Reklama

Zbyszek nie był pomnikiem

Zbyszek nie był pomnikiem

04.11.2008
Czyta się kilka minut
Katarzyna Herbert: Herbert zamienia się w pomnik. Nie wiem, dlaczego nikt nie chce wieszać tablic z jego wierszami, natomiast jest mnóstwo chętnych do budowania pomników. Rozmawiał Andrzej Franaszek
A

Andrzej Franaszek: Jak Pani ocenia Rok Zbigniewa Herberta?

Katarzyna Herbert: To jest bardzo trudne pytanie. Muszę przede wszystkim być obiektywna i docenić ogromny wkład pracy oraz dobrą wolę osób i instytucji, przygotowujących imprezy, które przetoczyły się przez kraj. Najważniejszą rolę odegrała tu Biblioteka Narodowa z dyr. Tomaszem Makowskim na czele, który m.in. stworzył doskonałe warunki dla działań Komitetu Organizacyjnego. Ten rok kosztował mnie jednak wiele wysiłku, nie tylko fizycznego, i jestem bardzo zmęczona.

Było poruszające, kiedy po śmierci Zbyszka - jak sądzę, spontanicznie - powstawały jak grzyby po deszczu szkoły jego imienia. Wybór patrona to wspólna decyzja nauczycieli, rodziców i uczniów, a więc dla tych młodych ludzi jego twórczość musi mieć znaczenie. Natomiast, szczerze mówiąc, nie jestem wielką zwolenniczką wtłaczania czyjejś twórczości w jakiś określony czas, wolałabym, żeby zainteresowanie nią było stałe.

Sejm uznał, że trzeba uczcić pamięć poety, 10. rocznica śmierci była niewątpliwie okazją, żeby go pokazać narodowi. Myślę jednak, że wyznaczenie tej daty mogło też wydawać się korzystne samym rządzącym. I dlatego jest mi trudno mówić o Roku... - zmobilizował on siły, które pragną z Herberta uczynić bohatera narodowego. Trudno mi jest zaakceptować pomnikowość i idealizowanie, choć rozumiem, że to jest wielu ludziom potrzebne. My, Polacy, jesteśmy skłonni, by stwarzać sobie mity, być może dało nam to możliwość przetrwania?

Wracając do moich odczuć, zdaję sobie sprawę, że skoro dzieliłam życie ze Zbigniewem, to spoczywa na mnie jakaś odpowiedzialność za świadectwo. Tak mi się przynajmniej zdaje. Ludzie pragną świadectwa, to jest naprawdę bardzo trudne.

Czuje się Pani udręczona rolą "strażniczki pamięci"?

Dokładnie, choć naturalnie jest to zapewne rola każdej żony zmarłego artysty. Podczas Roku oczekiwano ode mnie, bym zachowywała się jak Żona Wielkiego Poety: najbardziej pożądana była obecność na wszystkich uroczystościach, których była imponująca ilość.

Muszę jeszcze coś powiedzieć: w jakimś sensie chciałabym Zbyszka bronić. Są tacy, którzy uważają się za jego duchowych spadkobierców, święcie przekonani, że jedyni rozumieją jego przesłanie. Byli i są tacy, którzy przez całe życie siedzieli cicho jak mysz pod miotłą, a potem postanowili sobie zrobić nazwisko dzięki Herbertowi. Często skrajni prawicowcy, choć dla mojego męża najgorsza w Polakach była ksenofobia, niechęć w stosunku do "innych". Bardzo to potępiał.

To się zaczęło w latach 90...

Mieszkaliśmy w Paryżu i nie wszystkie sprawy w ogóle do nas dochodziły. Bardzo długo np. nie wiedzieliśmy, w jaki sposób potraktowano Turowicza. Po powrocie stanęliśmy przed zdumiewającym kotłem, w którym kłębiły się namiętności i nienawiści. To był bardzo trudny czas, także dlatego, że zdrowie Zbyszka dramatycznie się pogorszyło. Jego entuzjazm, że Polska wreszcie jest wolna, zderzył się z ówczesną rzeczywistością. Dowiadywał się strasznych rzeczy, wszystko zaczęło się sypać. Oczywiście pragnął, żeby nie było komunistów, a nie miał pewności, czy oni jednak dalej nie rządzą. Pokłócił się z bardzo bliskimi ludźmi o pryncypia - doprawdy, trudno było wtedy dojść, kto ma rację - i nagle znalazł się w pustce.

Najczęściej cytowany wtedy polski poeta znalazł się w pustce?

Zupełnej. I bardzo boleśnie to przeżył. Pisał do Wałęsy list w obronie Kuklińskiego, na który Wałęsa nie odpowiedział, co go bardzo ubodło. Czuł się opuszczony i zmarginalizowany, potrzebował uznania. I przy okazji przyciągnął do siebie mnóstwo postaci tak naprawdę zupełnie mu obcych. Kiedy leżał już ciężko chory, nie mogłam się od nich uwolnić. To było coś bardzo nieprzyjemnego, a Zbyszek potrzebował akceptacji i nigdy nie był podejrzliwy.

Miał szczodre serce?

Tak, bardzo. Był wybuchowy, wielki gwałtownik, ale nie był człowiekiem pamiętliwym. I to wykorzystywano. Jestem często pytana, dlaczego nie piszę wspomnień. Ponieważ wymagałoby to tak wielkiego psychicznego wysiłku, że nie wiem, czy bym to zniosła. Trzeba znaleźć jakiś inny sposób.

To wymaga spokoju, a jak mam teraz osiągnąć spokój? Nie mam go, bo Herbert zamienia się w pomnik. Nie wiem, dlaczego nikt nie chce wieszać tablic z jego wierszami, natomiast jest mnóstwo chętnych do budowania pomników. Przecież odpowiednie cytaty byłyby o wiele bardziej znaczące niż popiersie z brązu.

Najważniejsza jest jego twórczość, której nie zniszczy żadna polityka. Cieszę się, że pojawiło się mnóstwo nowych tłumaczeń - ma nawet wyjść wybór poezji w Korei Południowej i w Chinach.

Czy zachowały się jeszcze jakieś niepublikowane utwory?

Nie, w archiwach - które dzięki staraniom najpierw Piotra Kłoczowskiego, a następnie Henryka Citki zostały doskonale uporządkowane - nie ma już niespodzianek, oprócz korespondencji wszystko zostało opublikowane. Nakładem Krystyny i Ryszarda Krynickich wyszły teraz "Wiersze zebrane", dzięki staraniom "Zeszytów Literackich" i Basi Toruńczyk, którą Zbyszek niezwykle cenił, ukazały się różne rozproszone teksty prozatorskie i wywiady. Wszystko, co najważniejsze w Herbercie, można odnaleźć w tych książkach. On rzeczywiście był wielkim poetą, ale dawanie mu teraz laurek jest zupełnie zbędne. Nie był pomnikiem, a po prostu człowiekiem.

Człowiekiem, z którym dzieliła pani życie... Czytałem właśnie list Pani męża do Davida Weinfelda, izraelskiego tłumacza, w którym Herbert mówi o sobie, że jest z natury samotnym wędrowcem... Miał dużą potrzebę osobności?

Całkowitą. Wydaje mi się, że był osobny we wszystkim. Kiedyś pojechał do Grecji sam, bez przyjaciół. Mieszkaliśmy wtedy w Berlinie Zachodnim. Wymarzył sobie wejście na Olimp. Była jesień i wiał huraganowy zimny wiatr, dotarł na szczyt, ale dostał zapalenia uszu, schodził na dół w mękach. Pewnie bogowie zastąpili mu drogę... Był samotnikiem. Ale czy to nie jest cecha bardzo wielu artystów, szczególnie poetów?

Ciągle szukał czegoś poza zwykłą, codzienną rzeczywistością. W gruncie rzeczy był człowiekiem kontemplacji, przy całej swojej miłości do życia. Kiedyś mi powiedział, że poezja jest dla niego najważniejsza i że żadna kobieta nie zabierze mu pisania wierszy.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]