Reklama

Wieczna czułość

Wieczna czułość

27.02.2007
Czyta się kilka minut
Julia Hartwig zmarła w nocy z 14 na 15 lipca 2017 roku. Przypominamy wywiad, który dla "Tygodnika Powszechnego" z Poetką przeprowadził Jarosław Borowiec.
J

JAROSŁAW BOROWIEC: - Swój książkowy debiut, który ukazał się w 1956 r., zatytułowała Pani "Pożegnania". Z czym żegnała się wówczas Julia Hartwig?

JULIA HARTWIG: - To bardzo biograficzne pytanie. Właściwie nie wiem, czy należy je mieszać do tego tomu, ale ponieważ jego tytuł brzmi tak a nie inaczej i jest rzeczywiście mało uzasadniony w wierszach, ma pan prawo, żeby mnie o to zapytać.

Jako młoda osoba, zaraz po wojnie wyjechałam na stypendium do Paryża. Mieszkałam tam przez prawie cztery lata - do 1950 roku. Był to dla mnie nie tylko ogromny szok kulturowy, ale również czas kształtowania się mojego poglądu na świat i sztukę. Powrót do Polski był więc pożegnaniem z okresem paryskim, z czasem swobody i estetycznych poszukiwań. Miałam poczucie, że wracając, trzeba będzie wiele rzeczy rozpocząć od nowa, a nie będzie to łatwe, bo zdobyte tam doświadczenie będzie utrudniało przyzwyczajenie się do nowego świata. Wynikło to także z przełomów w moim prywatnym życiu. Zostałam osobą samotną, było to więc pod każdym względem pożegnanie uzasadnione, a intensywność przeżywania tamtych chwil wymagała właśnie takiego tytułu.

- Wydany niemal pół wieku później, dotychczas ostatni zbiór Pani wierszy nosi natomiast tytuł "Bez pożegnania". "Bez pożegnania, odchodzą od nas ludzie, uczucia i przemijające sezony". Co zatem pozostaje?

- Zostaje to, co następuje.

Powinna była ulecieć

- A może pozostaje czułość - jak zatytułowała Pani jeszcze inny tom?

- Zatytułowałam ten tom z pewnym zażenowaniem. Po pierwsze dlatego, że jest czymś strasznie niemodnym, żeby w ten sposób nazywać zbiór wierszy, a po drugie, że czasami od czułości do czułostkowości droga jest bardzo krótka. W życiu ludzie często mylą te pojęcia. Czułostkowość jest ostatnią rzeczą, którą bym okazywała wobec świata czy ludzi, a w stosunku do sztuki jest ona rodzajem obrazy. Tytuł jest zawsze jakąś deklaracją, a ja się obawiam deklaracji. Czułość jest pojęciem bardzo niedynamicznym, a wiersze mimo wszystko dynamiki potrzebują, dlatego takie wyznanie jest skazaniem własnych zapisów na coś statycznego, a tego bym nigdy nie chciała. Zastanawiam się dziś, czy ten tytuł nie był błędem. Chociaż wiem, że bym go nie zmieniła, tym bardziej że był to tom, który nagle zbudził ludzi do czytania moich wierszy.

Sądzę, że czułość to jedna z cech osobowości, którą zostajemy mniej lub bardziej obdarowani. Wymaga wstrzemięźliwości i uwagi. Trudno się czasami z nią żyje, ale opłaca nasze różne gorycze. Krytycyzm warto zachować, bo często bywa uzasadniony, ale więcej wiemy o człowieku, patrząc na niego z czułością, która nie tyle odnosi się do niego osobiście, ile - to okropne, co powiem - do rodu ludzkiego. Do losu, który nam przypada. Jest on często nieszczęśliwy, w sferze naszych pragnień kończy się jak gdyby na niczym. Jest tyle cierpienia w naszym życiu, że jeżeli nie potrafimy uaktywnić czułości, która w nas jest, mniej wiemy o świecie.

- W wierszu "Przywoływanie" zapisała Pani przejmujące słowa: "O, mamo, jak to się stać mogło? Z nas wszystkich ty jedna powinnaś była umieć latać". Matka zmarła, kiedy miała Pani dziewięć lat. Powiedziała Pani kiedyś: "Jakoś jej współczułam".

- Mama rzuciła się z okna, to był skok samobójczy. Była osobą wielkiego charakteru i prawości, miała bogate i piękne życie wewnętrzne. Nie mówiła bez potrzeby. Była wzorem tego, jak można się zachować w przeciwnościach. Kiedy o niej myślę, jestem przekonana, że powinna była wtedy ulecieć, a nie spaść.

Miejsce jest zawsze jakimś kapitałowym wkładem w nasze życie. Są miejsca, do których będziemy zawsze wracać, i takie, w których nigdy nie będziemy czuć się u siebie. Dosyć szybko opuściłam Lublin - miasto urodzenia i dzieciństwa - jednak on we mnie wciąż jest, myślę zwłaszcza o Starym Mieście lubelskim. Żyli tam z jednej strony patrycjusze, z drugiej biedota żydowska, to wszystko było dla mnie nieznanym światem, więc tym bardziej przyciągającym. Moja matka była Rosjanką, ojciec Polakiem. Zostaliśmy wychowani po katolicku, ale chodziłam w dzieciństwie i do kościoła, i do cerkwi. To dało mi poczucie, że świątynia jest świątynią, bez względu na to, jaką liturgię się w niej sprawuje, że religie się nie wykluczają.

Matka była bardzo przywiązana do swojej rodziny, której w ogóle nie poznałam. Zostały zdjęcia. Wszyscy siedzą za stołem jak u Czechowa, mają poważne twarze i wyglądają bardzo sympatycznie. Jestem pewna, że byli to ludzie wielkiej zacności. Zresztą to, co matka wyniosła z domu, jest najlepszym dowodem. Pochodziła z rodziny niezamożnej, ale mój ojciec w Moskwie był zamożny i dobrze im się powodziło. Uciekając przed sowieckim terrorem, do Polski przyjechali z niczym. Najpierw zatrzymali się w Chełmie, mieli zamiar jechać do Warszawy, ostatecznie zostali w Lublinie. Mieli już czworo dzieci, zamieszkali na facjatce, potem jeszcze ja się urodziłam. Ojciec był fotografem, stale zajęty, wiele pracował. Matka znalazła się w obcym kraju, który w stosunku do Moskwy był trochę barbarzyńską prowincją. Nie mogła pojechać do swojej rodziny, nie mogła nawet napisać listu. Nie miała żadnego znaku ze swojej przeszłości, żadnej wiadomości od ludzi, których kochała. Bardzo garnęła się do grupy białych imigrantów, którzy zrobili na mnie jako na dziecku ogromne wrażenie. Była to grupa ludzi pełnych kultury, pięknie ze sobą obcujących, z wielką dyskrecją.

Współczucie rośnie razem z człowiekiem i żeby zbliżyć się do zrozumienia takiej tragedii, potrzeba dojrzałości. Trzeba samemu wiele przeżyć, żeby wiedzieć, że oddalenie od bliskiego człowieka jest tak wielkim cierpieniem, że można go nie móc przetrzymać.

Ja zresztą zawsze prowadziłam nieco inny tryb życia niż moja rodzina. Nagle wyjechałam do Francji, nagle wyszłam za mąż, nagle się rozwiodłam. Zapisałam w "Błyskach", że poczuwając się do związków z rodziną, często od niej uciekałam, poszukując własnego miejsca.

Dotknąć jej barwy

- Powiedziała Pani, że człowiek piszący więcej wie o życiu.

- Jeżeli ktoś pisze, to czy chce, czy nie, musi więcej wiedzieć, bo przede wszystkim więcej widzi. W dziedzinie obrazu, odgadywania uczuć rozmówcy, dostrzegania szczegółu, wyczucia aury. Nie można osiągnąć pisarskiej jakości nie będąc uważnym. Bez ciekawości tego, co nas otacza. Nie słuchając ludzi i nie dostrzegając świata. Jeżeli to, co piszę, jest coś warte, to w dużej mierze dzięki skupieniu i uwadze.

Jako młoda dziewczyna dopuszczana byłam często przez moje starsze rodzeństwo do decyzji, które wymagały większego doświadczenia niż moje. Ich zaufanie wynikało z faktu, że pisałam. Widać tamto pokolenie żyło jeszcze w przekonaniu, że człowiek, który pisze, zwłaszcza wiersze, zapewne więcej wie o życiu. To jest przekonanie, które dziś zupełnie zanikło. Zapewne z winy obu stron.

- Czy czułość może od nas odejść?

- Wydaje mi się, że to jest jak gdyby cecha immanentna. Że jeżeli ktoś jest zdolny do takiego patrzenia na świat, to go nie zmieni. Nawet wewnętrzne załamanie czy silne przeżycie, które może nas zrazić do świata i ludzi, nie może tego złamać. Nie wiem, czy można w sobie wyrobić czułość. Miłosz powiedział mi kiedyś: "Ty o wszystkich piszesz dobrze". To z jednej strony pochwała, z drugiej zaś zarzut. I coś takiego nieustannie wokół mnie krąży. W wierszach widać mój charakter i moją osobowość, bo wypowiadam się w pisaniu niemal wprost, chociaż - jak mi się zarzuca - z rezerwą. Natomiast jest wiele wierszy, zwłaszcza ostatnio pisanych, w których bardzo się otwieram. Dziwne, że niewielu to zauważa.

Czułość wymaga dojrzałości emocjonalnej, nie lubi taniego nadużywania. Chyba największą utratą jest właśnie utrata czułości. Nawet gorszą niż utrata miłości. Bo czułość to uczucie ochraniające dwoje ludzi, w miłości niczego takiego nie ma. Czułość jest jak gdyby osłoną miłości, której jeśli się pozbyć, to już niewiele pozostaje. Są ludzie, którzy są czuli, chociaż nie potrafią tego wyrazić. Jest sto sposobów, które są okazaniem czułości, a nie są demonstracją. Czułość jest spontaniczna, wyrasta z nas, współczucie wyrasta z okoliczności. Chociaż czułość może się skończyć w stosunku do człowieka, który żyje, jest wielką zagadką, że nie kończy się ze śmiercią bliskiej osoby. Pozostaje żywa i wieczna. To jest jej wielka cnota.

Pamięć czułości to także trudna nauka milczenia. Tym charakteryzują się wielkie uczucia, że obok wyznań wymagają także ogromnej dozy milczenia. Bywa ono trudne i bolesne, ale jest najwspanialszą zapłatą.

- "Tęsknota największa, bo nieosiągalna to dotknąć tej najczulszej chwili przeszłości. Dotknąć jej ciepła, barwy, dotknąć cieleśnie" - to jeden z Pani zapisów.

- Natura wspomnienia jest właściwie zjawowa. Ta tęsknota jest w jakiś sposób czystą tęsknotą i człowiek o zdrowych zmysłach dobrze wie, że wspomnienia nie można wskrzesić w sposób konkretny, dotykalny, cielesny. Zwłaszcza jeśli chodzi o wspomnienia związane z człowiekiem bliskim, którego już nie ma. Wskrzeszamy tylko nasze wizje. Człowiek zbudowany jest z równoczesnej chęci obcowania psychicznego i fizycznego. Chcemy widzieć, chcemy móc dotknąć, jak niewierny Tomasz. Gdy zostaje tylko jedna z tych obecności, czujemy się pokrzywdzeni.

Jest też w nas coś z pięknej dumy człowieka, który wspominając, cierpi, ale nie chce się do tego przyznać, żeby nie budzić w kimś czułości, której źródłem byłaby litość czy choćby współczucie.

***

- Często przywołuje Pani słowa Sartre'a: "Ten, kto akceptuje życie, jest rodzajem łajdaka, ten zaś, kto je odrzuca, zasługuje na miano bękarta". Pani ostatnia książka to "Wybrańcy losu" - zbiór wspomnień o ludziach, których darzyła Pani czułością. W jaki sposób Pani czuje się wybrana przez los?

- Myślę, że tylko w tym znaczeniu, iż czuję się zdolna do podźwignięcia tego, co zostało mi dane w życiu. Bardziej jestem łajdakiem niż bękartem. Nie czuję się pokrzywdzona, czuję się wdzięczna i ten dar wdzięczności jest dla mnie właśnie wybraniem.

Z Julią Hartwig będzie się można spotkać 1 marca o godz. 18.00 w warszawskim Klubie Księgarza podczas promocji tomu Artura Międzyrzeckiego "Wiersze 1946-1996".

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]