Reklama

Bezdomny język

Bezdomny język

14.09.2006
Czyta się kilka minut
Ta poezja mogła się przyśnić.
N

Nie tylko dlatego, że wiele wierszy Dyckiego powstało w przestrzeni jakiejś radykalnej odmowy i postępującego za nią stłumienia rzeczywistości - ta swego rodzaju implozja rozrywa tkankę tekstu i odsłania sceny dramatu, dla którego nie mamy nazwy. Również nie z powodu obsesyjnych powtórzeń fraz, motywów, obrazów i sytuacji, choć tak charakterystyczne dla tego poety hipnotyczne repetycje mają w sobie coś par excellence sennego. Te wiersze mogły się przyśnić, bo przemawiają językiem oderwanym i w pewnym sensie bezdomnym. I jeśli nawet opowiadają o konkretnych sytuacjach i odwołują się do rzeczywistych zdarzeń, to czynią to w cudzysłowach formy bądź konwencji, które są właśnie tym, czym są - cudzym słowem, słowem napotkanym w bezdomnej wędrówce, lotnym i nieważkim, jakby jego znaczenie było właśnie odpryskiem snu, a nie łączem komunikacyjnym ze światem.

"Poezja jako miejsce na ziemi" to książka do pewnego stopnia obiecana i wyczekiwana. Obiecana, bo kolejne wiersze i tomy Dyckiego układały się w konsekwentną całość, a poeta zdawał się sugerować konieczność lektury całościowej. I jeśli nawet tak nie było, jeśli w kolejnych zbiorach Dycki usiłował złamać monopol własnej idei - a jest to również poezja końca pewnej idei - to z całą pewnością można mówić o momencie wyczekiwania ze strony czytelników: wyczekiwania na kontynuację i dopełnienie najważniejszych wątków, na zaokrąglenie sumy, której składniki przewijały się w kolejnych tekstach. Czy opublikowany właśnie tom - a zbiera on wszystkie książki Dyckiego wydane do 2003 roku (nie obejmuje jedynie "Dziejów rodzin polskich") - czyni zadość temu oczekiwaniu? Czy proponuje sugerowane rozwiązanie? Czy podsuwa pomysł lektury całościowej? Czy daje do ręki jakiś klucz, który pomógłby nam w otwarciu co trudniejszych zamknięć i nawiasów?

Nic podobnego. Bezdomny język pozostaje bez domu, a sen ujawnia kolejne pokłady znaczeń; zdumiewająca gestykulacja trwa, a żaden z ruchów nie został zatrzymany w kadrze. Powracające motywy - domu, śmierci, ciała męskości i zniewieścienia, schizofrenii - nie dopełniają się, lecz raczej nakładają na siebie i wciągają w fascynującą grę odbić, zniekształceń i chybionych konkluzji. Jeśli można tu mówić o jakiejś linii życia, to byłaby to linia porwana

i zapadająca się w sobie. Nic z tego, czego oczekiwalibyśmy w kolejnej odsłonie. Sen osuwający się coraz głębiej. Czasem przebłysk jakiejś jawy ("innej jawy niż jawa istnienia", jak powiedziałby Leśmian). Zmiana trybu, nagłe przełożenie.

Czytelnik tej książki musi być zdumiony. Poszczególne tomy, wydawane mniej więcej regularnie (debiutancki zbiór Dyckiego "Nenia i inne wiersze" ukazał się w 1990 roku; ostatni zbiór włączony do obecnego tomu to "Przyczynek do nauki o nieistnieniu", 2003), zawierały poezję trudną i rygorystycznie uporządkowaną wedle skomplikowanych i nierzadko wymykających się czytelnikowi wzorców i przetworzeń. Złożone razem, tomy te przynoszą zwielokrotnienie "efektu Dyckiego": poezja jako miejsce na ziemi to skomplikowany mechanizm - przede wszystkim mechanizm egzystencjalny, wprawiany w ruch za pomocą zapomnianych, lekceważonych, tłumionych języków czyjejś egzystencji, która domaga się uznania, a zarazem sama się przekreśla.

Co ciekawe, efekt ten osiągany jest dość prostymi środkami. Można chyba nawet mówić o minimalizmie tej poezji. A przecież tak wiele się dzieje na tej minimalnej podstawie! Kto w 1990 roku mógł przewidzieć, ile wątków i historii rozwinie się z krótkiego wiersza otwierającego debiutancką książkę:

w moim małym domu zamieszkała niewiara

jak nierządnica zamieszkała w moim małym

domu niewiara

bardzo zła kobieta z którą mamy jednego Pana

powiedziałem jej moje ciało męskości

jak i moje ciało zniewieścienia

wszystkie moje ciała

których jest co niemiara mają jednego Pana

więc po co do mnie przychodzisz wciąż naga

("I")

Z perspektywy całej książki widać zresztą, że nie da się mówić o początku, o jakiejś tonacji wyznaczającej dalszą drogę poetycką. Jest raczej tak, że początek ginie w niepamięci, a każdy wiersz jest po prostu śladem, który przywołuje dawne istnienie i powołuje istnienie nowe. Dlatego zacytowany wiersz nie jest otwarciem - to raczej włączenie czytelnika do gry, która toczyła się wcześniej, ale nagle przeniosła się na inną planszę. W tej "kolejnej grze" ruchy wykonuje się nie tyle słowami, co samym sobą. Stawką gry jest życie, które mierzy się ze śmiercią, a jej podmiotem jest "młodzieniec o imieniu ze snu", wspomniany w ostatnim wierszu "Nenii" i powracający w kolejnych książkach z widmową regularnością. Zresztą "Nenia" jest w twórczości Dyckiego zbiorem paradygmatycznym, zawierającym wszystkie najważniejsze gesty i odtworzenia tak typowe dla tego poety. Odnajdziemy w nim na przykład "portret poety w wieku młodzieńczym", bodaj najbardziej przejmujący tego rodzaju wizerunek w polskiej poezji ostatnich kilkunastu lat:

moja siostra Wanda przynosi ze spaceru lilię

a ja piszę wiersz o śmierci

a ja znowu ten wiersz piszę od początku

i nie umiem skończyć

ani przerwać w połowie tak żeby się zachwiał

jak lilia śmiertelnie kiedy szukam dla niej

najodpowiedniejszego słowa

zamiast garnuszka wody

("XV")

To jeden z tych wspaniałych wierszy, które niejako instynktownie wyznaczały - i wyznaczają - dalszą drogę poetycką Tkaczyszyna-Dyckiego. Dziś widać, że była to droga znaczona zbiorami, które odbijały się w sobie i prowadziły czytelnika dalej, jeszcze dalej, ku jakimś niedocieczonym rozwiązaniom, drzwiom, które nie chcą się domknąć, ale zarazem nigdy do końca się nie otwierają. "Peregrynarz", "Młodzieniec o wzorowych obyczajach", "Liber mortuorum", "Przewodnik dla bezdomnych niezależnie od miejsca zamieszkania", "Przyczynek do nauki o nieistnieniu" - to najważniejsze znaki drogi, choć przecież było ich więcej (myślę tu choćby o dwóch wyborach wierszy czy intrygującym zbiorze zapisków "Zaplecze").

Każdą z tych książek można oczywiście czytać osobno; każda posiada swój własny obsesyjny rytm. Łączy je sylwetka narratora i poety - początkowo niejawna, jakby zepchnięta na margines, odosobniona; ale w ciągu kolejnych wierszy coraz wyrazistsza i jakby pewniej osadzona w języku. Tym, co je spaja najmocniej, jest charakterystyczny dla Dyckiego idiom, w którym język poszukuje własnej sankcji, zakorzenienia w czymś bardziej trwałym niż tylko obezwładniająca melodia zdania czy rytm frazy. Kolejne książki na nowo podejmują wysiłek rozpoznania własnych początków, a nawet celów. Wszystko rozbija się jednak o słowa, które nie znajdują ukojenia w żadnym związku, nie potrafią utożsamić się z żadną osobą, ba, nie mają nawet własnej płci ("nie wydobędziesz ze mnie ani jednej mojej płci", jak mówi postać z jednego z wierszy Bożeny Keff, jeszcze jednej poetki odosobnionej). I kiedy w ostatnim zamieszczonym w książce wierszu ("CCLXXII. Dziękczynienie") Dycki pisze: "Panie wykrzyknąłem / dokąd mnie jeszcze poprowadzisz" - to czujemy, że jest to okrzyk rozpaczliwy, ale również dziękczynny. Czyż obietnica kolejnych słów i wierszy nie jest czymś wspanialszym niż obiecane rozstrzygnięcie akcji?

Tomasz Majeran pisał kiedyś: "Poezja Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego będzie zawsze lepsza niż to, co o niej się napisze". Niewątpliwie. Trzeba wszakże pamiętać o kosztach ponoszonych przez poetę, który zawsze nam umyka i nie daje się zamknąć w żadnej czytelniczej czy krytycznej formule (jedną z konsekwencji tego faktu jest niezrozumienie, z jakim poeta spotyka się wśród wielu środowisk krytycznych i grup opiniotwórczych). Kosztem szczególnie wysokim wydaje mi się silnie obecne w tych wierszach poczucie bezdomności - również bezdomności w kręgu językowym, "w" języku bądź w tym, co chce opisać, wyrazić, unieść. Jest coś przerażającego w obsesyjnym obrządku, nazwanym w jednym z wierszy ("CLXXIX") "powrotem do nie istniejącego domu". Tytuł zbioru jest w pełni czytelny dopiero w kontekście takich zdań. Poezja jako miejsce na ziemi? Lektura całej książki pokazuje, że jest to miejsce niemożliwe - a jeśli nawet możliwe, to w jakiejś nieuchwytnej perspektywie, w jej nagłym skrócie, skrócie tak radykalnym, że można go wziąć za synonim śmierci. Bo ta poezja jest także - a może przede wszystkim - jedną długą ceremonią żałobną, żałobą rozłożoną na raty, spłacaną każdym kolejnym wierszem i gestem.

Nie ma ostatniego słowa. Nigdy nie było. Język błąka się i błąka, pozostawiając za sobą ślady, koleiny, wypalone szlaki, popiół. Taka historia. Rzecz z powracającym widmem, cieniem, który nie chce się odczepić, małpuje wszystkie gesty i wtrąca w anonimowość czyjegoś snu:

piszę coraz ciemniejsze wiersze gdy jest

dzień i zasiadam do papieru odrzucając

pustosłowie natchnienie natchnienia nie ma

panie

i panowie papier to jest pozostałość z nocy

papier to jest pozostałość z wielu wielu nocy

gdy nieobecni piszą coraz ciemniejsze wiersze

("CCXLIX. Szmugler")

Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, "Poezja jako miejsce na ziemi (1988-2003)", Wrocław 2006, Biuro Literackie.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]