Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Wojna – to my

Wojna – to my

14.10.2016
Czyta się kilka minut
Gdyby Wasyl Słapczuk – ukraiński poeta i prozaik – miał opowiedzieć o sobie, a także o wydarzeniach sprzed ponad 30 lat, które znacząco wpłynęły na jego dalsze życie, autorski monolog mógłby wyglądać właśnie tak.
Fot. Rafał Masłow / WYDAWNICTWO WYSOKI ZAMEK
E

Epizod 1: AK-74, numer seryjny 80027169
W głowie sowieckiego żołnierza jest miejsce tylko na dwie rzeczy: śmierć za ojczyznę i numer automatu – Wasyl Słapczuk uśmiecha się i odgarnia włosy spadające na czoło. – Jesteś przeznaczonym do przerobu i pozbawionym znaków szczególnych mięsem, w przeciwieństwie do twojego automatu nie masz nawet numeru. Wszystko, co z tobą robią od momentu przekroczenia bramy jednostki, to pranie mózgu. Kiedy zamiast mózgu masz w głowie już tylko rzadkie gówno, wówczas jesteś gotów, aby umrzeć z honorem za Związek Sowiecki. Politrucy mówią ci, że jesteś tu po to, żeby zabijać, mówią ci, że jesteś tu po to, żeby zostać zabity.
Tak było ze mną.

Epizod 2: Żołnierze-internacjonaliści

Wzięli mnie z poboru, w październiku 1980. Prosto od taśmy montażowej: pół roku wcześniej, po ukończeniu szkoły zawodowej w Łucku, zacząłem praktykę w Zakładach Samochodowych „Komunar” w mieście Zaporoże (to kawałek drogi na wschód od mojego rodzinnego Wołynia). Naszym sztandarowym produktem był ZAZ 966, czyli tak zwany „samochód osobowy marki Zaporożec”.

Byłem dumny, że doczekałem wojny – poruszając dłońmi zaciśniętymi na obręczach kół, Wasyl wprawia swój wózek inwalidzki w rytmiczny ruch w lewo i prawo, przypominający dyskotekowy taniec. – Całe moje pokolenie wyrosło w cieniu weteranów wojny ojczyźnianej [do dziś w Rosji tak określa się II wojnę światową – red.], uginających się pod ciężarem medali. Heroiczna śmierć za ojczyznę była marzeniem każdego chłopaka.

„Chcesz spełnić swój obowiązek żołnierza-internacjonalisty?” – na baczność, z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała stałem nagi przed komisją poborową. Okrągła, czerwona pieczątka Wojenkomatu [Wojskowa Komenda Uzupełnień – red.] na skierowaniu. Ruch ręką. „Afganistan. Następny! Pospieszyć się! Następny!” – dzisiaj myślę, że traktowano nas jak bydło wysyłane do ubojni.

Żołnierze-internacjonaliści – tak oficjalnie nazywała nas sowiecka propaganda. Nas, żołnierzy wojsk interwencyjnych w Afganistanie. Na moje nieszczęście – tak wtedy myślałem – zacząłem gorączkować i z powodu ropnej anginy skierowano mnie na kwarantannę do Namanganu w Uzbekistanie.
Bałem się, że wojna się skończy, zanim wyzdrowieję.

Epizod 3: Statystyka

Bardzo chciałem być żołnierzem-bohaterem, ale Bóg przestawił zwrotnicę i moje życie zwekslował na inne tory. Pisanie to dziś mój zawód.

Nazywam się Wasyl Słapczuk. Rocznik 1961.

Jeśli mam być szczery: mógłbym być szewcem (pisanie uważam za tak samo ważne zajęcie jak szycie wygodnych butów), krawcem czy kancelistą. Jak to mówią: wszystko jest efektem wytrwałej i ciężkiej pracy, uporządkowania myśli oraz uczciwości. Warunkiem jest, by niezależnie od tego, co się robi, być w swoim zawodzie mistrzem. O ile pisarza nie zawiedzie i nie sprowadzi na manowce intuicja, cała reszta, czyli czytelnicy i sława, przyjdzie sama w stosownym momencie.

Dziś rzadko mam bezpośredni kontakt z tą „zewnętrzną resztą”, o jej reakcjach dowiaduję się niejako pośrednio. Ściany mojego pokoju, tutaj, w Łucku, obstawione półkami pełnymi książek, działają jak klatka Faradaya – chronią mnie przed błotem, bełkotem i zgiełkiem.

Piszę o rzeczach najważniejszych: o tym, co jest w człowieku, o tym, co jest pomiędzy człowiekiem a jego wyobrażeniem o sobie, i o człowieku, który żył przed nim, oraz o tym, który zajmie jego miejsce.
W ujęciu statystycznym jestem autorem siedemnastu tomów poezji, siedmiu książek dla dzieci, kilku książek eseistycznych i ośmiu powieści, ale ponieważ liczenie nie jest moją mocną stroną, tu też mogę się mylić. Mam kilka rozpoczętych książek, nadmiar pomysłów, tematów i mało czasu. Historię mojego życia (jeśli zasłużyłem na biografię) napisze kornik.

Epizod 4: Dżalalabad

Po dwóch miesiącach kwarantanny, 20 grudnia 1980 r. przerzucono mnie rejsowym samolotem do Kabulu. Zostałem przydzielony do trzeciego batalionu w 66. Samodzielnej Zmotoryzowanej Brygadzie Strzeleckiej. Do plutonu przeciwlotniczej obrony rakietowej.

Ponieważ Afgańczycy jednak nie mieli samolotów, dali nam, ludziom z mojego plutonu, ciężkie automatyczne granatniki AGS 17. Broń ta – stosowana zresztą do dziś choćby w Donbasie – to rodzaj karabinu maszynowego, który strzela małymi granatami (pociskami odłamkowymi), z których każdy waży ćwierć kilograma. Ciężar granatnika razem z trójnogiem to 35 kg. Obsługa – trzech ludzi. Efektywna broń w terenie górskim (ale podobno także w mieście).

W obozie przejściowym czerwona gwiazda nad bramą, za nią dziurawe namioty, gołe sprężyny zamiast materaca, smród latryny, dobiegające zewsząd krzyki. Wydawało się, że gorzej już być nie może, ale nie doceniałem piekła, grzeszyłem brakiem wiary.

Dziewiętnaste urodziny świętowałem w helikopterze pomiędzy Kabulem a Dżalalabadem. Na pograniczu z Pakistanem, tam gdzie lecieliśmy, toczyła się „prawdziwa” wojna. Oparty głową o blaszane poszycie myślałem o tych, których będę musiał zabić, i tych, którzy będą chcieli zabić mnie. Bałem się nie śmierci, lecz tego, że nie znajdę w sobie odwagi, żeby zabijać, przez co stanę się pośmiewiskiem, a o moim tchórzostwie dowiedzą się w domu.

„Życzysz sobie kuli w zadzie, witamy w Dżalalabadzie” – tak mówili starsi koledzy.

Epizod 5: „Duchy”

„Duchami” albo „duszmenami”, tak nazywaliśmy ich, mudżahedinów [afgańskich powstańców – red.].
Był styczeń 1981 r., trwała operacja „Asadabad”. Nieomal bez przerwy padał deszcz. Na drugi czy trzeci dzień po tym, jak przejechała po niej większa część kolumny, obsunęła się górska droga. Nie wytrzymała takiej ilości żelaza. Kilkanaście wozów zostało w górach na noc. Ostrzeliwano nas niemrawo, ktoś odpowiadał ogniem.

Ponieważ było przeraźliwie zimno, grzaliśmy się przy ogniskach. Drewno w Afganistanie jest towarem deficytowym, więc po kryjomu rozbieraliśmy dachy domostw (to było surowo zabronione, ale trzeba było jakoś wyżyć) ludzi, którzy – słysząc o naszym przybyciu – uciekli w góry. W dzień szliśmy w teren na przeczesywanie. Schwytaliśmy jakiegoś staruszka, ale nie miałem pewności, czy był „duszmenem”.

Akcja trwała dwadzieścia dni. Byłem rozczarowany.

Epizod 6: Proza

„Wojna – to my”: przy jakiejś okazji, pisząc o prozie Swietłany Aleksijewicz (jeszcze przed jej Noblem), zacytowałem „Wojenne historie” amerykańskiego poety Charlesa Bernsteina. My! To znaczy nie tylko weterani jakiejkolwiek wojny, ale także ci wszyscy, którzy oglądają reportaże z frontu w dziennikach telewizyjnych albo czytają o niej w gazetach.

Wojna nie kończy się z momentem podpisania rozejmu, zawieszenia działań bojowych. Ona towarzyszy zdemobilizowanym żołnierzom na każdym kroku w dzień i w nocy. Doświadczenie wojny jest na tyle specyficzne, że przeszkadza w powrocie do normalnego życia. Musi umrzeć ostatni z jej uczestników, żeby wszystko wróciło do normy.

Długo nie mogłem rozrachować się z sobą i z afgańską wojną. Musiało minąć trzydzieści lat, nim powstała „Księga zapomnienia” [wyd. pol. w 2014 r. – red.]. Nie mogę powiedzieć, że z powodu wojny wszystko straciłem. Na pewno wywarła duży wpływ na moje życie. Przeszedłem długą drogę – od chłopaka z podstawowym wykształceniem, pracującego na taśmie w fabryce Zaporożca, do laureata Nagrody Państwowej im. Tarasa Szewczenki. Zaczynałem od szkoły średniej i pracy w spółdzielni weteranów przy składaniu ryżowych szczotek. Później były studia filologiczne, rozprawa doktorska. To nie wojna mnie zmieniła.

Epizod 7: Tora Bora

Jeszcze nikomu nie udało się zdobycie głównej siedziby „duchów” – kompleksu jaskiń w górach Spin Char. Jest czerwiec 1981 r. To już trzeci tydzień operacji „Tora Bora”: szturmu na bazę mudżahedinów w górskiej, trudno dostępnej i pełnej jaskiń prowincji Nangarhar.

Wychodzimy w środku nocy, jak do pracy. Kilka kilometrów marszu w ciemnościach, przed wschodem słońca zajmujemy pozycję. O świcie helikoptery, samoloty, rakiety przelatujące nad głowami – przygotowanie artyleryjskie. Jeśli się pomylą, będzie po nas.

Atak! Zalegamy. Znów helikoptery, samoloty. I znów... Wieczorem, po zapadnięciu zmroku powrót do bazy. Jeśli nie wypada warta, noc na gołej ziemi, strzały snajperów, pokrzykiwania „duchów”. I w środku nocy pobudka, marsz na pozycje... Znów ręka z pistoletem uniesiona w górę. „Bo pozabijam! – głos dowódcy. – Wstawać, kurwa wasza mać!”. Podrywam się do ataku – jak za każdym razem.

Uderzenie w plecy. Przepaść...

Epizod 8: Matka

Zaświadczenie. Słapczuk Wasyl Dmytrowycz, rok urodzenia 1961, dokument NO 3929222, wykazując się bohaterstwem i męstwem podczas wypełniania bojowego zadania 18 czerwca 1981 r. został ciężko ranny...

Mogłem poruszać tylko oczami. Sparaliżowany, jak noworodek w kokonie pieluchy, zawinięty w brezentowe prześcieradło, czekałem na śmierć. Szpital wypisał mnie ze stanu pacjentów. I wtedy pojawiła się matka. Nie wiem jakim cudem, co musiała przejść, ale udało się jej: ze Zboryszowa Nowego, naszej rodzinnej wsi w rejonie horohowskim na Wołyniu, dotarła do szpitala w Kabulu.
Matka miała tylko mnie. Ojciec zostawił ją, kiedy była w ciąży. Całe życie przepracowała jako woźna w czteroklasowej szkole. Nie chciała, żeby pochowano mnie w Afganistanie.

Nagiego, zawiniętego tylko w prześcieradło, położono mnie w przejściu pomiędzy rzędami foteli w pasażerskim samolocie lecącym do Lwowa. Po kilku trudnych, ryzykownych operacjach i dwóch latach leczenia mogłem siąść na wózku

Epizod 9: Narzędzie

Wojsko wypłaciło mi 80 rubli odszkodowania tytułem rekompensaty za trwałe kalectwo. Matka napisała do Breżniewa, I sekretarza Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego. I Breżniew dał nam w Łucku mieszkanie, w bloku, na drugim piętrze.

Nigdy nie odzyskałem władzy w nogach.

Wojna nie jest celem. Wojna to narzędzie. Widać to szczególnie dobrze dzisiaj, kiedy mój kraj toczy wojnę z Rosją.

I dopóki człowiek będzie chciał tego, co tym narzędziem może osiągnąć, wojna pozostanie codzienną rzeczywistością każdego z nas. ©

WASYL SŁAPCZUK (ur. 1961) jest ukraińskim poetą, prozaikiem i krytykiem literackim. Uważany za jedną z najważniejszych postaci ukraińskiej literatury. Laureat Nagrody Państwowej im. Tarasa Szewczenki (2004) – był pierwszym pisarzem, który otrzymał ten prestiżowy laur. Weteran wojny w Afganistanie, gdzie został ciężko ranny, przez co do dziś porusza się na wózku inwalidzkim. Trauma wojenna, której wtedy doświadczył, na lata zdominowała jego twórczość. Debiutował w 1991 r. tomikiem „Як довго ця війна тривала” [Jak długo ta wojna trwała]. W 1994 r. wydał kolejny tom „Німа зозуля” [Niema kukułka], gdzie kontynuował wątek afgański, podobnie jak w opublikowanym w 2001 r. zbiorze „Навпроти течії трави” [Przeciw rośnięciu traw]. Narastające napięcia na Ukrainie i wydarzenia wokół Pomarańczowej Rewolucji wpłynęły na dwa kolejne tomiki: „Солом’яна стріха Вітчизни” [Słomiana strzałka Ojczyzny] (2003) i „Так!...” [Tak!...] (2005). Choć nigdy nie zrezygnował z poezji, to od tego momentu coraz chętniej sięga po prozę. W Polsce znany jest przede wszystkich jako autor dwóch powieści: kontrowersyjnej i niepokornej „Kobiety ze śniegu” (2008, pol. wyd. 2012) oraz „Księgi zapomnienia” (2013, pol. wyd. 2014), która stanowi swoiste domknięcie i rozliczenie wątku afgańskiego. W 2017 r. po polsku ukaże się kolejna jego książka – „Ten sam kurz drogi”.

WOJCIECH PESTKA (ur. 1951) jest pisarzem, poetą i tłumaczem. Autor powieści „Powiedzcie swoim” o wydarzeniach w Radomiu w 1976 r. Tłumacz książek Wasyla Słapczuka.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]