Bloomsday, czyli Joyce upupiony

Sto lat temu rozegrała się akcja Ulissesa, najsłynniejszej powieści minionego wieku. Przy okazji tego nietypowego jubileuszu powrócą zapewne pytania: czy rzeczywiście Joyce jest Największym, Najbardziej Oryginalnym i Najtrudniejszym Pisarzem XX wieku?

20.06.2004

Czyta się kilka minut

Pomnik Jamesa Joyce'a w Dublinie /
Pomnik Jamesa Joyce'a w Dublinie /

10 czerwca 1904 r. dwudziestodwuletni absolwent University College w Dublinie, James Joyce, znany szerszej publiczności jako bezkompromisowy krytyk i polemista nie oszczędzający irlandzkich świętości, poznał Norę Barnacle, córkę piekarza i zarazem pokojówkę w jednym z dublińskich hotelików. Kilka dni później, 16 czerwca, umówił się z nią na randkę. W tym roku mija sto lat od tego dość prozaicznego wydarzenia.

Rocznicę będzie obchodził cały świat, z Polską włącznie. Obchody nie służą jednak uczczeniu wydarzenia z życia Joyce’a, ale upamiętniają bohatera jego najsłynniejszej książki, “Ulissesa", akwizytora ogłoszeniowego Leopolda Blooma, który właśnie 16 czerwca 1904 spędził w Dublinie swój dzień-jak-co-dzień wypełniony zwyczajną krzątaniną. Od momentu, gdy w 1954 r. kilku irlandzkich literatów obchodziło Bloomsday po raz pierwszy, zresztą w sposób całkowicie nieformalny, bo dzieło Joyce’a było w Irlandii wciąż objęte zakazem druku, wiele się zmieniło. Od początku lat 90. obchody nabrały komercyjnego rozmachu, a w 1996 r. przekształciły się w wielodniowy Bloomsday Festival.

"Przywrócić Joyce'a Dublinowi"

Tegoroczny festiwal przybrał monstrualne rozmiary - trwa od początku kwietnia, zakończy się 31 sierpnia i obejmuje oprócz serii wykładów i sympozjów naukowych koncerty, wystawy, projekcje związanych z Joyce’em filmów. 16 czerwca odbędzie się też tradycyjne już śniadanie Blooma (na 10 tys. osób), sponsorowane przez browar Guinnessa, w trakcie którego będzie się można się napić piwa i, być może, spróbować przysmażanej nerki baraniej, od spożycia której Bloom zwykł był zaczynać dzień. Przyjeżdżający z całego świata fanatycy wezmą pewnie udział w jednej z niezliczonych przechadzek z przewodnikiem, który pokaże miejsca związane z Bloomem (to przykre, ale w miejscu domu Blooma przy ulicy Eccles nr 7 stoi dziś nowoczesny szpital, śladu nie ma również po dzielnicy burdeli opisanej w obrazoburczym epizodzie piętnastym). Ci zaś, którzy na przyjazd do Dublina nie mają pieniędzy lub czasu, mogą obchodzić Bloomsday we własnych krajach.

W Krakowie już po raz piąty odbędzie się poświęcona Joyce’owi konferencja naukowa, przygotowana przez Katarzynę Bazarnik z uniwersyteckiej anglistyki. Planowane jest również kolektywne czytanie “Ulissesa" - na tę okazję obok Wieży Ratuszowej na Rynku zostanie ustawiona ambona, na którą zapraszani będą także zwykli przechodnie. Wydawnictwo Znak przygotowało jubileuszowe wydanie irlandzkiego opus magnum, a warszawska “Literatura na Świecie" - drugi w swej historii numer joyce’owski (poprzedni ukazał się w 1973 roku i stanowi dziś przedmiot pożądania polskich wielbicieli pisarza) z najobszerniejszym jak dotąd (ponad 100 stron!) fragmentem tłumaczenia ostatniego dzieła Joyce’a, “Finnegans Wake", autorstwa Krzysztofa Bartnickiego.

Hucznie obchodząc dzień Blooma, Irlandia spłaca dług wobec autora “Ulissesa". Obchodom towarzyszy hasło “Re-Joyce Dublin", co można przetłumaczyć jako “przywrócić Joyce’a Dublinowi"; nie należy bowiem zapominać, że na rok 2004 przypada też inna, o wiele mniej wesoła rocznica - sto lat temu Joyce definitywnie opuścił Irlandię i rozpoczął emigracyjną tułaczkę (mieszkał m.in. w Rzymie, Trieście, Zurychu i Paryżu). Choć z ojczyzny wyjechał dobrowolnie, przez całe życie czuł się wygnańcem (swój jedyny dramat zatytułował “Tułacze"). Bez wielkiej przesady można powiedzieć, że długo był w Irlandii wyklęty, jeszcze w latach 60. właściciele dublińskich księgarń zagadnięci o “Ulissesa" chełpliwie odpowiadali, że nie mają tej “ohydnej książki".

Irlandczycy mogli Joyce’a nie lubić. Od lat szkolnych prowadził wojnę z przejawami narodowej megalomanii, z ciasnym nacjonalizmem i katolickim obskurantyzmem. O swej ojczyźnie pisał jako o “kraju przeznaczonym przez Boga na to, by być karykaturą poważnego świata", najlepszym zaś dowodem na to, że Irlandia jest “starą maciorą pożerającą własny pomiot" były dla niego zarówno losy wybitnego działacza na rzecz autonomii Irlandii, Charlesa Stewarta Parnella (od którego rodacy odwrócili się, gdy wyszedł na jaw jego związek z zamężną Mrs O’Shea), jak i własne perypetie życiowe.

Bard narodowy?

Jeśli pamiętać o tym, co Joyce myślał i mówił o swej ojczyźnie i rodakach, organizowanie Bloomsday może być postrzegane jako sprytny wybieg: w końcu jest to święto poświęcone nie pisarzowi, ale fikcyjnej postaci Leopolda Blooma, poczciwca i przeciętniaka, do którego trudno się przyczepić (chyba że ktoś zechce mu wytknąć żydowskie pochodzenie...). W jeszcze większym stopniu jest to też święto samego Dublina, o którym Joyce mawiał, że jeśli zmiótłby go z ziemi dziejowy kataklizm, mógłby zostać odbudowany na podstawie opisów z “Ulissesa". Szkopuł w tym, że wizja Dublina zawarta w powieści daleka jest od pocztówkowego uroku: Joyce uwiecznił stolicę Irlandii jako miasto infernalne. Egon Naganowski dostrzegał w obrazie Dublina symbol “wyprzedaży człowieczeństwa w kiełkującym społeczeństwie masowym" i “zunifikowanego życia dzisiejszego człowieka", do którego piękne, skąpo ubrane modelki uśmiechają się z plakatów reklamowych, a “brzegiem jezdni maszerują gęsiego jednakowo ubrani mężczyźni-automaty z wielkimi literami na kapeluszach, reklamujący dom towarowy". Sam zaś Joyce pisał o rodzinnym mieście: “niewolnicy, chiński mur. Babilon. Przetrwały wielkie kamienie. Okrągłe wieże. Pozostaje rumowisko, rozrzucone przedmieścia tandetnie zbudowane, domy jednakowe jak grzyby". Takie słowa trudno raczej umieścić na folderze reklamowym.

Z drugiej jednak strony dla żadnego innego pisarza irlandzkiego XX wieku, nie wyłączając Yeatsa, ojczyzna nie była w równym stopniu niezmiennym punktem odniesienia. Dla Joyce’a, patrzącego na nią z emigracyjnego dystansu, coraz bardziej stawała się “Itaką tęsknoty", nie przestając przy tym drażnić i pobudzać do krytyki. Miłosno-nienawistny stosunek Joyce’a do Irlandii (i katolicyzmu) był przede wszystkim stosunkiem artysty, przesiąkniętego tym, co kochał i czego nienawidził, a bez czego w ogóle trudno sobie wyobrazić jego książki.

Jeśli Joyce nadaje się na narodowego barda, to mniej więcej w tym samym stopniu, co Gombrowicz. Ich intelektualny projekt jest w zasadzie podobny - to propozycja budowania tożsamości skierowana do narodów bezdomnych, duchowo zwichniętych czy po prostu niedojrzałych, która zakłada odrzucenie martyrologicznych mitów na rzecz pełnego ciętej ironii spojrzenia na własne wady. Naród, który udźwignąłby “Ulissesa" - tę rozdrapującą rany opowieść o wygnaniu, samotności i klęsce - jako narodowy mit, musiałby charakteryzować się zaiste wielką siłą. Co ciekawe, Gombrowicz (również obchodzący w tym roku swój jubileusz) już przed wojną zachwycał się “Ulissesem". W 1937 roku w odpowiedzi na ankietę jednego z pism literackich postulował polskie tłumaczenie dzieła Joyce’a, bo Polakom bardzo przydałby się taki “masażysta", który solidnie “wymiętosiłby" ich myślowe nawyki.

Joyce bez gęby

Choć i w tym roku powrócą pewnie poważne kwestie typu “Joyce a sprawa irlandzka", nie zmienia to faktu, że sam festiwal stał się w dużej mierze imprezą komercyjną zorganizowaną ku uciesze turystów, którzy zamiast przeczytać “Ulissesa" wolą sięgnąć po przewodnik po Dublinie Leopolda Blooma zaopatrzony w stosowne cytaty i kupić pamiątkowe gadżety - kubeczki, długopisy czy T-shirty z podobizną autora najsłynniejszej dwudziestowiecznej odysei. Dublin Joyce’a jest dziś bowiem mniej więcej tym samym, co Praga Kafki.

To wielki paradoks, że właśnie tych dwu pisarzy tak upupiono. Kafka uległ (nomen omen) przemianie z zaglądającego w otchłań tragicznego żydowskiego somnambulika w niegroźnego dziwaka-impotenta. Joyce - najbardziej egocentryczny i złośliwy pisarz, jakiego znał świat - jest teraz sympatycznym starszym panem z nieodłączną laseczką. Może więc dobrze się stało, że atmosferę narodowego świętowania popsuł niedawno znany (i tłumaczony na polski) powieściopisarz irlandzki Roddy Doyle. Ten związany z Dublinem zdobywca nagrody Bookera, przemawiając na zorganizowanym kilka miesięcy temu w Nowym Jorku bankiecie z okazji urodzin Joyce’a, skrytykował “przemysł" joyce’owski, oskarżył rząd o trwonienie publicznych pieniędzy na festiwal, a przede wszystkim zaatakował samego “Ulissesa", nazywając go “nudną książką, której dobrze zrobiłyby skróty".

Doyle, być może niezamierzenie, przysłużył się pisarzowi, pozbawiając go gęby. Bo czy rzeczywiście Joyce jest Największym, Najbardziej Oryginalnym i Najtrudniejszym Pisarzem XX wieku? Orzekanie o wielkości niech pozostanie domeną rankingów. Co do oryginalności - metoda twórcza pisarza, który opierał się na pedantycznie gromadzonych źródłach i wykorzystywał techniki pisarskie przez innych wynalezione (z monologiem wewnętrznym w postaci tzw. strumienia świadomości na czele), do czego się zresztą otwarcie przyznawał, nakazywałyby nazwać go raczej genialnym kompilatorem, co dziś brzmi jak nie lada komplement. I wreszcie - czy aby na pewno Joyce jest pisarzem arcytrudnym? Być może dla zwolenników tradycyjnej narracji, dla których przetłumaczony z kilkudziesięcioletnim poślizgiem “Ulisses" był sporym wyzwaniem, ale już nie dla najmłodszych czytelników otrzaskanych z dziełami postmodernistów.

***

“Ulisses" nie jest być może książką największą ani nawet najtrudniejszą. Z całą pewnością może się jednak okazać książką bardzo... współczesną. Bo czy nie przypomina nam czegoś obsesja na punkcie pryszczycy bydła, którą owładnięty jest pan Deasy? Czy nie napawa nas strachem groźny Obywatel, superpatriota tropiący wszędzie żydowski spisek? Czy nie przejmują nas losy młodego inteligenta Stefana Dedalusa, nauczyciela historii w podartych portkach odrabiającego pańszczyznę w szkole? I czy Leopold Bloom, zdradzany przez żonę akwizytor ogłoszeniowy, nie jest przypadkiem jednym z nas? Najlepszym sposobem uczczenia jubileuszowego Bloomsday będzie z całą pewnością przeczytanie “Ulissesa". A zatem do dzieła! “Stateczny, pulchny Buck Mulligan wynurzył się z wylotu schodów...".

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
89,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 25/2004