Reklama

Był ogień, będzie głód

Był ogień, będzie głód

15.03.2018
Czyta się kilka minut
W Birmie wojsko już nie pali wiosek Rohingów. Konfiskuje im za to dobytek i czyha na rogatkach na każdego, kto złamie zakaz opuszczania miejscowości. Złapani nie wracają już do domów. A w domach kończą się resztki żywności. | KORESPONDENCJA Z BANGLADESZU
Muhammad Amin z rodziną w obozie przejściowym dla uchodźców z Birmy w Balukhali. Bangladesz, marzec 2018 r. / Fot. Marek Rabij dla „TP”
Muhammad Amin z rodziną w obozie przejściowym dla uchodźców z Birmy w Balukhali. Bangladesz, marzec 2018 r. / Fot. Marek Rabij dla „TP”
U

Ubłocona walizka leży ciśnięta w piach na poboczu. Obok niej trzy osoby: kobieta z małym dzieckiem i nastolatek. Dziecko zasnęło, matka też wygląda tak, jakby za chwilę miała odpłynąć ze zmęczenia. Chłopak obok nieobecnym wzrokiem błądzi gdzieś w koronach drzew. Do podobozu dla nowoprzybyłych uchodźców z Birmy w Balukhali dotarła właśnie kolejna rodzina Rohingów. Siódma od rana.

Strażnik z namaszczeniem wpisuje moje nazwisko w zeszycie, a potem długo rozmawia przez telefon, próbując kilka razy wymówić moje nazwisko. W końcu odkłada słuchawkę.

– Możemy wejść – wyjaśnia mi tłumacz. – Pod jednym warunkiem. Żadnych zdjęć. Nie wiem dlaczego. Wartownik też nie wie.

Drogi obsiane posterunkami

Pomiędzy drzewkami stoją duże namioty oznakowane logotypem UNHCR, agencji ONZ do spraw uchodźców. Kilkanaście stoi pustych, reszta – ponad dwieście – rozbrzmiewa głosami głównie kobiet i dzieci. Właśnie tutaj – i do kilku podobnych obozów przejściowych przy granicy – trafiają ci, którym udało się wydostać z Birmy, ominąwszy po drodze patrole wojskowe i bandy uzbrojonych cywilów, polujące na uciekinierów. Jeśli wierzyć spójnym relacjom Rohingów, którzy już nie tysiącami, ale wciąż setkami przekraczają granicę Bangladeszu, represje przeciwko nim nie ustały. Zmieniły się jedynie metody.

– Musiałam uciec z Mognar Para, bo nie mieliśmy nic do jedzenia. Wyczyściłam spiżarnię do ostatniego ziarnka ryżu – relacjonuje Nosima Khatum, która dziewięć dni temu dotarła do Balukhali z dwójką dzieci. – Męża wojsko zabrało dokądś jeszcze w maju. Ponoć znieważył oficera za to, że ten oficer przyszedł nas okraść. Nie wiem, co się dzieje z mężem, ale zakładam, że nie żyje. Ci, których wojskowi zabierają, odnajdują się potem w lesie w masowych grobach.

Wrześniowa pacyfikacja, podczas której – jak szacują sami Rohingowie – armia birmańska spaliła blisko 80 tys. domów i zabiła co najmniej 11 tys. osób, cudem ominęła Mognar Para. Wioska zamieszkiwana przez 130 rodzin była widocznie zbyt małym celem, by zawracać nim sobie głowę. Do czasu, jak mówi Nosima, aż przypomnieli sobie o niej buddyjscy sąsiedzi. – W październiku przyjechali żołnierze i ogłosili, że nasze pola są od tej pory własnością ludzi z sąsiedniej miejscowości, gdzie mieszkają buddyści. Potem zapakowali zwierzęta domowe na ciężarówki i tradycyjnie przeszukali nam chaty. Mnie zabrali koce.

Drogi pomiędzy miejscowościami Rohingów obsiano gęsto posterunkami. Do wydanego wcześniej zakazu opuszczania wsi dorzucono zakaz wychodzenia z domów po zmroku oraz używania światła wewnątrz od 18 do 6 rano. Mieszkańcy wolą nie ryzykować, bo niesubordynacja grozi spotkaniem z armią, która tylko czeka na pretekst do interwencji. Najbardziej boją się młodzi. Młodym mężczyznom żołnierze wciskają w ręce broń, robią zdjęcia, a potem wywożą ich do miejsc, skąd nie wracają. Młode dziewczyny po „przesłuchaniu” nie są już sobą.

Nosima: – Jakoś w połowie stycznia wkroczyli pod wieczór. Wybrali trzy dziewczyny, ładne, niezamężne i zabrali dokądś. Wróciły dwie, obie zgwałcone. Jedna się broniła, więc poderżnęli jej gardło.

Ostatnia szansa na przemoc

Porządek zaprowadzony w północnym Arakanie, z zakazem poruszania się i godziną policyjną, ma nie tylko sparaliżować życie rohińskiej społeczności, zastraszyć i uniemożliwić jej poszukiwanie żywności. Wojsko – jak mówią świadkowie – systematycznie usuwa ślady jesiennych czystek, równa z ziemią zgliszcza domów, a ciała z masowych grobów topi w morzu. Szkopuł w tym, że świadkowie nie są naoczni. Ktoś podsłuchał rozmowę wojskowych. Ktoś inny spotkał kogoś, kto podpatrzył żołnierzy w lesie. Ktoś przesłał komuś na komórkę film, na którym widać ciała wyrzucane z ciężarówki do morza. Jeden z nowoprzybyłych ma go nawet w telefonie, chętnie pokaże. Film jest jednak podłej jakości, do tego zmontowany i nie wiadomo, skąd pochodzi. Dowód wątpliwej jakości.

Co innego relacje z pierwszej ręki, które układają się w spójny obraz. Strategię spalonej ziemi, po którą armia sięgnęła jesienią ubiegłego roku, zastąpiła strategia głodu. Rohingowie to społeczność rolników. W tej chwili nie mają pól i trzód. Nie wolno im opuszczać wsi, nawet po drewno do lasu. Zakupy? Nawet jeśli ktoś ma jeszcze pieniądze, nie może dojechać na targ poza wsią. Dlatego wojsko spokojnie czeka, aż zdesperowani, głodni ludzie złamią zakazy i ruszą w stronę granicy. Pojedyncze osoby, rodziny, zabijane są na miejscu tuż po zatrzymaniu. Szanse na ucieczkę daje tylko dołączenie do większej grupy.


Wszystkie relacje wideo i teksty Marka Rabija znajdą Państwo w naszym serwisie specjalnym >>>


– Trzy osoby zastrzelą i wrzucą w krzaki, gdzie zwierzęta i robaki poradzą sobie ze zwłokami w tydzień – mówi 31-letni Muhammad Amin z miejscowości Hormora Para, którą opuścił przed tygodniem. – Przy 50 osobach trzeba by już kopać dół, dlatego pewnie wolą obrabować ludzi i puścić w stronę granicy. Naszą grupę, szło nas jakieś dwieście osób, trzy razy zatrzymali. Przeszukali rzeczy, kobietom kazali się rozbierać do naga i zaglądali wszędzie… 

Młodym, urodziwym Rohinkom, nawet liczne towarzystwo nie gwarantuje na tym etapie bezpieczeństwa. Zyabul Hogue z miejscowości Taymangmong widział, jak pięć dziewcząt, z którymi zdążył się lepiej poznać w drodze, żołnierze zabrali w pobliskie krzaki. Z trudem mu się o tym opowiada, minęły od tamtej pory dopiero cztery dni. – Wygląda na to, że armia zakazała zabijania dużych grup, ale nie zabroniła gwałcić i kraść, z czego żołnierze korzystają chętnie, jak z ostatniej szansy na przemoc.

Bo przy samej granicy, wciąż po birmańskiej stronie, UNHCR zdołał niedawno utworzyć punkt, w którym wygłodniali i wymęczeni uciekinierzy mogą liczyć na odrobinę jedzenia i wody przed przeprawą do Bangladeszu. Pracują w nim miejscowi, ale pod nadzorem jednego pracownika z Bangladeszu, który z pewnością informuje na bieżąco swoje władze o sytuacji po drugiej stronie.

– Ale wojskowi nawet tam pilnują, żebyśmy choćby słowem nie wspomnieli o tym, co się działo wcześniej, choć muszą wiedzieć, że zrobimy to zaraz po przekroczeniu granicy – zastanawia się przybyła wczoraj do obozu Khamida z miejscowości Seingodan. – Nie wiem, po co im to. Chyba do końca chcą mieć nad nami kontrolę.

W ostatnich minutach w ojczyźnie ośmielona Khamida próbowała jeszcze staranniej przyjrzeć się twarzom oprawców. Miała nadzieję, że ujrzy w nich zalążki strachu przed odpowiedzialnością za to, co zrobili.

Niestety, z twarzy ludzi, którzy od miesięcy mordują i gwałcą, niczego nie da się już odczytać.


Wyjazd naszego reportera był możliwy dzięki wsparciu finansowemu Czytelniczek i Czytelników pismaPełną listę darczyńców publikujemy TUTAJ >>>

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Historyk starożytności, który od badań nad dziejami społeczno–gospodarczymi miast południa Italii przeszedł do studiów nad mechanizmami globalizacji. Interesuje się zwłaszcza relacjami...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]