Reklama

Zobaczcie w nas ludzi!

Zobaczcie w nas ludzi!

17.05.2006
Czyta się kilka minut
Yasmina Khadra /fot. G. Kozakiewicz
-

- AGNIESZKA SABOR: Pierwszy stereotyp wali się w gruzy, zanim jeszcze czytelnik otworzy Pana książkę: arabski pisarz używa żeńskiego pseudonimu literackiego.

- YASMINA KHADRA: Kiedy odkryłem, że urodziłem się po to, by zostać pisarzem, byłem już zawodowym żołnierzem. Pierwsza książka, którą napisałem, sprawiła w wojsku sporo zamieszania. Może dlatego, że okazała się sporym sukcesem? Przełożeni potraktowali moje pisarstwo jako niesubordynację. Długo nie mogłem zrozumieć, dlaczego tak często jestem wysyłany w bezsensowne misje na pustynię. Wreszcie kuzyn, również wojskowy, zwrócił mi uwagę, bym czytał gazety. Rzeczywiście! Zawsze jechałem na pustynię wtedy, kiedy ukazywała się jakaś recenzja mojej książki albo wywiad ze mną! W końcu wydano przepis, że każdy żołnierz parający się pisarstwem ma obowiązek przed drukiem przedstawić tekst cenzurze wojskowej. Ilu było pisarzy w armii algierskiej? Oczywiście przepis odnosił się wyłącznie do mnie. Nie mogłem pozwolić na masakrowanie moich książek, postanowiłem więc w ogóle przestać pisać. Załamałem się. Żona, nie mogąc już znieść mojego smutku, znalazła rozwiązanie: "Używaj pseudonimu. A jako że ty dałeś mi nazwisko na życie, ja daję ci nazwisko na wieczność". Pseudonim Yasmina Khadra to imiona mojej żony, urodzonej w Oranie.

---ramka 432199|lewo|1---- Jako żołnierz ma Pan doświadczenie brutalnej wojny bratobójczej, która ogarnęła Algierię w latach 90. W jaki sposób terroryzm wpłynął na Pana twórczość?

- Urodziłem się na Saharze. Moja matka była nomadką. Wedle rodzinnej legendy jeden z moich przodków założył - dawno temu, jeszcze w czasach Abbasydów - pierwszą szkołę na pustyni. Dziadek pozostał w pamięci Algierczyków jako wybitny poeta. Jego twórczość była jeszcze sztuką mówioną. W Algierii opowiadano, że kiedy deklamował swoje wiersze, gasły świece. Czasem próbuję czytać moje wiersze przy świecach. Niestety, światła jeszcze nie gasną. Może kiedyś?

Ojciec postanowił jednak poświęcić mnie ojczyźnie. Dzieciństwo spędziłem w średniowiecznej fortecy jako kadet. Nie miałem dość odwagi, by uciec. Zresztą byłem odpowiedzialny za kuzynów. Już wtedy pisałem - nieco zbyt bujną, kwiecistą lirykę w języku arabskim... Któregoś dnia dostałem w prezencie "Obcego" Camusa. To było olśnienie: zrozumiałem, czym jest prostota. Postanowiłem pisać wyłącznie po francusku i wyłącznie prozę.

Jednak prawdziwy początek mojej pracy pisarskiej wiąże się z wydarzeniem tragicznym. Któregoś dnia zostałem wysłany z misją wojskową. Wraz z kierowcą wjechaliśmy do jakiegoś miasteczka. Było puste i to obudziło nasz niepokój: jeśli gdzieś nie ma ludzi, można spodziewać się najgorszego. Żołnierz najbardziej boi się pustki. Okazało się jednak, że wszyscy są na cmentarzu - świętują rocznicę wojny algierskiej. Postanowiłem, że dołączymy do mieszkańców, a potem - korzystając z zamieszania - spokojnie wyjedziemy. To była piękna uroczystość: pamiętam śliczną twarz kilkunastoletniego skauta. Nagle, gdy wybrzmiały już pieśni, usłyszałem wielkie "bum!". Okazało się, że terroryści podłożyli ładunek wybuchowy w grobie, który rozprysł się, zabijając m.in. skauta. Tego samego, na którego patrzyłem chwilę wcześniej. Nie pamiętam, co było potem. Moja żona twierdzi, że przez ponad miesiąc nie jadłem, nie spałem, tylko pisałem...

- A jednak, gdy czytam Pana ostatnią książkę przetłumaczoną na język polski - "O czym marzą wilki" - widzę człowieka, a nie terrorystę.

- Bohater powieści, o której Pani wspomniała, marzy o karierze w Hollywood. Ba, jest zdolny i piękny, zagrał nawet w jakimś nic nieznaczącym filmie. Dla chleba zostaje szoferem zamożnej rodziny. Poddaje się absurdalnym wymogom, bo wydaje mu się, że to poprowadzi go do sławy. Wbrew pozorom, praca u bogaczy wcale nie zmienia jego statusu społecznego. Wprost przeciwnie! Staje się świadkiem śmierci przygodnej przyjaciółki syna swojego pracodawcy. Przedawkowała narkotyki, a on teraz musi pomóc pozbyć się jej ciała. Przerażające doświadczenie izoluje go od ludzi, zamyka przyszłość - choć wkrótce popełni przecież zbrodnie tak straszliwe, że usunięcie ciała zmarłej dziewczyny wydaje się przy nich niewinną igraszką. Terrorysta, z którym kiedyś rozmawiałem, powiedział mi, że nigdy nie zapomni swojego pierwszego mordu. Kolejne są już tylko próbą zapomnienia o pierwszym. Kiedy wchodzi się na ścieżkę zbrodni, nie ma odwrotu...

- Brak złudzeń sprawia, że ktoś staje się terrorystą?

- Tak. To nie wynika bezpośrednio z biedy. Proszę przyjrzeć się uważniej współczesnym terrorystom, których dość naiwnie nazywa się islamistami: to ludzie dobrze wykształceni, zlaicyzowani, pozornie zintegrowani ze światem, który ich otacza. Tyle tylko że jeszcze niedawno mieli swoje plany, dążenia, marzenia. Nikt ich nie wysłuchał, nikt nie dał im rozwinąć skrzydeł. A kiedy poczuli się rozczarowani, przyszedł guru, islamski mułła i powiedział im, jak mogą uszczęśliwić siebie i świat. Nie zostaje się terrorystą, żeby mordować, ale żeby coś poprawić, udoskonalić. Żeby uratować własną godność. Potem zaczyna się zabijanie.

- Czy ta machina zabijania ma coś wspólnego z nagłośnioną po zamachach z 11 września teorią o "zderzeniu cywilizacji"?

- Twierdzenie Samuela Huntingtona jest jeszcze jednym dowodem na narcyzm kultury Zachodu. Wy nic nie rozumiecie, choć wydaje wam się, że rozumiecie wszystko. Wpatrujecie się w lustro i sami sobie prawicie komplementy. Czujecie się lepsi, nowocześniejsi, a tymczasem jesteście jedynie zadufani. Nam, Arabom, pozostawiliście rolę sługusów albo morderców. Nie chcecie zobaczyć w nas partnerów, zwykłych ludzi. Tak jest wam wygodniej. Tymczasem świat arabski bardzo się zmienia, podczas gdy Zachód obumiera, kostnieje. To prawda, przewyższacie nas technologicznie i organizacyjnie. Ale najważniejsza debata, najważniejsza bitwa o przyszłość humanizmu nie toczy się na ekranach waszych telewizorów, gdzie miejsce autorytetów zajęli idole, ale w naszych arabskich kafejkach, na naszych arabskich ulicach. Wydaje wam się, że terroryzm jest wymierzony w was, ludzi Zachodu. Mnie, Algierczykowi, wolno powiedzieć, że przede wszystkim dotyka on nas, Arabów. To walka między mułłami a arabską inteligencją. Do tego ta zachodnia hipokryzja! Mówicie nam, że przychodzicie z bronią, żeby krzewić wśród Arabów demokrację, a przecież chodzi tylko o pieniądze. Każda wojna napędza koniunkturę.

- Jak opisałby Pan więc problemy świata arabskiego?

- Moje książki dotyczą różnych krajów: Palestyny, Algierii, Afganistanu. Teraz zamierzam napisać książkę o Iraku. Myślę, że wszystkie te kraje są do siebie podobne. Łączy je fakt, że zawładnęły nimi skorumpowane i niekompetentne rządy. To zdumiewające, że w rejonach najbardziej roponośnych większość mieszkańców nie ma dostępu do gazu. W przypadku Afganistanu nakłada się na to jeszcze jeden problem: komuniści za wszelką cenę starali się tam wyrugować religię. Na Zachodzie wszyscy byli zdumieni faktem, że talibowie zniszczyli posągi Buddy. Dla mnie to tylko ponura konsekwencja wcześniejszych wydarzeń. Ale rząd to nie społeczeństwo, które ma swoje marzenia! Dlatego nie piszę politycznych powieści o terroryzmie. To przede wszystkim studia nad ludzką wrażliwością, nad kruchością człowieka. Bo w pewnych okolicznościach można by postawić znak równości między terrorystą, skinheadem, pseudokibicem czy neonazistą.

- Mimo krytycznego stosunku do Zachodu, w 2000 roku zdecydował się Pan jednak wyjechać na stałe do Francji.

- Mieszkam z rodziną w Aix-en-Provence. Zanim wyjaśnię dlaczego, muszę podkreślić, że w Algierii po wielu latach służby - nierzadko w warunkach bojowych - przeszedłem na emeryturę wojskową. Podkreślam to, żeby nie wkradło się żadne nieporozumienie: nie zostawia się ojczyzny w czasie wojny, to byłaby zwykła dezercja. I moje konflikty z przełożonymi nie mają tu nic do rzeczy. Wyjechałem do Francji, ponieważ moje książki zaczęły być znane w świecie. Przetłumaczono je na 20 języków. Najnowsza, "L'attentat" ("Zamach"), zostanie najpewniej sfilmowana w USA. Jestem bez przerwy w drodze, między Singapurem, Nowym Jorkiem a Krakowem. We Francji łatwiej załatwiać wszelkie formalności wydawnicze, wizowe itp. Dlatego tam mieszkam.

- Czuje się Pan misjonarzem sprawy arabskiej w świecie?

- Tak, ale misjonarzem niechcianym. Pamiętam, jak na początku lat 90. po raz pierwszy wysłałem moją książkę do paryskiego wydawnictwa. Ostrzegałem wtedy, że to, co dzieje się w Algierii, stanie się także udziałem Zachodu. To był ewenement: arabski pisarz szukał francuskiego wydawcy! Książka przeleżała kilkanaście miesięcy na czyimś biurku, po czym dostałem faks, że nie zostanie wydana. Wielki i znany wydawca przestraszył się: właśnie zaczęły się ataki terrorystyczne w paryskim metrze. Opublikował ją wydawca mniej znany, ale za to odważniejszy. Szybko zostałem uznany za autorytet w sprawach arabskich. Zapraszano mnie do debat radiowych i telewizyjnych, udzielałem mnóstwa wywiadów, co oczywiście nie pomagało mi w karierze wojskowej. Pytano mnie o zdanie aż do momentu, w którym na rynku francuskim pojawiła się pewna książka. Jej autor oszkalował kilku moich przyjaciół z armii, którym zarzucił, że w przebraniu terrorystów napadają na ludność cywilną. Wiedziałem, że to szkaradne kłamstwo, a że oni nie mogli się już bronić - zginęli - musiałem odpowiedzieć. No i miało to dla mnie we Francji konsekwencje.

- Mieszka Pan we Francji - jak ocenia Pan niedawną "rewoltę przedmieść"?

- Irytują mnie głosy łączące te wydarzenia ze społecznością arabską: to Francuzi wykluczeni z Francji protestowali, chcąc pozostać Francuzami. Zresztą Francja zdaje się czasami zapominać, że Arabowie stawali w jej obronie w każdej wojnie od czasów Napoleona. Mają prawo czuć się jej obywatelami. Fatalnym błędem jest przy tym francuski model integracji, odczytywany przez Arabów jako dezintegracja. O wiele lepiej poradzono sobie np. w Kanadzie: tam każdy jest Kanadyjczykiem, a zarazem kimś jeszcze. Jestem muzułmaninem. Mieszkam wśród chrześcijan, Żydów, ateistów. I każdy z nas może ofiarować coś drugiemu. Zwracam się do Polaków, którzy niedługo staną przed faktem, że w ich kraju pojawią się ludzie o innej karnacji, religii i obyczajach. Proszę, nie pozbawiajcie ich tego, co w nich najlepsze - przede wszystkim wiary. Od każdego przybysza żądajcie podpisania zobowiązania, że będzie przestrzegał waszego prawa. Ale jeśli będzie chciał nosić na głowie chustę albo modlić się do innego Boga, pozwólcie mu na to. Jeśli pozostawicie mu to, co w nim najlepsze, podzieli się z wami tylko dobrem. Jeśli ogołocicie go, będzie mógł oddać wam tylko zło - a to oznacza przemoc.

- O Algierii mówi się dziś mniej niż kiedyś. Jak wygląda dziś sytuacja w tym kraju?

- Od dawna obawiałem się, że kiedy nie będzie już kogo zabijać, Algierczycy padną sobie w ramiona. Obawiałem się tego, bo jeżeli pojednanie ma być prawdziwe, musi opierać się na sprawiedliwości. A dziś na ważnych uroczystościach państwowych dostrzegam znanego terrorystę, który ma na sumieniu krew setek niewinnych ludzi.

- Czy Pana książki tłumaczone są na język arabski?

- Mam wrażenie, że arabscy wydawcy jeszcze się boją. Ale wierzę, że kiedyś zdobędą się na odwagę.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]