Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Wierzchołek góry lodowej

Wierzchołek góry lodowej

14.12.2011
Czyta się kilka minut
Patrizia Bovi, śpiewaczka: "Petrarca ostrzegał, że nie należy podchodzić do muzyki bez zgłębiania jej wnętrza, jako wyłącznie sztuki miłej dla uszu". Rozmawiała Magdalena Łoś (Program 2 Polskiego Radia)
M

Magdalena Łoś: Skąd pomysł, by zająć się średniowieczem i kiedy zaczęła się ta miłość?

Patrizia Bovi: Na długo przed studiami. Mając 9-10 lat, śpiewałam w chórze, często była to renesansowa polifonia, ale przy okazji dorocznego święta Calendimaggio w Asyżu, odwołującego się do zwyczajów średniowiecznych, poznałam także najdawniejszą muzykę. Byłam mała, miałam piękny głos, uczono mnie pieśni trubadurów, więc śpiewałam je, nie mając pojęcia, co to właściwie za pieśni. W czasach, gdy studiowałam, nie miałam możliwości regularnej nauki w tej dziedzinie, zaczęłam więc szukać kursów i innych sposobów zdobywania wiedzy. Kiedy w 1984 r. zakładaliśmy Micrologus, miałam już doświadczenie pracy nad średniowieczem z mediolańską grupą Alia Musica, ale nasz zespół stał się czymś w rodzaju żywego poligonu doświadczalnego, polem badań, miejscem nauki i eksperymentów. Razem uczestniczyliśmy w kursach, uniwersyteckich stażach, mieliśmy szczęście współpracy z muzykologami i poznawaliśmy na bieżąco rezultaty ich pracy. W latach 80. wiedzieliśmy o wszystkim, co odkrywano w dziedzinie włoskiego trecenta. I zaraziliśmy się pasją badawczą.

Byliście także pionierami w tak powszechnym dziś sięganiu do źródeł, do tradycji ustnej...

Poznając prace Nino Pirotty, zauważyliśmy, jak dużo uwagi poświęcił szukaniu powiązań między oficjalnymi badaniami źródeł pisanych ze wszystkim, co do tego nurtu nie należało. Pirotta wyraźnie pokazał, że nasza wiedza o muzyce przeszłości to tylko wierzchołek góry lodowej - to, co widzimy nad powierzchnią morza, gdy tymczasem olbrzymi repertuar, który nie został nam przekazany, żyjący niegdyś w tradycji ustnej, kryje się w głębinach morskiej toni. Mając taką wizję, zaczęliśmy prowadzić równoległe badania, by przekonać się, czym są owe pozostałości zachowane w tradycji ustnej, które mogliśmy jeszcze odnaleźć i powiązać z muzyką, którą się dotąd zajmowaliśmy. Oczywiście, wiele z wykonywanych przez nas utworów nie łączyło nic z tym, co ocalało w tradycji ustnej, jednak część średniowiecznych kompozycji miała z nią wiele wspólnego.

"Tradycja ustna" nie znaczy "muzyka popularna". W wielu wypadkach jest to muzyka uczona, trudna, należąca do wspaniałej bogatej tradycji, tylko po prostu niespisywana. To wielka różnica. Pamiętajmy, że w XV w. śpiewacy wykonywali na dworach wielki repertuar z pamięci. Nie znamy nut, z opisów wiemy tylko, że podziwiano ich improwizatorski talent. Grali na rozmaitych instrumentach, śpiewali teksty zapisane lub improwizowane. Mamy dostęp do zapisanej poezji, lecz nie do muzyki, którą do niej składali, a była to wspaniała tradycja, jak najbardziej uczona. To sztuka tak samo wyrafinowana, jak uprawiana do dziś improwizacja w krajach Bliskiego Wschodu czy w Indiach - ekstremalnie uczona muzyka klasyczna.

Szukając wskazówek wykonawczych do niektórych utworów, badaliśmy ślady dawnych tradycji np. w zachowanym, jeszcze niezapisanym śpiewie włoskich konfraterni, wykonujących formy podobne do dawnych laud. To rodzaj improwizowanego wielogłosu, żywy jeszcze w bractwach na południu kraju, tradycja, która przetrwała i została czasem spisana z pamięci w XIX w.

W dyskografii zespołu Micrologus znajduję niezwykłą różnorodność: "Le Jeu de Robin et Marion" i "Cantico della terra" to kompletnie inne oblicza muzyki tamtych czasów...

Tak, to rzeczywiście zupełnie inne światy. Adam de la Halle, kompozytor z Pikardii działający w wieku XIII w Neapolu, wykorzystał wszystkie możliwości, jakie dawała forma ówczesnego motetu. Jego kompozycje to albo maksymalnie wyrafinowana polifonia, albo jednogłosowy śpiew, do którego staraliśmy się stworzyć akompaniament, ale nie w najprostszy sposób dodając burdon, lecz analizując cały jego dorobek wielogłosowy. I co ciekawe, okazało się, że "Le Jeu de Robin et Marion", traktowana zawsze jako prosta pastorella, rodzaj muzyki popularnej, bynajmniej nią nie jest! To sztuka wyrafinowana, uczona i na najwyższym poziomie. Także w warstwie tekstowej, stworzonej w dialekcie pikardyjskim. Stworzyliśmy pierwszą współczesną rekonstrukcję całości - niewiarygodna praca trwająca blisko 4 lata. I rezultat jest zaskakujący: zamiast lekkiej ludowej pastorelli, muzyka niezwykle złożona.

Jak ostrzegał Petrarca, nie należy podchodzić do muzyki bez zgłębiania jej wnętrza, jako wyłącznie sztuki miłej dla uszu. Dał przykład człowieka, który nie może jej słyszeć, ale czerpie radość, analizując sam zapis. W XV w. na dworach uprawiano muzykę niezwykle skomplikowaną, a równocześnie bawiono się przy rzeczach prostych, ludowych. Intelektualiści epoki twierdzili, że nie należy ograniczać się do jednego rodzaju muzyki.

Projekt "Cantico della terra" powstał na podstawie badań improwizowanego wielogłosu, śpiewanego przez konfraternie i zderzenia go z bardzo archaiczną polifonią zachowaną w XV-wiecznych źródłach. Archaiczną i prostą, niemającą nic wspólnego z misterną polifonią uprawianą już w tym czasie. Każdy z tych repertuarów miał swoje niezależne miejsce w obrzędowości, pełnił inną rolę. Z jednej strony działali "śpiewacy-erudyci", posiadający wielką wiedzę, władający fantastyczną techniką wokalną, z drugiej istniała tradycja śpiewu wspólnotowego. Mimo wszystkich różnic nie były to światy żyjące w całkowitej izolacji. Naszym zadaniem dzisiaj jest więc nie tylko rekonstrukcja samej muzyki, lecz także funkcji, jaką pełniła.

Antonio Florio skarżył się kiedyś, że muzyka dawnego Neapolu jest o wiele lepiej znana za granicą niż w mieście, w którym powstała. Jak wygląda zainteresowanie Włochów ich dziedzictwem muzycznym czasów średniowiecza?

Są miejsca, w których jest wielka otwartość i potrzeba słuchania. Dwa lata temu stworzyliśmy centrum upamiętniające dokonania zmarłego kolegi z zespołu - Adolfa Broegga, w którym próbujemy zainteresować muzyką średniowieczną ludzi, którzy dotąd jej nie słuchali, bo przecież jest niezwykle przystępna i atrakcyjna. Nie można narzekać, jest publiczność, gorzej z miejscami, gdzie można wykonywać ten repertuar. Jest też coraz mniej pieniędzy, kryzys skutkuje oszczędnościami w kulturze. Nie chcę wszczynać tu debaty na temat działalności telewizji, mediów, ale niestety nie wykorzystują one swoich możliwości. Ograniczają się do pokazywania rzeczy łatwych, które publiczność już zna, nie podejmując ryzyka poszerzenia oferty o coś nowego. Jeśli nie rozpocznie się jakiejś wielkiej batalii na rzecz kultury, dorobek i tradycja zniknie. Kultura stanie się domeną garstki pasjonatów.

W Polsce, by budzić kulturę, mamy nowy festiwal w Gdańsku. Wykona Pani podczas niego specjalnie przygotowany program?

Tak, to nowy projekt. Oczywiście wykonywaliśmy dotąd wiele utworów związanych z Bożym Narodzeniem, z Pinem de Vittorio śpiewaliśmy świąteczne laudy, postanowiliśmy jednak włączyć do tego programu utwory, które słyszałam w Premana na północy Włoch, związane z tradycją święta Trzech Króli, obchodzonego tu wciąż uroczyście z procesją. To bardzo ciekawe, zachowane w tradycji ustnej, archaiczne melodie, wzbogacane muzyką kolejnych stuleci. Ornamenty więc pochodzą zapewne z XIX w., ale podstawowa struktura jest naprawdę dawna, jeszcze modalna. Postanowiliśmy wykonać je po raz pierwszy poza oryginalnym kontekstem procesji. Chcielibyśmy, żeby publiczność poznała ten skarb, zanim przestanie istnieć. Będziemy wykonywać także wiążące się z tematem świąt dawne kołysanki, pastorale wywodzące się z tradycji z przełomu XVI i XVII w., utwory neapolitańskie. Nie jest wcale łatwo znaleźć bogaty repertuar związany z Bożym Narodzeniem, o wiele więcej muzyki wykonywano w Wielkim Tygodniu...

Patrizia Bovi jest śpiewaczką i muzykolożką, założycielką słynnego zespołu Micrologus, specjalizującego się w wykonawstwie muzyki średniowiecza i renesansu. Współpracuje m.in. z Marcelem Pér?sem, Claudiem Venerim, Markiem Paolinim oraz Pinem de Vittorio i Cappellą Della Piet? de’Turchini. Rejestrowała nieznane dzieła muzyki dawnej dla wytwórni Harmonia Mundi, Opus 111, Na?ve i Zig Zag.

Recitalu Patrizii Bovi i Pina de Vittorio z Ensemble Micrologus wysłuchać będzie można 15 grudnia o godz. 20.00 w kościele św. Brygidy przy ul. Profesorskiej 17.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]