Baliśmy się wojny domowej

Horst Teltschik, w 1989 r. doradca kanclerza Kohla: Takiej masy ludzi jak w Lipsku nie da się tak po prostu wziąć pod kontrolę. Co by się stało, gdyby choć jeden milicjant strzelił?
Czyta się kilka minut
 / Fot. Archiwum prywatne
/ Fot. Archiwum prywatne

WOJCIECH PIĘCIAK: Jak wyglądał Pański 9 listopada?

HORST TELTSCHIK: Tego dnia Helmut Kohl przyleciał do Warszawy. Przygotowania do jego wizyty w Polsce trwały długo, pracowałem nad tym jako doradca kanclerza, najpierw wraz z pełnomocnikiem władz PRL, a potem, gdy we wrześniu premierem został Tadeusz Mazowiecki, wspólnie z Mieczysławem Pszonem, który objął funkcję pełnomocnika ds. kontaktów z Urzędem Kanclerskim. Przygotowania nie były łatwe, chodziło np. o sformułowania dotyczące granicy – podkreślam: sformułowania, gdyż kanclerz, z którym pracowałem blisko od 1972 r., nigdy nie kwestionował granicy z Polską – i kwestię mniejszości niemieckiej, której istnienie w PRL negowano. Udało się nam to wyjaśnić, przygotowaliśmy Wspólne Oświadczenie obu szefów rządów – miało zostać podpisane podczas wizyty i stanowić, jak powiedział mi kanclerz, „nawigację” dla nowych relacji polsko-niemieckich. Gdy więc przylatywaliśmy do Warszawy, oczekiwania były wielkie, z obu zresztą stron.

Jednak musieliście przerwać wizytę...

Pierwsze wieści, że w Berlinie coś się dzieje, jeszcze nieprecyzyjne, pojawiły się podczas kolacji, którą premier ugościł kanclerza i naszą delegację. Zaczęła się o dwudziestej i miała nie tylko charakter kurtuazyjny, zaplanowano też ważne przemówienia. Byliśmy w trudnej sytuacji, bo z rządowych pokojów gościnnych nie mogliśmy zadzwonić bezpośrednio na Zachód. Dopiero po jakimś czasie udało się nam uzyskać stałe połączenie z Bonn i dostaliśmy pełny obraz sytuacji. Było jasne, że kanclerz musi wracać. Ale mieliśmy świadomość wagi tej wizyty. Kanclerz rozwiązał dylemat tak, że rankiem 10 listopada poprosił Mazowieckiego i Jaruzelskiego [od lipca 1989 r. prezydenta PRL – red.] o spotkanie. Wyjaśnił, że musi być w tym momencie w Berlinie, ale zapewnił, że wróci tak szybko, jak to możliwe. I tak się stało: kanclerz dokończył potem wizytę w Polsce, wraz z Mazowieckim podpisali Wspólne Oświadczenie i wzięli udział w mszy w Krzyżowej, gdzie obaj, jako katolicy, przyjęli komunię i wymienili pocałunek pokoju. Kanclerz mówił mi później, że było to dla niego naprawdę duże przeżycie.

Gdy rozmawiał Pan z Kohlem o otwarciu muru, czego baliście się najbardziej?

Sytuacja zaskoczyła wszystkich, także władze NRD. Dziś wiemy, że gdy 9 listopada Günter Schabowski ogłaszał na konferencji prasowej, że każdy obywatel może od zaraz opuścić NRD, nie miał na myśli tego, że granica jest otwarta, ale że każdy, kto chce, może emigrować. Otwarcie granicy wymusili ludzie, którzy źle go zrozumieli i zaczęli gromadzić się przy przejściach granicznych. Pogranicznicy nie mieli żadnych rozkazów i możemy dziękować Bogu, że nie otworzyli ognia, lecz podnieśli szlabany. Mogę powiedzieć, że w tych pierwszych dniach po 9 listopada wszyscy na Zachodzie i Wschodzie byli zainteresowani głównie jednym: żeby wszystko pozostało pod jakąś polityczną kontrolą, żeby nie wybuchł chaos. Baliśmy się, że może dojść do interwencji ZSRR. W NRD stacjonowało przecież 370 tys. sowieckich żołnierzy. Gdyby zechcieli, mogliby bez problemu uszczelnić na nowo granicę, a armia NRD by im w tym pomogła. Baliśmy się także, że wtedy w NRD dojdzie do wojny domowej. Helmut Kohl nieustannie telefonował do Busha, Mitteranda, Thatcher, Gorbaczowa. W gruncie rzeczy wszystkim zależało wtedy, aby zachować spokój. To, w jakim kierunku sprawy pójdą dalej politycznie, było w tych pierwszych dniach drugorzędne.

Strach przed chaosem był wtedy powszechny, ale przed wojną domową?

Baliśmy się, że pokojowe demonstracje w NRD zamienią się w wojnę domową, gdy milicja zacznie strzelać. Dziś wiemy, że gdy 9 października na ulice Lipska wyszło 70 tys. ludzi, oddziały milicji dostały ostrą amunicję i były gotowe uderzyć. Wcześniej w zakładach przemysłowych Lipska proszono robotników, by oddawali krew, żeby uzupełnić jej zapasy w szpitalach. Sytuacja była skrajnie niebezpieczna. Takiej masy ludzi nie da się tak po prostu wziąć pod kontrolę. Wyobraźmy sobie, co by się stało, gdyby choć jeden milicjant wtedy strzelił. Przecież doszłoby do masakry...

HORST TELTSCHIK (ur. w 1940 r. w obecnych Czechach) był od 1972 r. jednym z najbliższych współpracowników Kohla, w latach 1982-90 jako wiceszef Urzędu Kanclerskiego i główny doradca ds. międzynarodowych. Uczestniczył w negocjacjach o zjednoczeniu Niemiec. Po odejściu z polityki pracował we władzach koncernów BMW i Boeing.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 45/2014

Artykuł pochodzi z dodatku Jak obalano mur