Bliscy

W ubiegłą sobotę słuchaliśmy dwuzdaniowej Ewangelii: „Potem przyszedł do domu, a tłum znów się zbierał, tak że nawet posilić się nie mogli. Gdy to posłyszeli Jego bliscy, wybrali się, żeby Go powstrzymać.
Czyta się kilka minut

Mówiono bowiem: »Odszedł od zmysłów«” (Mk 3, 20-21).

Polski przekład znów nieco łagodzi sens oryginału, używając bezosobowej formy: „mówiono”. Tak naprawdę Marek napisał: „mówili” (grec. elegon; Wlg.: dicebant) – „oni mówili”. Jacy „oni”? Oni – bliscy! Krewni Jezusa, słysząc o tym, jak postępuje, nabrali podejrzeń, że zwariował. I przyszli Go powstrzymać.

Najwyraźniej nie wystarczy być fizycznie blisko Chrystusa, by od razu, automatycznie, stać się Jego uczniem. Nie przesądzają o tym nawet więzy krwi. Można stać pół metra od ołtarza, a nawet trzymać Jezusa w swoich rękach – jak ja to czynię (czasami kilka razy dziennie) – i uważać właśnie taki (eucharystyczny) styl Jego bycia, całkowite wydanie się do dyspozycji człowiekowi, za czyste wariactwo. Za szaleństwo, w którym człowiek gubi samego siebie.

Ta Ewangelia o „krewnych Jezusa” znalazła swój przedziwny ciąg dalszy pod koniec I wieku, w czasach prześladowania Kościoła przez cesarza Domicjana. Znamy tę historię dzięki Euzebiuszowi z Cezarei:

„W czasie, gdy Domicjan rozkazał zgładzić potomków Dawida, niektórzy donieśli również o potomkach Judy, który był bratem Pańskim, jako o należących do rodu Dawida i krewnych samego Chrystusa (...). Żołnierz przyprowadził ich przed oblicze Domicjana. Zapytał ich o to, czy są potomkami Dawida. Otrzymał odpowiedź twierdzącą. Pytani o Chrystusa, Jego Królestwo, naturę, miejsce i czas, odpowiedzieli, że Jego Królestwo nie jest z tego świata ani z tej ziemi, lecz niebiańskie i anielskie, a objawi się ono na końcu czasów, gdy Chrystus nadejdzie w swojej chwale sądzić żywych i umarłych, oddając każdemu według jego uczynków. Domicjan nie kazał im wymierzyć żadnej kary, lecz wzgardził nimi, uważając ich za ludzi nieokrzesanych, i pozwolił im odejść. Innym dekretem zarządził przerwanie prześladowania przeciwko Kościołowi. Oni zaś po uwolnieniu stali się głowami Kościołów, jako świadkowie i krewni Pańscy, a po powrocie dożyli czasów Trajana w pokoju”.

Zawsze mnie intrygowała ta decyzja cesarza. Domicjan nie był barankiem. Z jego rozkazu w tym właśnie czasie torturowano św. Jana (tradycja mówi o „smażeniu go w oleju”), a następnie zesłano na Patmos; papieża Klemensa utopiono, rzucając go w morze z kotwicą u szyi. Najwyraźniej w rozmowie z krewnymi Jezusa cesarz uznał, że nie ma się kogo obawiać – nie stanowią dla Rzymu żadnego zagrożenia. Euzebiusz zresztą wprost stwierdza, że liderami Kościoła stali się oni dopiero po powrocie do domu. Czy uczyniło ich nimi dopiero prześladowanie? Doświadczenie współudziału w cierpieniach Chrystusa? Wspólne z Nim przejście ze śmierci do życia?

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 05/2012