Reklama

Zaprogramowana eskalacja na Bliskim Wschodzie

Zaprogramowana eskalacja na Bliskim Wschodzie

ze Stambułu
11.05.2019
Czyta się kilka minut
Jeśli Iran faktycznie wycofa się z umowy atomowej, jest tylko kwestią czasu, kiedy będzie mógł produkować materiał rozszczepialny dla broni jądrowej.
Antyzachodnie demonstracje w Teheranie (jeden z uczestników trzyma portret ajatollaha Chameneiego, obok kukła Donalda Trumpa), 10 maja 2019 r. / Fot. STR / AFP / EAST NEWS
Antyzachodnie demonstracje w Teheranie (jeden z uczestników trzyma portret ajatollaha Chameneiego, obok kukła Donalda Trumpa), 10 maja 2019 r. / Fot. STR / AFP / EAST NEWS
R

Równo rok po tym, jak Amerykanie wycofali się z tzw. umowy atomowej, teraz Irańczycy ze swej strony wypowiedzieli to porozumienie w dwóch istotnych punktach. Teheran zapowiedział, że nadwyżki lekko wzbogaconego uranu i tzw. ciężkiej wody nie będzie już sprzedawać, lecz magazynować u siebie. W przemówieniu transmitowanym przez państwową telewizję prezydent Rohani postawił ponadto ultimatum pięciu pozostałym państwom-sygnatariuszom tej umowy: dał im 60 dni na uratowanie całego porozumienia. W przeciwnym razie, zagroził Rohani, Iran podejmie na nowo produkcję znacznie bardziej wzbogaconego uranu.

Gry dyplomatyczne

Rohani zaznaczył, że Iran jest gotowy do negocjacji w ramach „Joint Comprehensive Plan of Action” (JCPOA; to oficjalna nazwa umowy zawartej w 2015 r.). „To nie my opuściliśmy stół rokowań” – powiedział prezydent Iranu pod adresem prezydenta USA, który w maju 2018 r. jednostronnie wypowiedział to porozumienie. Od tego czasu Donald Trump zaostrzał stopniowo sankcje wobec Iranu, by wzmacniać „maksymalną presję” – jak nazywają to w Waszyngtonie – na irańskich przywódców. Pomimo to, aż do tej pory Teheran trzymał się konsekwentnie wytycznych tej umowy.

Jednak w ubiegłym tygodniu Trump nie przedłużył regulacji, które – na drodze wyjątku – pozwalały Iranowi na wymianę wzbogaconego uranu na uran naturalny i na sprzedawanie ciężkiej wody. Obecna decyzja Teheranu to reakcja na te właśnie działania Amerykanów – powiedział Ali Akbar Salehi, szef irańskiego programu atomowego. Zgodnie z umową, Teheranowi wolno wykorzystywać we własnym zakresie do 300 kg uranu (wzbogaconego maksymalnie do poziomu 3,67 proc.) oraz 130 ton ciężkiej wody. Całą resztę Irańczycy muszą dostarczać Rosji i Omanowi.


Czytaj także: Roman Husarski: Nuklearny poker


Irańskie „jastrzębie” od dawna naciskają, by odpłacić Waszyngtonowi taką samą monetą i całkowicie wypowiedzieć umowę z 2015 r. Narodowa Rada Bezpieczeństwa, która podjęła teraz decyzję o częściowym wycofaniu się z JCPOA, nie posunęła się tak daleko. Teheran powołuje się na dwa artykuły (26 i 36) umowy, które regulują sytuację, gdy jedna strona – w tym wypadku Stany – złamie umowę. Wiceminister spraw zagranicznych Abbas Araghchi przekazał stosowne pismo wezwanym do MSZ ambasadorom pięciu krajów-sygnatariuszy JCPOA: Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec, Chin i Rosji. Natomiast szefowa unijnej dyplomacji Federica Mogherini otrzymała stosowne pismo od szefa MSZ Javada Zarifiego.

Zagrożona stabilność

Gdyby jednak Irańczycy zaczęli na nowo wzbogacać uran na dużą skalę, wtedy byłoby już tylko kwestią czasu, aż byliby w stanie produkować również i taki materiał rozszczepialny, który można wykorzystać w broni atomowej. Teheran obrał tym samym kurs na groźną eskalację – nie tylko z Amerykanami, lecz także z Europejczykami.

Podobnie jak Rosja i Chiny, Europejczycy trzymają się umowy z 2015 r. Od roku podejmują starania, by znaleźć wyjście z kryzysu – choć ich wysiłki, mające na celu obejście amerykańskich sankcji, jak dotąd nie dały większych rezultatów. W swoim przemówieniu prezydent Rohani zaznaczył więc teraz, że jeśli pięć krajów znajdzie sposób na dalszą sprzedaż irańskiej ropy i prowadzenie transakcji bankowych (jedno i drugie jest obecnie blokowane przez Stany), wówczas Teheran będzie na nowo i w pełni wypełniać swoje zobowiązania, wynikające z umowy atomowej.

Chiny i Rosja stanęły demonstracyjnie po stronie Teheranu; szef rosyjskiego MSZ Siergiej Ławrow zarzucił Europejczykom, że nie dotrzymują zobowiązań. Natomiast Europejczycy zareagowali niepokojem i wezwali Irańczyków, by trzymali się nadal ustaleń z 2015 r. Francuska minister obrony Florence Parly powiedziała, że Paryż podejmie, wspólnie z Londynem i Berlinem, wszystko co możliwe, by utrzymać przy życiu umowę atomową. Londyn zażądał od Irańczyków, by przestrzegali ustaleń i nie podejmowali działań, które mogą oznaczać eskalację. Jeśli Teheran tego nie uczyni, będzie to mieć, rzecz jasna, konsekwencje. Szef niemieckiego MSZ Heiko Maas oświadczył, że jest ważne, by nie podejmowano teraz kroków, które zagrożą stabilności w regionie. W kolejnych dniach szefowie MSZ wszystkich trzech krajów i pani Mogherini wydali wspólne oświadczenie, że odrzucają irańskie ultimatum.


Czytaj także: Wojciech Jagielski: Nieświęte wojny


Natomiast premier Izraela Benjamin Netanjahu, który zawsze i konsekwentnie odrzucał w ogóle umowę z 2015 r., powtórzył, że Izrael nigdy nie dopuści, by Iran zbudował broń atomową. Przypomnijmy, że Irańczycy stale podkreślają, iż nie jest to ich celem.

Słowa i czyny

Decyzja irańskiej Narodowej Rady Bezpieczeństwa zapadła w chwili, gdy narasta napięcie między Teheranem i Waszyngtonem. Odpowiadając na nią, Trump szybko ogłosił kolejne sankcje. Uderzają w górnictwo i przemysł stalowy, które jak dotąd zapewniały Iranowi dopływ twardej waluty do coraz bardziej pustego budżetu.

Choć zarówno prezydent Rohani, jak też minister Zarif podkreślają, że Teheran nie ma żadnych planów wojennych, i że irańscy politycy mówią teraz jedynie bardziej dosadnym językiem, to dalsza eskalacja wydaje się zaprogramowana.

Doradca prezydenta ds. bezpieczeństwa John Bolton zapowiedział, że Amerykanie kierują do regionu Zatoki Perskiej lotniskowiec „Abraham Lincoln” i eskadrę bombowców strategicznych B-52; ma to być ostrzeżenie w obliczu irańskich „gróźb”. Z kolei szef Departamentu Stanu, Mike Pompeo, poleciał nieoczekiwanie do Iraku, gdzie ostrzegł przed „grożącymi już wkrótce” atakami Irańczyków na amerykańskich żołnierzy. W Iraku, sąsiadującym z Iranem, stacjonuje dziś nadal 5 tys. Amerykanów.

Przełożył WP

INGA ROGG jest reporterką szwajcarskiego dziennika „Neue Zürcher Zeitung”, gdzie zajmuje się tematem Bliskiego Wschodu.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]