Zuzanna Stawiska: Co Cię tak uwierało, że postanowiłaś powiedzieć „dość”?
Anne Guillard: Dorastałam w dość mainstreamowym katolicyzmie. Mówiono nam, jak niebezpieczne jest społeczeństwo – tu kobiety pragnące emancypacji, tu osoby queer domagające się swoich praw i tak dalej. Tymczasem z mojego doświadczenia wynika, że społeczeństwo jest kształtowane przez relacje władzy i przemocy, często skierowanych właśnie przeciwko kobietom i osobom queer. A to wcale nie przystaje do tego, co mówił Kościół.
Kościół zwykle przemawia w sposób oficjalny, poprzez biskupów, księży lub papieża, więc można odnieść wrażenie, że ich zdanie w danej sprawie podzielają wszyscy katolicy. Ja się z tym nie zgadzam. Jako osoba wierząca jestem częścią Kościoła i ponoszę za niego współodpowiedzialność. Dlatego chcę powiedzieć głośno: jestem katoliczką i mam inne zdanie.
Twoja pierwsza książka, „Na rzecz nowego zaangażowania w chrześcijaństwo”, była początkiem mówienia własnym głosem w Kościele?
Tak. Chodziło o to, by dotrzeć bezpośrednio do innych katolików, których uwierało np. uwikłanie Kościoła w związki z polityczną prawicą.
Dlatego od paru lat produkujesz podkasty, będące alternatywą dla standardowych, niedzielnych kazań?
Podczas studiów doktoranckich spędziłam rok na Uniwersytecie w Yale, gdzie odkryłam Kościół episkopalny. Parafia, w której mieszkałam, była niesamowita: nie miała pastora, więc wspólnota wyznaczyła dyżury i w każdą niedzielę podczas nabożeństwa inna osoba wygłaszała kazanie.
Wykładowcy uniwersyteccy, pracownicy biurowi, właściciel małej firmy, kobiety, mężczyźni – naprawdę bardzo różni ludzie, którzy nadali Ewangelii wymiar, jakiego wcześniej nie doświadczyłam. Dla mnie był to niesamowity powiew świeżości. Zdałam sobie sprawę, do jakiego duchowego ubóstwa doprowadzamy, pozostawiając komentowanie i interpretowanie Ewangelii księdzu – mężczyźnie wykształconemu w seminarium.
I nagle wtedy poczułam coś w rodzaju olśnienia. Pomyślałam, że to jest o wiele bardziej boże miejsce niż te, które znałam do tej pory. Kiedy chodziłam na mszę we Francji, niemal zawsze wychodziłam zła. Wielu księży wykorzystywało swoją pozycję do promowania swoich poglądów politycznych, których ja nie podzielałam. Nie mogłam zrozumieć, jak oni mogą wykorzystywać do tego Ewangelię. Po powrocie ze Stanów spotkałam Valentine Rinner, Lucie Sharkey i Claire Chastel.
Z którymi później założyłaś inicjatywę Oh My Goddess.
Tak. Wszystkie wtedy mówiłyśmy, że nie postawimy już więcej stopy w kościele. Nie chciałyśmy słuchać politycznych wypowiedzi księży, ale jednocześnie chciałyśmy żyć zgodnie z naszą wiarą, rozwijać swoje życie duchowe. Nie chciałyśmy się wyprzeć katolicyzmu.
Powiedziałyśmy sobie: „Dobra, stwórzmy platformę internetową, na której będziemy udostępniać materiały innym, którzy tak jak my są o włos od opuszczenia Kościoła”. Po to, by pokazać, że można żyć wiarą, być katolikami, próbować wspólnie budować Kościół, nawet jeśli jest się na marginesie wspólnoty. Dla nas to jest w porządku.
Waszym pierwszym projektem był podkast „Dobra Nowina”.
To była forma twórczego nieposłuszeństwa, duchowej subwersji. Chciałyśmy dać szansę głosić Ewangelię tym, którym prawo kanoniczne zabrania robić to w czasie mszy.
We Francji już od dawna feministki domagają się kapłaństwa kobiet...
Nasza działalność dopełniała już istniejące ruchy, które oczywiście popieramy, ale jesteśmy już nowym pokoleniem feminizmu, zwracamy uwagę na niesprawiedliwość, dyskryminację i przemoc nie tylko wobec kobiet, ale dużo szerzej – także wobec dzieci czy osób queerowych.
Do kogo skierowana jest Wasza działalność?
Głównie do osób, które podobnie jak my czują pewien dyskomfort w Kościele, ale niekoniecznie mają czas, żeby dokładniej się zastanowić nad powodami, przeanalizować je.
To ludzie, którzy mają krytyczne podejście do wiary, przez co mogą odczuwać w sobie jakiś rozdźwięk. Dla wielu osób to dość trudna sprawa. Wiara religijna jest zwykle przekazywana w rodzinie. Często wydaje nam się, że krytykując ją lub dystansując się od niej, popełniamy niemalże jakieś ojco- albo matkobójstwo. My też byłyśmy w podobnej sytuacji. Chcemy im pokazać, że nie są sami.
Staramy się też stworzyć narzędzia, które pomogą ludziom zrozumieć historyczną odpowiedzialność Kościoła za przemoc wyrządzoną kobietom i dzieciom – ludziom po prostu. Kościoła, który zawsze stał po stronie władzy, opowiadał się po stronie silniejszego, podpierał się imperiami czy podbojami kolonialnymi. Zawsze działał po stronie oprawcy, mimo że głosił coś dokładnie przeciwnego.
Pokazujemy, że można być katolikiem i z tego ogromnego dziedzictwa wybierać to, co jest nam potrzebne. Jako Oh My Goddess też czujemy się częścią tej tradycji – ludzi, którzy w każdym stuleciu walczyli z wypaczeniami w Kościele katolickim. Nie robimy nic szczególnie przełomowego.
Nauczyć zwykłych ludzi dzielenia się Ewangelią nie jest chyba łatwo?
Chodzi o to, by dać głos tym, którym nigdy go nie dano, pokazać, jak każdy z nas interpretuje swoje życie w oparciu o teksty biblijne. Oczywiście wymaga to sporo pracy. Wiele kobiet musiałyśmy przekonywać, powtarzałyśmy im: twój głos ma znaczenie, twoja interpretacja jest ważna, nawet jeśli nie jest to uczona egzegeza, bo nie studiowałaś teologii – nie o to nam chodzi.
Nie prosimy o wykład, chcemy przekazać ich duchowy głos, świadectwo ożywczej mocy Ewangelii. Osoba, która o tym opowiada, musi tym żyć. Tylko wtedy będzie to ożywcze także dla słuchaczy. I rzeczywiście dostajemy listy od osób, które pisały, że to zmieniło ich życie, wyrwało ich z osamotnienia.
Myślę, że za bardzo zinternalizowaliśmy w sobie przekonanie, że to, co mamy do powiedzenia, jest nieciekawe, i że Bóg woli mówić poprzez księdza. Pokonanie tych wewnętrznych i psychologicznych oporów jest niezwykle trudne.
Wspominałaś, że często nie czujesz się swobodnie w Kościele. Jak sobie z tym radzisz?
To zależy. Są chwile, kiedy jestem spokojniejsza i bardziej cierpliwa. Wtedy nie muszę chronić się przed irytacją czy gniewem, kiedy idę do kościoła. Ale nie za każdym razem. Zdarza mi się płakać, jak widzę, że wokół ołtarza są sami mężczyźni, że tylko oni mówią homilię...
W takich momentach modlę się za Kościół, za księży, którzy tam są, za wiernych. Żeby zdarzył im się jakiś nagły przypływ empatii, spotkało ich jakieś drobne doświadczenie, pod którego wpływem zmieni się ich perspektywa patrzenia na Kościół, wiarę czy relacje międzyludzkie.
Po opublikowaniu raportu CIASE (o seksualnej przemocy w Kościele francuskim) kilku moich znajomych powiedziało: „To koniec, już nie mogę uważać się za katolika”. Sama zaczęłam się zastanawiać, czy jeśli nie wyjdę z Kościoła, nie będę współwinna.
Dziś moja wiara jest bardziej swobodna, mniej obciążona takim ukrytym poczuciem winy. Przymusem, że trzeba chodzić do kościoła w każdą niedzielę, chodzić do spowiedzi, przyjmować komunię, nie krytykować, nie narażać wspólnoty. Mam też więcej pewności siebie, bo nie jestem już tak związana z instytucją Kościoła. Ale jednocześnie nie mogę, nie zamierzam się od niej odciąć, bo nadal czuję za nią współodpowiedzialność.
Dlaczego?
To nie wiąże się z poczuciem winy. Myślę, że to moja wiara sprawia, że czuję się współodpowiedzialna. I nie pozwala pozostać bierną. To po prostu coś, co czuję w głębi serca. Poczucie, że gdybym przestała się angażować, to prędzej czy później życie by mi to przypomniało.
Coś w rodzaju powołania?
Tak. Za każdym razem, gdy zbaczam z tej drogi, jakoś to do mnie powraca. Prawda, moje zaangażowanie sporo mnie kosztowało. Odbiło się nawet na moim życiu zawodowym. Nie powiem, że z tego powodu nie dostałam jakiejś konkretnej pracy, ale na pewno mi nie pomogło. Nawet dzisiaj w niektórych kręgach są ludzie, którzy będą mi rzucać kłody pod nogi z powodu mojego aktywizmu.
Czy Oh My Goddess to tylko niedzielne homilie?
Mamy też czat dla naszej grupki, na który wysyłamy wiadomości, jak poruszył nas i przemówił do nas fragment Biblii na dany dzień. Czasami zdarzają się dni, a nawet tygodnie, kiedy nic do nas specjalnie nie przemawia. Ale zawsze w końcu przychodzi taki moment, że przeczytane Słowo porusza w kimś czułą strunę. Ktoś zrozumiał ten fragment w innym świetle niż do tej pory i pisze nam, jakie to miało dla niego znaczenie.
To sposób, by nie popaść w izolację? By czytać Biblię nie samemu i samodzielnie o niej rozmyślać, tylko szukać wspólnoty?
Dokładnie tak. Działamy jako grupa od 2018 r. Szczerze mówiąc, uważam, że łączy nas duchowa i intelektualna więź, co jest cudowne. Powtarzam sobie: dla mnie to ogromne szczęście, że mam te goddesski.
Na ile Wasze przesłanie dociera do przeciętnego katolika we Francji?
Trudno powiedzieć. Udzieliłam kilku wywiadów dla „La Croix”, które jest dość popularnym pismem katolickim. Najnowszy dotyczył teologii queer. Starałam się pokazać, że chrześcijaństwo jest przede wszystkim religią transgresji: Bóg uniża się, staje się małym dzieckiem, ofiarą morderstwa, a potem zmartwychwstaje, zabierając ze sobą zmarłych. Teologia queer bardzo serio traktuje chrześcijańską rewolucję, której przykładem są listy Pawła: „Nie ma już wolnego ani niewolnika, kobiety ani mężczyzny”.
Wiem, że w wielu kręgach ludzie są świadomi istnienia Oh My Goddess czy ogólnie mówiąc teologii feministycznych. Ale są i ci, którzy wynieśli katolicyzm z domu i są przekonani, że za teologią feministyczną i queerową stoi grupa histerycznych kobiet, które chcą na siłę nadać chrześcijaństwu nowoczesny, queerowy i feministyczny charakter.
Jednak szczerze mówiąc, nie sądzę, że wywrzemy jakiś znaczący wpływ na Kościół. Ludzie mają tendencję do słuchania głównie księży. Wielu księży ma liczne grono zwolenników, prowadzą blogi lub kanały na YouTubie, gdzie powielają język prawa kanonicznego albo kreują się na ofiary współczesnego społeczeństwa, które ich zdaniem jest dekadenckie, indywidualistyczne i tak dalej.
Uważają siebie za posłańców prawdy. Dzięki temu łatwiej jest im trafić do ludzi o konserwatywnych poglądach.
Masz nadzieję, że Wasze zaangażowanie coś zmieni?
Tak i nie. Myślę, że nie dożyję dnia, w którym coś się zmieni w tych sprawach, o które walczyłam. Ale powtarzam sobie, że jestem tylko trybikiem w kołowrotku historii i że większość ludzi, którzy się angażowali w zmiany, nigdy nie zobaczyła owoców swoich działań. Moim obowiązkiem jest wnieść ten swój niewielki wkład, ale bez przywiązywania się do tego, że muszę absolutnie zobaczyć efekty. Tu naprawdę potrzebna jest pokora, by zrozumieć, że większości problemów nie da się łatwo rozwiązać.
Musimy starać się jak najlepiej wykorzystać nasze zasoby, by robić to, w co się wierzy. Mamy też pewną odpowiedzialność za własne życie: aby żyć z radością. Żeby dawać innym nadzieję i dzielić się wiarą. Ale też dbać o własne zdrowie, także psychiczne. Przecież nie chodzi o to, by się wypalić, być sfrustrowanym i nieprzyjemnym dla innych.
Ale też jakieś efekty by się przydały. Bo przecież zależy mi, by się udało. Gdy widzimy rezultaty tego, co robimy, dostajemy zastrzyk energii, bez której trudno byłoby dłużej wytrzymać. Wsparcie innych dla tego, co robię, to też jest efekt. Dla mnie bardzo ważny.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.







