Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Wydanie specjalne "Polska Żydowska"

O chemicznej parówce

O chemicznej parówce

07.01.2019
Czyta się kilka minut
Dwa. Tyle kilogramów, i to licząc ostrożnie, tzw. dodatków do żywności wchłonął każdy i każda z was, drodzy moi goście, w ciągu ubiegłego roku.
ADOBE STOCK
J

Jak eufemistycznie określa poświęcony im raport Najwyższej Izby Kontroli, są to „substancje, które w normalnych warunkach nie są spożywane same jako żywność i nie są stosowane jako charakterystyczny składnik żywności”. Czyli, tak już mniej urzędowo, chemiczne świństwa, których zwierzęca, instynktowna, ponoć bezrozumna część naszej osoby nigdy by nie tknęła nawet długim kijem, gdyby nie została do tego przymuszona gwałtem przez część tzw. racjonalną, myślącą i kalkulującą.

Jeśli wczoraj na śniadanie zjedliście kajzerkę z margaryną lub serem topionym i parówką, popiliście napojem smakowym i jogurtem owocowym, do obiadu zrobionego własnoręcznie dodali kupną sałatkę, po południu przekąsili drożdżówkę, a na kolację zjedli np. polędwicę, to w waszym ciele, jak wynika z symulacji typowego jadłospisu zrobionej przez inspektorów NIK, znalazło się 85 dodatków. Przeciwutleniaczy,...

5701

Dodaj komentarz

Chcesz czytać więcej?

Wykup dostęp »

Załóż bezpłatne konto i zaloguj się, a będziesz mógł za darmo czytać 6 tekstów miesięcznie! 

Wybierz dogodną opcję dostępu płatnego – abonament miesięczny, roczny lub płatność za pojedynczy artykuł.

Tygodnik Powszechny - weź, czytaj!

Więcej informacji: najczęściej zadawane pytania »

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

no to jest typowy dla nowej generacji młodych przemądrzałych styl uprawiania dyskursu pseudonaukowego - te same osobniki, co hektolitrami wlewają w siebie alkohol pod różnymi postaciami, okadzają się dymem nie tylko tytoniowym, obżerają tonami frutti di srutti itepe, tokują najgłośniej jak potrafią o "wszechobecnej glutenowej truciźnie", "pułapce laktozy" i tym podobnych bredniach - a rzeczywistość jest taka, prosze Państwa, że ludzie między innymi dzięki tym "chemicznym świństwom" od dekad nie znają, co to głód, żyją coraz dłużej - i oczywiście tokują zwykle najgłośniej ci, co zarabiają powyżej glonu, co ich stać na te nieraz szemrane biofrykasy - jest jeden wątek w tym bełkocie, który mnie zawsze prowokuje do odpowiedzi wprost i prosto w oczy: "O N I dosypują tych świństw do jedzenia żebyśmy się od niego uzależnili" - przestań pieprzyć, rusz dupą i zacznij mniej żryć, tak im wtedy mówię

według jakiegoś pozornie racjonalnego, a w rzeczywistości magiczno-mistycznego klucza (ze szczególnym uwzględnieniem magii sympatycznej) były znane już w starożytności. Gnostycy zalecali spożywać pokarmy lekkie, jasne i "świetliste" (do ideału zbliżał się plasterek świeżego ogórka), a unikać takich w kolorze krwi i ziemi, aby banalne zaspokajanie głodu nie rujnowało duchowego wysiłku ku samopoznaniu i uwolnieniu cząstek boskiego ducha z okowów materii. Na przeciwnym biegunie mamy wyznawców (na sekciarski charakter ruchu niejednokrotnie wskazywano) "diety Kwaśniewskiego". Ich guru twierdzi, że dieta "bydełkowa", to jest roślinna, nie tylko szkodzi fizycznemu ciału, ale upośledza ducha, zmieniając człowieka w posłuszne bydlę - i dlatego jest propagowana przez mainstreamowe media. Człowiek, istota z mięsa, tłuszczu i kości, powinien jeść wyłącznie mięso i tłuszcz (kości można wyrzucić), tak jak samochodu nie pasie się sianem, tylko... no właśnie, "doktor" Kwaśniewski prześlizguje się gładko nad znanym faktem, że samochody nie "odżywiają się" złomem lecz niepodobną do metalu benzyną. Ciekawym przypadkiem jest makrobiotyka, "dieta Zen", dziś nieco zapomniana, ale popularna we Francji w latach 60. i 70. i w Polsce dekadę później. Polega ona na spożywaniu całych ziaren zbóż (do 60% masy przyjmowanych pokarmów), najlepiej brązowego ryżu. Jej twórca, rzekomy profesor, który swoje autentyczne japońskie nazwisko zamienił na Ohsawa - kulawo "japonizujące", za to przypominające frazę "Oh ça va!" - argumentował to mądrością natury, która dla nowego życia, czyli zarodków, spreparowała najlepszy lunch box, jaki można sobie wyobrazić. Makrobiotyka miała zresztą leczyć i utrzymywać w formie nie tylko jednostki, ale, przy odpowiednio dużej liczbie praktykujących, także stosunki społeczne i międzynarodowe, czyli służyć zarazem jednostce, ludzkości i planecie. Całkiem jak współczesne kuchenne ekologizmy. ;) Pora wyznać, że przed dekadami i ja, napotkawszy ma małym dziedzińcu naszej Alma Mater ogłoszenie studenckiej stołówki makrobiotycznej, chciałem spróbować, ale tak się złożyło, że wpadła mi wówczas w ręce książka o współczesnych sektach pt. "La tête de poisson", której autor właśnie Ohsawie poświęcił najwięcej uwagi. Toteż odpuściłem. A i dzisiaj sądzę, że jeśli ktoś musi tak drastycznie z sobą eksperymentować, to nie z żołądkiem. Już lepiej pomedytować albo nawet wypić wodę zmieszaną z popiołem z wizerunku Jizo. Jeśli nie pomoże, to zbytnio nie zaszkodzi.

Szkoda że autor nie zorientował się że niestrudzona pani redaktor Karolina Glowacka z Tok FM przeprowadziła śledztwo z którego wynikło że raport NIK odnosi się sam do siebie, a jako źródło tych sensacji podaje stronkę na Filipinach. Teraz NIK próbuje jakoś się ustosunkować ale generalnie to fuckup

albo po prostu rzetelna, bo nie podważa raportu jako takiego - metodyki, wyników kontroli, przytaczanych badań i wreszcie poprawności wniosków, a jedynie obnaża głupotę "umedialnienia" dokumentu w taki sposób, jak to zrobiono. Problem w tym, że najważniejsi odbiorcy takich publikacji, czyli media i tzw. liderzy opinii, poprzestają na lekturze "executive summary", a i to bez gwarancji, że do ostatniej kropki akapitu. Toteż trzeba od razu walnąć jak obuchem jakimś sensacyjnie brzmiącym "skrótem myślowym", najlepiej okraszonym liczbą, żeby wyglądało konkretnie i poważnie. Znają ten chwyt wydawcy prasy "lajfstajlowej", z tym że ich czytelnik płaci, więc choćby z tego względu zagląda do wnętrza, w przeciwieństwie do większości dziennikarzy. I czytamy potem sto razy tę bzdurę z filipińskiej stronki, której, nota bene, przeczą właściwe wnioski raportu. Wynika z nich bowiem m.in., że nie sposób obliczyć ADI na podstawie typowego jadłospisu i zawartości etykiet, na których producenci mają obowiązek tylko wymienić dodatki, bez wskazywania ich ilości. Tam zaś, gdzie można było coś ustalić, niejednokrotnie stwierdzano przekroczenie norm o kilkaset procent. Do tego dochodzą luki w systemie nadzoru oraz wątpliwości co do badań, na podstawie których ustalono wiele lat temu normy europejskie. Wieje nudą, prawda? Najgorsze w całej sprawie jest jednak to, że jeśli bzdura niezauważona co najwyżej utrwali przekonanie konsumentów, że E jest be i "oni" nas trują (nawiasem mówiąc, idiotyzmem jest też propagowanie rozumienia tej całkowicie umownej nomenklatury jako realnej kategorii substancji sztucznych bądź szkodliwych, na co zwraca uwagę w swoim komentarzu p. Mirosław Dworniczak), to bzdura zdemaskowana stanie się - już się stała! - dla lobby producentów żywności pretekstem do sabotowania prób uszczelnienia nadzoru czy modyfikacji przepisów dot. informacji o dodatkach, z czego dla nich wynikają tylko dodatkowe kłopoty i koszty. Vous l'avez voulu, panie prezesie Najwyższej Izby. A na koniec, żeby się poczuć w międzynarodowym towarzystwie, wiadomość z dzisiejszego Le Monde: raport, na podstawie którego ponownie dopuszczono w UE stosowanie glifosatu w 2017 roku, okazał się w 70% plagiatem - często słowo w słowo - dokumentacji homologacyjnej dostarczonej urzędom unijnym przez... Monsanto, czyli producenta tego herbicydu. I żeby było jasne, nie ma obaw, że od glifosatu czy genetycznie zmodyfikowanej kukurydzy wyrośnie komuś ogon albo cielęta będą się rodzić z dwiema głowami, ale problem GMO na poziomie upraw i ekosystemów realnie istnieje.

Szanowny Autorze zacznijmy od samego początku: "Dwa. Tyle kilogramów, i to licząc ostrożnie, tzw. dodatków do żywności wchłonął każdy i każda z was, drodzy moi goście, w ciągu ubiegłego roku." Przykro mi bardzo, ale od razu muszę napisać: NIE. Ta liczba jest wzięta z sufitu. Jeśli znajdzie Pan źródło (poza raportem NIK), będę wdzięczny. Jedziemy dalej: "Czyli, tak już mniej urzędowo, chemiczne świństwa, których zwierzęca, instynktowna, ponoć bezrozumna część naszej osoby nigdy by nie tknęła nawet długim kijem" Na liście tych dodatków E znajduje się m.in. tlen - omija Pan świadomie? Wątpię. Są tam też witaminy, jest chlorofil (zapewne jada Pan szpinak albo kapustę?), jest kapsaicyna (paprykę też Pan omija instynktownie?), jest betanina (buraki wywalamy z diety?), antocyjany (maliny, czarna porzeczka, winogrona, bakłażany) i wiele, wiele innych. Owszem, są też złe przeciwutleniacze (BHA, BHT) i sporo innych niezbyt zdrowych związków, ale naprawdę nie można wszystkiego wrzucać do jednego wora. W razie potrzeby oferuję konsultacje chemiczne na przyszłość. Adres zna red. Michał Kuźmiński.

[nb mnie też irytują demagogiczne i kompletnie nieraz pozbawione merytorycznego sensu manifesty wszelakiej maści naprawiaczy świata]

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]