Rewolucjonista nowym przywódcą Sri Lanki. Do czego jest zdolny Anura Kumara Dissanayake?

Zwycięzcą wyborów prezydenckich w Sri Lance i nowym prezydentem kraju został 55-letni Anura Kumara Dissanayake. Przed laty, jako rewolucjonista, bez skutku próbował zdobyć władzę w inny sposób.
Czyta się kilka minut
Zaprzysiężenie nowego prezydenta Sri Lanki Anury Kumara Dissanayake. Kolombo, 23 września 2024 r. // Fot. Sri Lankan President's Office / AP / East News
Zaprzysiężenie nowego prezydenta Sri Lanki Anury Kumara Dissanayake. Kolombo, 23 września 2024 r. // Fot. Sri Lankan President's Office / AP / East News

W przeszłości Dissanayake nie doszedłby zapewne do wysokich godności w państwie. Ale stara Sri Lanka legła w gruzach latem 2022 roku, gdy uliczna rewolucja zmiotła klan Rajapaksów, a zaraz potem rzuciła wyzwanie dynastiom, wielkim rodom, a także ich rządom i porządkom.

Sri Lanka przed rewolucją

Niegdysiejszy brytyjski Cejlon niepodległość zdobył w 1948 roku. Od początku rządzili tam przedstawiciele wielkich rodów i politycznych dynastii ze stołecznego Colombo: Bandanaike’ów, Jayewardene’ów, Gunawardenów czy Premadasów. Jedynie ostatni władcy, klan Rajapaksów, pochodził z prowincjonalnej Hambantoty i notable z Colombo widzieli w nich parweniuszy i prostaków. Patriarchą klanu był Don Alwin, czołowy polityk lankijski, ale po władzę sięgnęli dopiero jego synowie.

Mahinda był prezydentem w latach 2005-2015 i premierem w latach 2004-2005, 2018 oraz 2019-2022, Gotabaya – prezydentem w latach 2019-2022 i ministrem obrony w latach 2005-2010. Trzeci syn, Basil, był ministrem finansów, a Chamal – ministrem portów, lotnictwa i gospodarki wodnej oraz przewodniczącym parlamentu.

Porządek ten przestał istnieć w 2022 roku. Wybuchła rewolucja, o jakiej w młodości marzył Dissanayake.

Dassanayake: rewolucjonista, rocznik 1968

Wyrósł w średniozamożnej, syngaleskiej rodzinie (wyznający buddyzm Syngalezi stanowią około trzy czwarte 23-milionowej ludności Sri Lanki) w powiecie Anuradhapura, położonym na północ od Colombo. Rodzina nie klepała biedy, ale w domu się też i nie przelewało. Jako młody chłopak dzisiejszy prezydent dorabiał korepetycjami, sprzedawał warzywa na wioskowym targowisku i papierosy na straganie na kolejowym dworcu.

Anura Kumara Dissanayake podczas głosowania w wyborach prezydenckich w Sri Lance. Kolombo , 21 września 2024 r. // Fot. Eranga Jayawardena / AP / East News

Po maturze zapisał się na uniwersytet w Kelaniyi i jeszcze przed skończeniem dwudziestego roku życia zachłysnął się polityką. Kiedy zaczynał studia, w Sri Lance trwała już wojna domowa, którą wywołali Tamilowie z północy kraju, stanowiący 12-15 proc. i uskarżający się na dyskryminację ze strony rządzących Syngalezów (na wyspie żyją jeszcze Maurowie, stanowiący ok. 10 proc. ludności i wyznający islam). Jako Syngalez Dissanayake uważał Tamilów za zdrajców, ale jako urodzony rewolucjonista (przyszedł na świat w roku 1968 – apogeum młodzieżowego buntu w Europie i Ameryce, który odmienił cały, a nie tylko zachodni świat) zapisał się do Ludowego Frontu Wyzwolenia, założonego w 1965 roku, nawołującego do rewolucji i zaprowadzenia na Rajskiej Wyspie komunizmu, w którym zarówno Syngalezów, jak Tamilów miała czekać tak samo świetlana przyszłość.

Pierwszą, nieudaną i krwawą próbę rewolucji Ludowy Front Wyzwolenia podjął w latach 70., gdy Dissanayake był jeszcze dzieckiem. W drugiej, pod koniec 80., wziął już udział, choć nie uczestniczył w strajkach, walkach ani zamachach dokonywanych przez frontowe bojówki, które atakowały wszystkich i wszystko, co kojarzyło im się z panującym reżimem – polityków ze starych partii, działaczy związkowych, intelektualistów i artystów. Władze odpowiedziały równie brutalnie i według dzisiejszych rachunków, w obu powstaniach zginęło od 60 do 80 tys. ludzi. Zginęło też wielu przywódców frontowców, a w 1989 roku także ich założyciel i niedoszły wódz rewolucji Rohana Wijeweera (oficjalnie zastrzelony w potyczce zbrojnej, nieoficjalnie – ujęty i rozstrzelany), stylizujący się na lankijskiego Che Guevarrę.

Dissanayake w czasach małej stabilizacji Sri Lanki

Po klęsce powstania, w 1994 roku frontowcy wyrzekli się walki zbrojnej i rewolucji, uznali reguły demokracji i obiecali ich przestrzegać. Stali się jedną z wielu marginalnych partii, uczestniczących regularnie w wyborach, posiadających w parlamencie po kilku posłów i niemarzących nawet o równej rywalizacji z dwiema najsilniejszymi, które zmieniały się u steru państwa.

Dissanayake, z dyplomem akademickim zdobytym pomimo rewolucji, jako ledwie 26-latek w 1994 roku został wybrany do Biura Politycznego nowych frontowców, w 2000 roku został posłem, a nawet wszedł na krótko do lankijskiego rządu jako minister rolnictwa. W roku 2008, w swe 40. urodziny, objął przywództwo partii.

W nowej roli nie raz, nie dwa odcinał się od rewolucyjnej przeszłości i przepraszał za przemoc i krzywdy, na jakie narazili rodaków frontowcy prowadząc ich ku świetlanej przyszłości. Wyrzekł się nie tylko rewolucji, ale i marksizmu, i wzorem komunistów ze wschodniej Europy, kazał nazywać się socjaldemokratą. Teraz głosił już głównie potrzebę sprawiedliwszego podziału dóbr, a przede wszystkim walki z korupcją i nieuczciwością rządzących elit. Namówił nawet frontowców do zmiany szyldu i przymierza z intelektualistami, związkowcami i studentami, podzielającymi ich socjaldemokratyczne poglądy. Nazwał je „Władzą Ludową” i jako jego kandydat w 2019 roku stanął do prezydenckiej elekcji. Jeśli nawet przekonał rodaków, że jest już zupełnie kimś innym niż kiedyś, to nie zdobył ich głosów. Zebrał ich ledwie 3 proc. Rok później, po wyborach, do 225-osobowego parlamentu zasiadło w nim jedynie trzech posłów „Władzy Ludowej”, w tym Dissanayake.

I kiedy, już jako 55-latek, właściwie pożegnał się z młodzieńczymi marzeniami o rewolucji i władzy, pogodził z wygodną rolą wiecznego zawodowego opozycjonisty, na Rajskiej Wyspie wybuchła rewolucja i wyniosła go do władzy.

Rewolucja na Rajskiej Wyspie

Iskrą, która wiosną 2022 roku wywołała rewolucję, była gospodarcza katastrofa i bankructwo lankijskiego państwa. Ludzie wyszli na ulice, by przegnać z prezydenckiego pałacu, kwatery premiera i parlamentu czterech braci Rajapaksów, których fatalne rządy doprowadziły Sri Lankę do upadku. Ale kiedy premier ustąpił z urzędu, a prezydent uciekł z kraju przed szturmującym jego pałac tłumem, ulicznym rewolucjonistom dodało to tylko animuszu i zażądali, by cała elita, wszystkie wielkie rody i polityczne dynastie, które przyłożyły rękę do lankijskiej katastrofy, zostały raz na zawsze odsunięte od władzy, a stary porządek został zastąpiony przez nowy, sprawiedliwszy.

Uliczni rewolucjoniści z Colombo, nieufni wobec polityków, nie wpuszczali ich na swoje barykady. Dawni frontowcy wcale się zresztą na nie nie pchali, nie próbowali przejmować rewolucji, a jedynie się do niej przyłączali. Ich udział w strajkach, wiecach i pochodach nie dziwił ani nie oburzał rewolucjonistów. Jako jedyni z polityków wydawali się w swoim buncie szczerzy. Pamięć o ich dawnych okrucieństwach mocno już przyblakła, za to pamiętano, że to oni jako jedyni próbowali rzucić wyzwanie elitom i ich rządom. Kiedy na początku września na Rajskiej Wyspie odbyły się pierwsze od rewolucji wybory prezydenckie, rewolucjoniści sprzed dwóch lat, a także ci starsi, sprzed pół wieku, właśnie w Dissanayake upatrzyli swojego reprezentanta i dzięki ich głosom został wybrany na nowego przywódcę państwa.

Zdjęcie XL
Podpis zdjęcia
Zwolennicy Anury Kumara Dissanayake przed biurem prezydenta, podczas zaprzysiężenie na dziesiątego prezydenta Sri Lanki. Kolombo, 23 września 2024 r. // Fot. Eranga Jayawardena / AP / East News

Zażarte wybory prezydenckie

Nigdy wcześniej na Rajskiej Wyspie żadne wybory nie były tak zażarte, jak te porewolucyjne. Nigdy wcześniej do ich rozstrzygnięcia nie była konieczna dogrywka. Spośród prezydenckich pretendentów Lankijczycy wybierają nie jednego, jak wszędzie indziej na świecie, tylko trzech, w kolejności preferencji. Jeśli któryś z kandydatów zdobędzie ponad połowę „jedynek”, od razu ogłasza się go zwycięzcą. Jeśli nie uda się to żadnemu, dwóm najlepszym zlicza się „dwójki”, a w razie potrzeby także „trójki”.

Na Dissanayake jako prezydenta pierwszego wyboru wskazało 42 proc., za mało do wygranej bez dogrywki, a jednocześnie nieporównanie więcej niż w poprzednich wyborach, gdy zdobył 3 proc. głosów (tym razem 3 proc. zdobył delfin Rajapaksów, Namal, najstarszy syn Mahindy). Zwycięzcą i nowym prezydentem ogłoszono go dopiero, gdy policzono „dwójki”. Urzędujący prezydent Ranil Wickremasianghe, który tymczasowo, do wyborów, zastąpił po rewolucji Rajapaksów i wyprowadził gospodarkę Sri Lanki ze stanu śmierci klinicznej, zapłacił za politykę „zaciskania pasa” i przyszedł na metę dopiero jako trzeci (drugie miejsce zajął syn byłego prezydenta Ramasinhge Premadasa, Sajith. Z rodziną jeszcze innego, dawnego prezydenta, spokrewniony jest też Wickremasinghe).

Ci, którzy głosowali na Dissanayake – a w porewolucyjnych wyborach zagłosowało aż trzy czwarte uprawnionych – powtarzali zgodnie, że musi być uczciwy choćby dlatego, że nie uczestniczył w rządzeniu, nie pochodzi z wielkich rodów ani dynastii, nie należy do elit, skompromitowanych pazernością i brakiem wrażliwości. 

„Lud Sri Lanki oczekuje wielkich zmian, a to właśnie my niesiemy zmianę. Wszyscy inni są przedstawicielami starego świata, który zawiódł. Rewolucja nie przyniosła wielkiej zmiany, ograniczyła się do zmiany rządzących” – przekonywał Dissanayake na wyborczych wiecach.

Wyzwania prezydenta Dissanayake

Obiecywał też, że obniży ceny i podniesie zarobki, wytarguje od zachodnich bankierów korzystniejsze dla Sri Lanki warunki nowych, koniecznych pożyczek, a przede wszystkim postara się sprawiedliwiej podzielić uciążliwości zaciskania pasa, odciążyć biednych, obciążyć bogatych. 

Ci pierwsi, stanowiący dwie trzecie ludności wyspy, wybrali go sobie na przywódcę, pamiętając go we wcieleniu rewolucjonisty. To dawne jego wcielenie przeraża natomiast tych drugich, którzy głosowali na jego rywali. Jeśli jako prezydent pokaże, że nie jest już rewolucjonistą, pierwszych gorzko rozczaruje, a drugich zapewne nie przekona.

„Nie jestem czarodziejem, ale zwykłym śmiertelnikiem. Są sprawy, na których się znam, ale są i takie, o których nie mam pojęcia. Chcę zebrać wszystkich ludzi światłych i zdolnych, byśmy wspólnie naprawili nasz kraj” – powiedział po złożeniu prezydenckiej przysięgi. – „Nasza polityka musi być uczciwsza i przejrzysta, ludzie domagają się tych zmian i jestem gotów je podjąć”.

Jako szef państwa będzie musiał pogodzić oczekiwania zwolenników, którzy chcą złagodzenia wymuszanych oszczędności, z obawami zachodnich inwestorów i bankierów, którzy domagają się od niego reform i dalszego zaciskania pasa, a nie jego luzowania. Jako rewolucjonista uważał ich za najgorszych wyzyskiwaczy i wrogów, a dziś, jako prezydent, będzie musiał się do nich przymilać, by wytargować korzystniejsze dla Sri Lanki warunki kredytowe i przekonać, by cierpliwie czekali, aż spłaci stare długi swoich poprzedników. Po październikowej wizycie rewizorów z Banku Światowego, w listopadzie prezesi w Waszyngtonie postanowią, czy Sri Lance wypłacić kolejną ratę z przyznanej już rok temu 3-miliardowej pożyczki.

Tamilowie z północy kraju pamiętają, że dawni frontowcy potrafili łączyć rewolucyjny żar z syngaleską ksenofobią i we wrześniowych wyborach głosowali na rywali Dissanayake. Ustępstwa wobec Tamilów i muzułmanów zrażą jednak do niego Syngalezów.

Będzie musiał lawirować między azjatyckimi potęgami, Chinami i Indiami, dzielącymi największy kontynent (i nie tylko) na strefy wpływów. Pod rządami Rajapaksów Sri Lanka sprzyjała Chińczykom. Dziś Lankijczycy obwiniają jednak Pekin, że pożyczając bez umiaru pieniądze Rajapaksom, Chińczycy wspierali dyktaturę, doprowadzili do tego, że Sri Lanka stała się niewypłacalna i zajęli pod zastaw (Pekin z upodobaniem stosuje tę taktykę w całym świecie) wybudowany za chińskie pożyczki port w Hambantocie. Jako rewolucjonista Dissanayake był bliższy Chinom, zwłaszcza że jako syngaleski nacjonalista uważał Indie za wroga wspierającego rebelię Tamilów i dążącego do rozbioru Sri Lanki.

Obalenie Rajapaksów uznano w Indiach za okazję do „nowego rozdania”, a premier Narendra Modi może nawet uznać Dissanayake za bratnią duszę. Podobnie jak Dissanayake, Modi nie wywodzi się z wielkich rodów ani wysokich kast (pochodzi z dość niskiej kasty sprzedawców oleju), do wszystkiego doszedł sam, a za swojego najgorszego, politycznego wroga uważa dynastię Nehru-Gandhich.

Rewolucje, co zjadają własne dzieci

Znawcy Sri Lanki uznali zwycięstwo Dissanayake w prezydenckiej elekcji za dowód na to, że rewolucyjne nastroje na Rajskiej Wyspie może i nieco opadły, ale wciąż są żywe. Zwolennicy nowego prezydenta w jego intronizacji widzą dopiero początek, a nie koniec zmian, i jeśli Dissanayake nie spełni ich oczekiwań i nadziei, może zostać obalony i przegnany precz jak Rajapaksowie. 

„Dawne marzenie w końcu się spełniło” – powiedział dawny rewolucjonista, gdy ogłoszono go zwycięzcą prezydenckiej elekcji i nowym przywódcą kraju. Uznano to za słowa triumfu, ale nieliczni usłyszeli też w nich nutki goryczy.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”