lata studenckie, ale przecież głębsza współpraca z Szostkiem zaczęła się, gdy zostałem asystentem, a zaraz potem adiunktem w Katedrze Etyki i współpracownikiem Instytutu Jana Pawła II, w którym wydawano kwartalnik „Ethos”.
Od 1993 r. ks. prof. Szostek był prorektorem, a w latach 1998-2004 rektorem KUL. Było go już coraz mniej w pracach katedry i instytutu, pochłaniały go obowiązki rektorskie. Ale to w tych latach zbliżyliśmy się jeszcze bardziej, dzięki zaskakująco częstym spotkaniom prywatnym w wąskim kręgu.
Bywało, że spotykaliśmy się we trzech: Styczeń, Szostek i ja. Słuchaliśmy muzyki, dyskutowaliśmy i biesiadowaliśmy przy stole. Okazało się, że na kuchni najlepiej się znałem ja, więc chętnie przychodzili do mnie. W tym samym czasie zacząłem bywać u Elżbiety Wolickiej razem z Szostkiem i Marią Filipiak. Obydwaj z Szostkiem bywaliśmy także u Isi i Jurka Gałkowskich, a w późniejszych latach w gościnnych domach Andrzeja Budzisza, Mirki Hanusiewicz, Piotra Gutowskiego.
Te nieoficjalne spotkania odbywały się w atmosferze przyjaźni, rodziły zaufanie, budowały wspólnotę myślenia. Życie prawdą domaga się obiektywnej weryfikacji poglądów w krytycznej dyskusji, ale jeszcze bardziej potrzebne mu są ciepłe ludzkie relacje, towarzyszące dyskusjom.
Niezapomnianym miejscem spotkań z Andrzejem były wizyty u abp. Józefa Życińskiego. Każdy z nas bywał często zapraszany indywidualnie, aby omówić jakąś pilną sprawę, były też takie spotkania, na które arcybiskup zapraszał całą trójkę: Stycznia, Szostka i mnie. Gościł kilka innych podobnych grup. Był to jego styl, w jakiś sposób antycypujący Franciszkową wizję Kościoła synodalnego.
W takich rozmowach u arcybiskupa podziwiałem odwagę i rozwagę Andrzeja, ale przede wszystkim bliską abp. Józefowi wrażliwość na krzywdę i biedę ludzką.
Człowiek wielu pasji – od szachów po muzykę Chopina
Należałoby więcej napisać o osiągnięciach akademickich księdza profesora, jego publikacjach, respekcie, jakim się cieszył w środowisku naukowym polskich i zagranicznych uczelni. Doceniano jego kompetencję, skromność i osobisty urok. Wolę jednak ograniczyć się w tym szkicu do osobistych wspomnień ze świadomością, że dają one obraz cząstkowy, przesycony „logiką serca”.
Inni, którzy podobnie znali go z bliska, wiedzą, jak wielki miał dar mówienia z serca do serca, i to bez patosu, nie stroniąc od żartobliwości czy wręcz ironii.
Nie miał dobrego zdrowia, ale tylko jakoś między zdaniami mówił przyjaciołom o trapiących go dolegliwościach. Ze sportów z pasją grał w szachy i brydża, nie wiadomo, jak to możliwe, ale zawsze miał na nie czas. Gdy lekarz zalecił mu jazdę na rowerze, bardzo go to wciągnęło.
Nie przepuścił transmisji rozgrywek w tenisa i snookera. Ileż miał komentarzy po każdej rozgrywce! Ukończył średnią szkołę muzyczną, kochał fortepian, z równym zapałem jak ulubione sporty śledził przebieg Konkursu Chopinowskiego, pamiętając uczestników i laureatów z dawnych lat i całe frazy wykonywanych przez nich utworów.
Obrona wolności, duszpasterstwo i etos ks. Szostka
Ciągnęło go do duszpasterstwa. Błogosławił małżeństwa, chrzcił dzieci, prowadził pogrzeby. Z jasnością i prostotą mówił homilie, znajdował czas na przewodniczenie rekolekcjom. Był współzałożycielem Klubu „Tygodnika Powszechnego” w Lublinie i prawie zawsze był obecny na spotkaniach, niektóre z nich prowadził, a chyba zawsze zabierał głos w dyskusji. Sam miał potrzebę rozmowy, dlatego zdawał sobie sprawę, jak bardzo potrzebują jej ludzie zdezorientowani, wkurzeni skandalami w Kościele, łamaniem praworządności w państwie, rozpadem solidarności, pogardą dla obcych i innych.
Chyba na wielu dworcach da się odczuć jego brak, przemierzał Polskę zazwyczaj pociągiem. Do Krakowa jeździł na posiedzenia NCN i PAU. Do Łodzi na obrady Kapituły Nagrody Kotarbińskiego po przeczytaniu dziesiątek książek rocznie z humanistyki. Regularnie co tydzień wyjeżdżał na seminaria na Wydziale Artes Liberales UW. Wciągnął mnie w rozmowę o „Raju utraconym” Miltona, który tam omawiano, i zainspirował do przeczytania tego arcydzieła.
Ale to nie rozmach intelektualny i wielość miejsc „posługi myślenia” stanowi sekret jego pięknego życia. Umiał uczestniczyć w losach innych ludzi. Osobiście tego doświadczyłem, gdy ogłosił zerwanie współpracy z KUL-em w proteście przeciwko postępowaniu dyscyplinarnemu wobec mnie. Bezkompromisowo cenił prawdę i wolność jej głoszenia.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.









