W lipcu 2022 roku Sri Lanka, której przepowiadano świetlaną przyszłość, zawaliła się jak domek z kart. Błędne kalkulacje rządzących, ich pycha, pazerność i przyzwolenie dla korupcji sprawiły, że zadłużona po uszy gospodarka przestała działać. W zapaść wprowadziła ją już światowa epidemia covidu, która sparaliżowała świat, a ciosem zabójczym okazała się napaść Rosji na Ukrainę i wywołane nią podwyżki cen paliw i żywności. Na Sri Lance, którą jeszcze niedawno ekonomiści stawiali innym za wzór, wiosną w sklepach zabrakło podstawowych towarów, a ludziom szybko skończyły się pieniądze.
Zrozpaczeni i pełni gniewu wyszli na ulice stołecznego Kolombo żądać ustąpienia prezydenta, premiera, ministrów i posłów, wszystkich, którzy rządzili krajem i doprowadzili do jego upadku. Najpierw ustąpił premier Mahinda Rajapaksa, którego zaledwie kilka lat wcześniej lud nosił na rękach jako bohatera narodowego i dwukrotnie wybierał na prezydenta kraju (2005-2015). Nie mogąc dłużej panować, objął stanowisko premiera, a prezydenturę w 2019 roku przejął po nim jego brat, Gotabaya.
Ustępując z urzędu Mahinda Rajapaksa, zwycięzca wojny domowej z przełomu stuleci, liczył, że zadowoli to i uspokoi rozgniewany tłum, ocali prezydenturę młodszego brata. Ale ulicznemu buntowi nie wystarczyła głowa premiera. Po stu dniach protestów i ulicznych rozruchów tłum ruszył na prezydencki pałac, z którego wojsko w ostatniej chwili wywiozło młodszego Rajapaksę. Uciekł nie tylko ze stolicy, ale w ogóle z kraju. Demonstranci wdarli się opuszczonego pałacu, splądrowali salony i sypialnie, pławili w prezydenckich basenach, gotowali posiłki w prezydenckich ogrodach.
Po obaleniu dynastii, która rządziła Sri Lanką od początku XXI wieku, tłum się uspokoił, zabrakło mu celu. Posłowie z partii Rajapaksów pospiesznie wybrali na nowego, tymczasowego szefa państwa – starego premiera Ranila Wickremesinghego, cieszącego się szacunkiem jako fachowiec i dobry zarządca. Nie należał do ich partii, a jako zadeklarowany liberał nie podzielał wyznawanych przez nich syngaleskiego nacjonalizmu (wyznający buddyzm Syngalezi stanowią trzy czwarte 22-milionowej ludności), prawicowych poglądów na świat ani socjalistycznych na gospodarkę. Postanowili jednak go poprzeć – wcześniej, po dymisji Mahindy poparli go na nowego premiera – byle przerwać uliczną rewolucję, która przybrała syngaleskie imię Aragalaya – Walka.
I to się im udało. Bunt ucichł, demonstranci zeszli z barykad. Kiedy Wickremesinghe posłał policję, by zaprowadziła porządek przed pałacem prezydenckim, parlamentem i siedzibą rządu, nie doszło do żadnych rozruchów. Rewolucja się skończyła. Poza wymianą prezydenta, premiera i ministrów nic więcej się nie zmieniło.
Sri Lanka: bankructwo i zaciskanie pasa
Wickremesinghe, który sześciokrotnie pełnił już funkcję premiera, zabrał się do pracy. Czasu miał niewiele – tylko do listopada 2024 roku, dokończyć kadencję Gotabayi Rajapaksy. Na początek ogłosił, że Sri Lanka jest bankrutem i nie będzie w stanie spłacać długów pozaciąganych przez Rajapaksów. Najwięcej i najchętniej pożyczali Chińczycy, którzy oplatając świat nowym Jedwabnym Szlakiem, budują na kredyt drogi, koleje i porty, a kiedy dłużnicy nie są w stanie oddać pieniędzy, przejmują pod zastaw wznoszone inwestycje. W Sri Lance przejęli w ten sposób w stuletnią dzierżawę supernowoczesny port w Hambantocie (rodzinne strony klanu Rajapaksów), który zbudowali za półtora miliarda dolarów.
Wickremesinghe zasiadł do rozmów z wierzycielami. Chińczycy, a także Indie, Japonia czy Francja, którym Sri Lanka winna jest najwięcej, zgodziły się poczekać jeszcze kilka lat na spłatę długów. Międzynarodowy Fundusz Walutowy zgodził się udzielić nowych kredytów, pod warunkiem jednak, że rząd z Kolombo zaciśnie pasa i zacznie wprowadzać reformy podpowiadane przez waszyngtońskich bankierów i ekonomistów.
Wickremesinghe się zgodził. Nie miał zresztą innego wyjścia. Nawet jego dzisiejsi polityczni przeciwnicy, rewolucjoniści i komuniści, nienawidzący zachodni bankierów, przyznają, że innego ratunku dla Sri Lanki po prostu nie było. Inflacja sięgała 70 proc., lankijska rupia z dnia na dzień traciła na wartości, na stacjach benzynowych nie było paliwa, a w sklepach towarów, w szpitalach lekarstw, w państwowym skarbcu zaś zostało ledwie 20 milionów dolarów.
Wickremesinghe dobił targu z Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Dostał nowe pożyczki, żeby zapełnić sklepy i zapłacić ludziom zarobki, ale zgodził się zacisnąć pasa. Najbardziej odczuli to najubożsi, bo rząd zniósł dotacje do cen podstawowych towarów, obciął zasiłki i świadczenia socjalne. Wprowadził za to wiele podwyżek cen, zaczął pilniej ściągać podatki i wprowadził nowe, by zapełnić państwowy skarbiec.
W dwa lata Ranilowi Wickremesinghemu udało się postawić gospodarkę na nogi. Zdławił inflację prawie do zera, zebrał w skarbcu już ponad 6 miliardów dolarów, a gospodarka znów wzrasta w 2-3-procentowym tempie. Po epidemii i rewolucji na Rajską Wyspę wrócili zagraniczni letnicy, napychając portfele hotelarzom i biurom podróży. Na stacjach benzynowych nie brakuje już paliwa ani prądu, sklepowe półki uginają się od towarów, zniknęły kolejki. Gospodarka ma się znów dobrze, ale nie ludzie.
Życie stało się o niebo droższe, a najbardziej ucierpieli najubożsi i klasa średnia, z której Sri Lanka była tak dumna. „A pewnie, nie ma już po nic kolejek, bo ludzie nie mają pieniędzy i nie mają za co kupować” – narzekają Lankijczycy. Według rządowych obliczeń ponad 7 milionów ludzi, niemal jedna trzecia ludności, a wśród nich wielu ze zubożałej klasy średniej, klepie biedę. Prawie milion wyjechało z kraju za chlebem.
Wybory prezydenckie na Sri Lance: kandydaci
„Dowiodłem, co potrafię, kiedy trzeba się zabrać do roboty. Teraz to od was zależy, czy chcecie, żebym skończył to, co zacząłem” – powiedział 75-letni Wickremesinghe na wiecu kończącym kampanię wyborczą przed sobotnią prezydencką elekcją, pierwszą od ulicznej rewolucji sprzed dwóch lat.
Dwukrotnie ubiegał się już o prezydenturę i dwa razy mu się nie udało. Trzecia próba może okazać się najtrudniejszą, bo Lankijczycy jego właśnie obwiniają za swoje codzienne kłopoty. Lankijczycy zarzucają mu też, że przyjął posadę prezydenta z rąk posłów z partii Rajapaksów po to, by chronić przywódców dynastii przed gniewem ulicy. Czwórka braci, którzy przez lata trzęśli Sri Lanką (poza prezydentem i premierem trzeci z braci, Basil, szefował rządzącej partii i był ministrem finansów, a czwarty, Chamal, był przewodniczącym parlamentu), żyje spokojnie w kraju, Gotabaya zaś, który szybko wrócił po ucieczce za granicę, cieszy się nawet rządowym bungalowem i sowitą emeryturą, przysługującą byłym szefom państwa. Ba! Najstarszy syn Mahindy, 38-letni Namal (był u ojca ministrem od sportu), postanowił nawet stanąć do prezydenckiej elekcji.
Nie daje mu się jednak większych szans. Świeża jest jeszcze pamięć o złodziejstwie, pysze i żądzy władzy starszych Rajapaksów, by młodemu wszystko miało zostać zapomniane i by został wybrany na nowego przywódcę. Namal bada dopiero grunt, wykorzystuje kampanię wyborczą, by wybielić zszargane imię Rajapaksów. Na swoich wiecach nie wspominał o stryju, za to w kółko przypominał, jak to jego ojciec, Mahinda, utopił we krwi rebelię lankijskich Tamilów (1983-2009), wygrał krwawą (100 tysięcy zabitych i wojenne zbrodnie wszelkiej maści) wojnę i zaprowadził w kraju spokój. Syngalescy nacjonaliści wciąż mają go za narodowego bohatera. Jeśli dobrze spisze się w sobotnich wyborach i dynastia z Hambantoty uzna, że lud jej wybaczył, do poważnej walki o prezydenturę Namal stanie dopiero w następnych wyborach, w 2029 roku.
W Azji Południowej wyborcy wykazują się krótką pamięcią, za to dużą wyrozumiałością. Na Filipinach na prezydenta kraju wybrany został Bongbong Marcos, syn krwawego tyrana Ferdinanda (1965-86) i rozkochanej w luksusach Imeldy, a w Indonezji – Prabowo Subianto, zięć dyktatora Mohammeda Suharto (1967-98), który rozwiódł się z jego córką, Titiek, gdy teść został odsunięty od władzy.
Wśród 38 pretendentów do lankijskiej prezydentury (było ich 39, ale jeden zmarł podczas kampanii wyborczej; w 2019 roku o prezydenturę ubiegało się 35 rywali) za faworytów sobotnich wyborów uchodzili 57-letni Sajith Premadasa, przywódca opozycji i dziedzic politycznego rodu Premadasów (jego ojciec, Ranasighe był w latach 1978-89 premierem, a w latach 1989-93 prezydentem Sri Lanki; zginął w zamachu bombowym), a zwłaszcza 55-letni Anura Kumara Dissanayake, dawny marksista i rewolucjonista, którego partia wywołała dwa powstania zbrojne (w 1971 roku i w latach 1988-89), równie krwawe co powstanie Tamilskich Tygrysów, walczących o prawo do wykrojenia ze Sri Lanki własnego państwa dla Tamilów, stanowiących dziesiątą cześć ludności wyspy.
W rządzonej przez polityczną dynastię Rajapaksów, a wcześniej przez stare, zamożne rody z Kolombo (z takich rodów pochodzi zarówno Premadasa, jak Wickremasinghe którego wuj, Junius R. Jayewardene był prezydentem w latach 1978-88 i premierem 1987-88), Dissanayake jest wyjątkiem. Pochodzi z wioski Thambuttegama w północnej części wyspy, nigdy nie należał ani nie był w jakikolwiek sposób związany z rządzącymi elita. Przeciwnie, już od czasów szkolnych zaangażował się w sprawę rewolucji i działał w Ludowym Froncie Wyzwolenia, który stawiał sobie za cel walkę ze stołecznymi elitami
Dziś postarzały nieco rewolucjonista nie domaga się już upaństwowienia ziemi, fabryk i banków, ale opowiada się za sprawiedliwszym podziałem dóbr. Już dawno odciął się od walki zbrojnej, ale nie od syngaleskiego nacjonalizmu, który jego Ludowy Front Wyzwolenia łatwo godził z marksizmem i rewolucją. Z partii z politycznego marginesu w partię faworyta prezydenckiej elekcji pomogła Ludowemu Frontowi uliczna rewolucja sprzed dwóch lat. Ówcześni buntownicy, podobnie jak uczestnicy podobnych ulicznych rewolucji z całego świata, brzydząc się tradycyjną polityką, nie dopuścili na barykady przywódców partii, uwikłanych w walkę o władzę. Buntownicy z Kolombo, podobnie jak ci z Chartumu, Maghrebu czy ostatnio z Teheranu i Nairobi, nie wyłonili spośród siebie przywódców, którzy mogliby przejąć władzę i pokierować sprawami kraju.
Frontowcy, dawni rewolucjoniści, przyłączyli się w Kolombo do buntu jako szeregowi uczestnicy i dziś jedyni na wyspie mają prawo odwoływać się do jego haseł. W tym sensie Dissanayake może uchodzić w sobotnich wyborach jako kandydat ulicznej rewolucji sprzed dwóch lat. O tym, że ma szanse na wygraną i że obejmie władzę w Kolombo, świadczyło zaproszenie, jakie na początku lutego otrzymał z Indii, regionalnego mocarstwa i żandarma. W Delhi dawnego rewolucjonistę podjęli gościną szef indyjskiej dyplomacji i doradca premiera Narendy Modiego do spraw bezpieczeństwa.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















