Bajka o reprywatyzacji

Andrzej Smosarski, działacz ruchów lokatorskich: Nie wystarczy cofnąć największe krzywdy. Trzeba wymusić rozmowę o odbudowie polityki komunalnej, czyli przywróceniu mieszkania jako usługi publicznej.

31.08.2020

Czyta się kilka minut

 / ŁUKASZ DEJNAROWICZ / FORUM
/ ŁUKASZ DEJNAROWICZ / FORUM

RAFAŁ WOŚ: Sejm uchwalił zakaz zwrotów w naturze kamienic z lokatorami. Zgodnie z nowym prawem miasto Warszawa nie będzie mogło blokować wypłaty rekompensat przyznanych ofiarom dzikiej reprywatyzacji przez komisję weryfikacyjną. To chyba sukces ruchów lokatorskich?

ANDRZEJ SMOSARSKI: Cieszę się, że będą wreszcie odszkodowania dla lokatorów. To, czego przez lata doświadczali, było często nagą i brutalną przemocą. Miała wiele twarzy: wyzysk, włamywanie się, poniżanie, odbieranie godności, ignorowanie praw obywatelskich, straszenie, bezkarne korzystanie z przewagi w statusie ekonomicznym, eksmisje wprost na ulice. Wiele było tego nieszczęścia i to dobrze, że krzywda będzie wynagrodzona. Ale z drugiej strony jako jeden z inicjatorów ruchu lokatorskiego w Polsce mam poczucie porażki.

Dlaczego?

Chodzi o odpowiedź na pytanie, o co właściwie była i jest ta walka? Gdy o tym pomyślę, robi mi się smutno.

Co to znaczy?

Musimy cofnąć się w przeszłość. Do 1945 r. Jak wyglądały wtedy polskie miasta? A zwłaszcza Warszawa?

Wiadomo jak. Gruzy i zgliszcza.

No właśnie. A teraz wyobraźmy sobie, że w warunkach tych 70-80 proc. zniszczeń tkanki mieszkaniowej władze próbują prowadzić dzisiejszą politykę. To znaczy mówią obywatelom, że mieszkanie to jest twoja, człowieku, prywatna sprawa i jakoś sobie ten towar na rynku zorganizuj. Proszę tylko pomyśleć, jaki byłby poziom czynszów? Skoro dziś w takim mieście jak Warszawa wynajem mieszkania to koszt w granicach płacy minimalnej. A dzieje się to przecież przy wielokrotnie większej podaży mieszkań.

Dodajmy do tego, że popyt na mieszkania jest sztywny. To znaczy nie da się z niego zrezygnować, tak jak rezygnuje się z wakacji czy jedzenia na mieście, gdy stają się zbyt drogie.

To by się przecież zakończyło powszechną bezdomnością i zamarzaniem ludzi w ruinach spalonego miasta. Na szczęście władza ówczesna tak nie postąpiła. Dokonała mieszkaniowej rewolucji. Moim zdaniem uzasadnionej.

Czy ja dobrze rozumiem, że Pan broni tzw. dekretu Bieruta, czyli prawa z roku 1945 o uspołecznieniu gruntów w granicach przedwojennej Warszawy? Tego samego dekretu, którego podważanie rozpoczęło w latach 90. proces dzikiej reprywatyzacji w stolicy?

Tak, dokładnie to chcę powiedzieć. Nie bronię systemu komunistycznego jako całości. Uważam jednak, że tamta decyzja powojennych władz była największą zdobyczą socjalną w Polsce od czasu zniesienia pańszczyzny. Przebija, moim zdaniem, zdobycze socjalne pierwszych lat II RP, czyli ustawodawstwo pracy oraz stworzenie systemu ubezpieczeń społecznych. Tamte osiągnięcia też były ważne, ale ich oddziaływanie było ograniczone. Praktycznie nie obejmowały przecież np. robotników rolnych. W ślad za dekretem Bieruta i podobnymi aktami uspołeczniającymi zasób mieszkaniowy poszło bowiem stworzenie nowej fundamentalnej usługi publicznej. To znaczy mieszkalnictwa komunalnego. Mieszkanie przestało być towarem – którym jest dziś i którym było wcześniej. Mieszkanie stało się prawem.

Z jego realizacją bywało różnie w zależności od miejsca zamieszkania czy historycznego momentu. PRL nigdy się z obietnicy godnego mieszkania dla wszystkich do końca nie wywiązał. Dodajmy na jego obronę, że było to zadanie trudne, bo odbywało się w warunkach większego niż dziś przyrostu ludności oraz wojennych zniszczeń.

Ale to było prawo, którego można się było domagać. Państwo co do zasady go nie kwestionowało. Dziś towar zwany mieszkaniem trzeba sobie kupić na rynku. Jak cię stać, to świetnie. A jak nie? No to twój problem.

Elity polityczne III RP nigdy tego stanowiska nie podzielały. Nawet jak rządzili postkomuniści.

Tzw. lewica do dziś woli bronić emerytur dla esbeków, niż powiedzieć, że dekret Bieruta i inne podobne akty prawne nie były żadnym zamachem na świętą własność prywatną, lecz normalnym aktem sprawiedliwości dziejowej, którego trzeba bronić. Przecież do tego nie trzeba być komunistą. Mieliśmy ostry konflikt dwóch wartości: prawa własności i prawa do mieszkania. Ówcześni decydenci stanęli po stronie tego drugiego. Po roku 1989 odwrotnie: prymat wzięła własność nad prawem do mieszkania. Nawet w obecnej polskiej konstytucji chronione są obie te wartości. Tylko że ogromna część elit politycznych i medialnych bierze z konstytucji tylko to, co jest dla nich wygodne.

Ale jak to się ma do dzisiejszej ustawy?

Związek jest bezpośredni. Ta najnowsza ustawa to kolejne podejście do tematu tzw. ustawy reprywatyzacyjnej.

Nigdy po 1989 r. nieuchwalonej.

Różnice pomiędzy projektami polegały tylko na tym, że w jednym odszkodowanie dla byłych właścicieli miało wynosić 100 proc. rynkowej wartości, a w innym wariancie 50 proc. Podobnie obecna ustawa: zabrania oddawania w naturze nieruchomości, w których mieszkają ludzie, ale nie kwestionuje samego oddawania. Przeciwnie: pośrednio potwierdza, że uspołecznienie zasobu mieszkaniowego po roku 1945 było „okradaniem obywateli z ich świętego prawa własności”. Prawo do odszkodowań dla właścicieli jest uznaniem, że państwo zabrało niesłusznie, nie ze względu na sytuację powojenną czy po prostu dla rozwiązania problemu bezdomności. Podważa więc możliwość mocnej interwencji państwa dla realizacji podstawowego prawa człowieka.

I co w tym złego?

To trochę tak, jakby dyskutować, czy likwidacja niewolnictwa powinna się odbywać za odszkodowaniem 100 proc., czy może 20-30 proc. wartości niewolnika. No bo przecież niewolnik był kiedyś własnością swojego pana, więc jego zniknięcie wyrządziło temu panu wymierną ekonomiczną stratę.

Wielu się obruszy, że to nie jest trafna analogia.

Czyżby? A mnie się wydaje, że moralne prawo spadkobierców do przedwojennej własności ich dziadków lub pradziadków jest dużo bardziej wątpliwe. Zważywszy na nakłady poniesione w międzyczasie przez wspólnotę na odbudowę tych nieruchomości lub rozwój towarzyszącej im infrastruktury, co bezpośrednio stanowi o ich dzisiejszej wartości. Podsumowując: rozumiem, że ruchy lokatorskie cieszą się, że będą jakieś odszkodowania, bo one się ludziom należą. Ale jest dla mnie rozczarowaniem poparcie dla samej idei „ustawy reprywatyzacyjnej”. Ja tu widzę zmarnowaną szansę.

Szansę na co?

Na utrzymanie i rozwinięcie zapoczątkowanej po II wojnie światowej usługi publicznej o nazwie mieszkalnictwo. Komunalny zasób mieszkaniowy należało zabezpieczyć prawnie. To znaczy powiedzieć, że żadnych reprywatyzacji ani odszkodowań nie będzie. Bo to nie jest majątek ukradziony na potrzeby komunistycznej elity, tylko przekazany obywatelom do użytkowania.

Może zadośćuczynienie powinno być symboliczne. Np. w formie honorowego dyplomu od władz RP, głoszącego: „Jesteśmy świadomi, że pana rodzina utraciła własność, ale nie można starych krzywd wynagradzać krzywdami nowymi”.

Dopiero na oczyszczonym terenie można zacząć budować nową usługę publiczną, o której mówię. Zawsze chciałem, żeby to był kierunek rozumowania ruchów lokatorskich. Żeby to było nasze „o to walczymy!”.

Z tego, co Pan mówi, wynika, że się nie udało. Dlaczego?

Na obronę ruchów lokatorskich mam to, że nie mieliśmy nic. Dosłownie. Ani pieniędzy, ani doświadczenia, ani wzorów, ani nawet świadomości, o co toczy się ta gra.

Skąd się w ogóle w Polsce wzięły ruchy lokatorskie?

Najważniejsze wcale nie były pierwsze decyzje o zwrotach przedwojennej własności. Bomba została podłożona w roku 1994.

Co to znaczy?

Rząd SLD uchwalił wtedy nie tylko niesławną ustawę pozwalającą na eksmisję na bruk, ale rozpoczął też proces znoszenia kontroli czynszów w lokalach komunalnych. Po dziesięciu latach – argumentowali pomysłodawcy – taka kontrola nie będzie już potrzebna, bo rynek mieszkaniowy się rozwinie i stworzy ofertę dla każdego. Dziś trudno w to uwierzyć, ale takim językiem mówili też urzędnicy. Oni wręcz czekali, kiedy będą się mogli pozbyć tej masy upadłościowej, za jaką uważali tzw. komunalny zasób mieszkaniowy.

A ludzie?

Była nas garstka. Ktoś w Krakowie, starsza pani w Warszawie. Dołączył Piotr Ikonowicz, ale on zaczął się specjalizować w blokowaniu eksmisji. Blokowanie eksmisji to faktycznie jest mocna i potrzebna rzecz. Zazwyczaj robi się to po to, żeby komornik miał alibi do odstąpienia od wykonania egzekucji. Ale mnie to nigdy nie wystarczało.

Czemu?

To nieefektywna droga, bo tylko odsuwa problem w czasie. A mnie jednak chodziło o coś więcej. Chciałem, żeby ruch lokatorski proponował rozwiązania systemowe, które sprawią, że nie trzeba będzie działać od blokady do blokady.

I co było dalej?

Z początku ludzie w ogóle nie wiedzieli, o co nam chodzi. Dobrze pamiętam tamten okres – koniec lat 90., a my tłumaczymy, że już niedługo ich życie może zostać wywrócone do góry nogami, bo zaczynają zwracać miejskie nieruchomości różnym prywatnym właścicielom, którzy ich urządzą po swojemu. Był jeszcze czas, żeby się bronić, ale ludziom nie mieściło się to w głowie: ciągle ufali, że państwo ma wobec nich pewne zobowiązania.

Gdy SLD doszedł do władzy po raz drugi, to premiera Millera naszły jeszcze wątpliwości i próbował uwolnienie czynszów opóźnić. Proces domknął jednak ostatecznie gabinet Belki, także z powodu presji międzynarodowej. ­Politycznie ­tłumaczono to wówczas na dwa sposoby: koniecznością dopasowania się do wymagań systemu wolnorynkowego oraz ustawodawstwem europejskim. Były pozwy przeciwko Polsce. Gdy regulacja czynszów została podważona, ludzie zaczęli odczuwać na własnej skórze to, co im tłumaczyliśmy w teorii. I wtedy faktycznie niektórzy zaczęli działać. To był mniej więcej rok 2006, kiedy dołączyli do nas tacy ludzie, jak rodzina Baranków czy Jolanta Brzeska.

Zamordowana kilka lat później w Lesie Kabackim.

Wtedy właśnie powstało Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów. To było ciekawe środowisko ludzi, którzy mieli stosunkowo duże kompetencje do walki o swoje. Brzeska była urzędniczką, Baranek drobnym przedsiębiorcą. Umieli orientować się w papierach. Nie mieli pokory przed urzędnikami. Oczywiście spoiwem tej grupy był wspólny wróg, czyli znany już teraz skupiciel roszczeń Marek Mossakowski. Powstał Komitet Obrony Lokatorów, koncentrujący działania na warszawskiej Pradze. Zaczęły powstawać ruchy w innych miastach. Skończyła się robota teoretyczna, a zaczęła praktyczna. Człowiek stanął wobec przypadków, które może wymyślić tylko życie.

Jakiś przykład?

Proszę bardzo. W tamtych czasach połowa eksmisji odbywała się bez zapewnienia lokalu socjalnego. Czyli na tzw. bruk. To wołało o pomstę do nieba i czasem ktoś – np. media albo polityk – się zainteresował. Ale co się działo z drugą połową eksmisji?

Sam Pan powiedział: kierowano ludzi do lokali socjalnych.

W teorii tak. Ale teraz taki przykład. Rodzina trafia do lokalu, który też jest w kamienicy objętej roszczeniem. W międzyczasie kamienica zostaje zreprywatyzowana. Przychodzi nowy właściciel i podwyższa ludziom czynsz. Miasto zaś umywa ręce, bo mówi, że ono ustawowy obowiązek wykonało, ponieważ podpisało umowę na lokal socjalny. A co dalej, to już nie jego sprawa. I komu ma ten człowiek płacić czynsz? I jaki?

W pewnym momencie przestał Pan aktywnie działać w ruchu lokatorskim. Dlaczego?

Chodziło o kierunek, w którym ten ruch zaczął iść. Wbrew moim nadziejom nie zaczęliśmy generować rozwiązań systemowych. Byliśmy jak sanitariusze, którzy opatrują kolejne otwierające się rany. Brakowało namysłu nad przyczynami choroby.

Liczył Pan, że można naprawić coś w skali makro?

Mnie chodziło o to, żeby nie robić wiecznie akcji na zasadzie: grupa ludzi, których dotknęło nieszczęście reprywatyzacji, zaczyna się bronić. Chciałem, żeby pojawiła się nowa tożsamość: lokatora. Liczyłem, że gdy ruch zrobi się odpowiednio duży, zacznie wymuszać rozmowę o odbudowie polityki komunalnej. Czyli przywrócenia mieszkania jako usługi publicznej. Realizowanej oczywiście indywidualnie, ale jednak publicznej. Mam wrażenie, że wiele ruchów lokatorskich tego do dziś nie rozumie. Niektórzy myślą o lokalu komunalnym jako o formie własności. Jest np. oczekiwanie, by taki lokal dało się dziedziczyć – jakby przez zasiedzenie. Dla mnie to absurdalne. Ja jestem teraz bezrobotny. Ale nie uważam, że im dłużej pobieram zasiłek, tym bardziej mi się on należy. Zasiłek mi się należy ze względu na sytuację, w jakiej się znalazłem. Podobnie z mieszkaniem.

Zawsze też brakowało mi w ruchach lokatorskich próby wyjścia do reszty społeczeństwa. To jest fundamentalne, bo to by była rozmowa z tymi, co model komunalny de facto utrzymują, choć z niego nie korzystają. Jak sprawić, żeby byli za podtrzymaniem i rozbudową tego modelu? Jak ich do nas przekonać? Jak pokonać negatywne stereotypy? To były pytania, które mnie interesowały. Ale nie udało mi się skłonić innych do uznania, że są kluczowe.

A jak Pan zareagował na wydarzenia z lat 2015-16, gdy reprywatyzacja stała się pierwszoplanowym tematem polskiej polityki?

Przewidywałem, że partie i media głównego nurtu odkryją w końcu temat i jego potencjał. Nie sądziłem jednak, że zdarzy się to tak szybko. Z jednej strony to dobrze, bo wielu ludziom działania komisji wersyfikacyjnej bez wątpienia pomogły. Ale z drugiej strony mam ten sam ból, co z ustawą, od której zaczęliśmy rozmowę.

Na czym polega?

System został złapany za rękę. Dziś nikt już nie ma wątpliwości, że wokół reprywatyzacji wydarzyło się coś złego. Jednak łatwość, z jaką publika uwierzyła w bajkę o „złych typach spod ciemnej gwiazdy, którzy są wszystkiemu winni”, jest przerażająca.

Ale to nie oni wymyślili ten system. Reprywatyzacja to świadoma decyzja polityczna, odpowiedzialni są politycy i ich decyzje od początku okresu transformacji. Można było kupić roszczenia za 500 złotych, a sprzedać potem kamienicę za milion, bo był to tylko towar. Jedyną szansą, by takich ludzi i sytuacji było mniej, jest więcej mieszkalnictwa komunalnego. Ale nikt dziś w tę stronę nie ciągnie.

Kto nie ciągnie? Media? Politycy?

Największy żal mam do nas, czyli do ruchów lokatorskich. Ostatnie lata to czas, by położyć na stole propozycje systemowe. Polityczny mainstream na pewno wchłonąłby część z nich. Nie zrobiono tego. Skupiano się na konkretnych osobistych krzywdach. To ważne. Ale w szerszym horyzoncie jakaś szansa została zmarnowana. Mam nadzieję, że to jeszcze nie koniec. ©

ANDRZEJ SMOSARSKI jest anarchosyndykalistą, aktywistą społecznym i politycznym. Organizował pierwsze w kraju demonstracje przeciw planowi Balcerowicza. W latach 1997–2010 zaangażowany w działania Lewicowej Alternatywy, organizacji nastawionej na integrację środowisk lewicowych wokół działań o charakterze oddolnym. Animator i działacz stołecznego ruchu lokatorskiego do roku 2010.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
89,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz ekonomiczny, laureat m.in. Nagrody im. Dariusza Fikusa, Nagrody NBP im. Władysława Grabskiego i Grand Press Economy, wielokrotnie nominowany do innych nagród dziennikarskich, np. Grand Press, Nagrody im. Barbary Łopieńskiej, MediaTorów. Wydał… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 36/2020