W imię Ojca

Początkiem „afery Michała Tuska” była afera taśmowa. Od miesięcy Warszawa żyła plotkami o nagraniach kompromitujących PSL, ale mających być detonatorem innej, o wiele poważniejszej sprawy, która wywróci Platformę i rząd.

20.08.2012

Czyta się kilka minut

Donald Tusk z synem, lata 80. XX w. / Fot. Archiwum Rodzinne / KFP
Donald Tusk z synem, lata 80. XX w. / Fot. Archiwum Rodzinne / KFP

Michał Tusk, jeśli wierzyć tabloidom (w takich kwestiach bywają zaskakująco dobrze poinformowane), został wreszcie przez piarowców szefa rządu wysłany za granicę. Nie będzie już udzielał wywiadów, w których za każdym razem, chcąc obronić siebie i ojca, siebie coraz bardziej pogrążał, a ojcu niespecjalnie pomagał. Czas zatem na podsumowanie wydarzeń ostatnich tygodni i postawienie pytania, dlaczego „afera Amber Gold” tak łatwo zmieniła się w „aferę Michała Tuska”?

Stało się tak nie tylko z powodu tabloidowych skłonności części relacjonujących ją mediów. Przede wszystkim chodzi o to, że ojciec jej bohatera to dziś ktoś więcej nawet niż premier. Donald Tusk to kluczowy element całego politycznego układu władzy w Polsce, na którego rozmontowaniu zależy wszystkim, którzy w tym układzie czują się niedowartościowani, skrępowani, są jego więźniami.

„Afera syna premiera” spowodowała zatem niezwykłe ożywienie prawicowej i lewicowej opozycji, politycznych konkurentów Donalda Tuska w PO i Pałacu Prezydenckim, a wreszcie wpływowych środowisk krajowego biznesu, od dawna skarżących się na to, że drzwi premiera pozostają przed nimi zbyt szczelnie zamknięte.

WERSJA BRYTYJSKA

Obiegowa mądrość głosi, że rodzice nie odpowiadają za postępowanie dzieci – chyba że są politykami. Wówczas wspólne nazwisko staje się – prawie automatycznie, i to nie tylko w ustrojach autorytarnych, ale nawet w najstarszych i najbardziej stabilnych demokracjach – wielką szansą dla dzieci, a dla rodziców źródłem utrapienia.

Przypomnijmy trzy najbardziej malownicze afery z udziałem dzieci słynnych polityków, które nie wydarzyły się bynajmniej w Korei Północnej czy w Libii. Wszystkie łączy to, że nazwisko słynnej matki lub ojca stawało się automatycznie przepustką pozwalającą dzieciom wkroczyć do szarej strefy, w której spotykają się wielki biznes, wielka polityka, a także (we wszystkich tych przypadkach) handel bronią – za wiedzą, a czasami nawet za zgodą władz państwa, w którym nazwisko marnotrawnego potomka znane jest każdemu obywatelowi.

Mark Thatcher, ukochany syn „żelaznej damy”, nie został bynajmniej wychowany żelazną matczyną ręką. Przeciwnie: w thatcherowskim Londynie wyrastał na klasycznego playboya, złotego chłopca, którego malownicze eskapady gościły na rozkładówkach angielskich tabloidów. Dzięki znajomościom ojca w biznesie samochodowym młody Mark wziął nawet udział w rajdzie Paryż–Dakar w 1982 r. Zaginął wówczas na pustyni, aby odnaleźć się dopiero po trzech dniach, po wielkiej akcji, w czasie której Margaret Thatcher interweniowała bezpośrednio u władz Algierii, a nad Saharą latał Herkules C-130. Mark, szczególnie chętnie cytowany przez lewicowego „Guardiana”, opowiadał wówczas, że „do rajdu w ogóle się nie przygotowywał, po prostu jeździł codziennie samochodem po Londynie”. Zwierzał się też, że „szefowa [premier Margaret Thatcher] zadzwoniła do naszego ambasadora w Algierii, a ten pogonił jakiegoś algierskiego szefa prowincji, no i mnie znaleźli”. Dodał, że „w roku 1982 najważniejszą historią była wojna o Falklandy, a drugą w kolejności ta, w której wziąłem udział ja i moja mama”. Trzeba przyznać, że na tym tle wypowiedzi Michała Tuska cechuje niebywała wręcz odpowiedzialność.

W 1987 r. Mark żeni się z córką teksańskiego miliardera, konserwatywną luteranką Dianą Burgdorf. Wydaje się, że będzie to wstęp do ustatkowania się niesfornej latorośli. Małżeństwo przeprowadza się do Afryki Południowej, „żelazna dama” i cała Partia Konserwatywna oddychają z ulgą, która jednak okaże się przedwczesna.

Mark angażuje się bowiem w dwa kontrowersyjne biznesy. Pośredniczy w handlu bronią, także dla odbiorców obłożonych embargiem. Brytyjskie służby zgłaszają zastrzeżenia, ale, po pierwsze, produkty, którymi handluje Mark, często są brytyjskie i brytyjski podatnik też coś z tego ma, a po drugie, ktoś noszący nazwisko Thatcher musiałby popełnić naprawdę poważne przestępstwo, aby brytyjski wymiar sprawiedliwości zajął się nim na poważnie. Drugi obszar biznesowej aktywności Marka to działalność parabankowa w RPA: udziela pożyczek południowoafrykańskim policjantom i urzędnikom państwowym, płacowo nierozpieszczanym przez tamtejszy rząd. Lokalne media są oburzone zarówno lichwiarskim procentem, jak i metodami wymuszania zwrotu pożyczek.

W 2004 r. południowoafrykańskie służby pukają jednak do drzwi rezydencji Thatchera w Cape Town z innego powodu. Oskarżono go o finansowe i logistyczne wsparcie puczu w Gwinei Równikowej. Deportowany do Wielkiej Brytanii, zostaje później skazany na cztery lata więzienia w zawieszeniu. Udowodniono mu dostarczanie broni i werbowanie najemników dla puczystów. Po rozwodzie, a także po tym, jak władze amerykańskie odebrały mu wizę rezydencką – także z powodu ciążących na nim w USA zarzutów o unikanie płacenia podatków i oszustwa podatkowe – Mark zamieszkał z matką w Belgravii, rezydencjalnej dzielnicy Londynu.

Jego przypadek nie wpłynął na polityczną karierę matki, ale stał się dla krytyków thatcheryzmu w Wielkiej Brytanii i na całym świecie symbolem egoizmu i braku etycznych hamulców postthatcherowskiego biznesu.

WERSJA FRANCUSKA

Inna afera z udziałem dziecka o słynnym nazwisku dotyczyła Jeana-Christophe’a Mitterranda, syna socjalistycznego prezydenta Francji.

Podobnie jak syn Tuska, także Jean-Christophe rozpoczął publiczną karierę w dziennikarstwie jako korespondent AFP w Mauretanii. Szybko jednak porzucił dziennikarstwo na rzecz biznesowo-politycznego lobbingu. Na początku lat 90., kiedy ojciec ciągle był jeszcze prezydentem Francji współpracującym jednak z prawicowym rządem, młody Mitterrand stał się kluczową postacią tzw. „Angolagate”. Afera polegała na dostarczeniu – za cichym przyzwoleniem francuskich władz – transportu nowoczesnej broni, wyprodukowanej zresztą głównie na Słowacji, lewicowemu rządowi Angoli walczącemu z antykomunistyczną partyzantką. Afera była ponadpartyjna, bo z młodym Mitterrandem, osłanianym przez ojca-socjalistę, współpracował blisko minister spraw wewnętrznych prawicowego rządu, Charles Pasqua. A ich partnerem był cieszący się wyjątkowo złą reputacją rosyjski handlarz bronią, Arkady Aleksandrowicz Gajdamak.

W zamian za dostawy broni francuskie firmy naftowe miały otrzymać od rządu Angoli koncesje wydobywcze. Po ciągnącym się przez kilkanaście lat procesie (w czasie którego mama Jeana-Christophe’a, Danielle Mitterrand uchroniła go przed osadzeniem we francuskim więzieniu: kaucja wyniosła ok. pół miliona euro), syn byłego już prezydenta został skazany na dwa i pół roku więzienia w zawieszeniu: udowodniono mu przyjęcie ponad dwóch mln euro od handlarzy bronią.

WERSJA SŁOWACKA

I wreszcie trzecia afera z udziałem syna polityka, mająca najpoważniejsze skutki polityczne dla ojca. W 1995 r. niemiecka prokuratura wszczęła dochodzenie przeciwko słowackiej firmie Technopol, spółce specjalizującej się m.in. w handlu bronią. Technopol trafiał często na listę firm oskarżanych o sprzedaż min przeciwpiechotnych i bomb kasetowych, produkowanych przez słowackie firmy zbrojeniowe. Niemiecki prokurator wezwał na przesłuchanie Michała Kovacza juniora, występującego w imieniu firmy Technopol i podejrzewanego o oszustwa finansowe na sumę paru milionów dolarów. W czasie, kiedy o Kovacza juniora upomniała się niemiecka prokuratura, jego ojciec, Michał Kovacz senior, był prezydentem Słowacji, uwikłanym w dodatku w ostry konflikt z inną silną postacią słowackiej polityki, premierem Vladimirem Mecziarem. Obaj panowie wywodzili się z jednej partii, co jednak nie uczyniło ich walki o władzę mniej brutalną.

31 sierpnia 1995 r. nieprzytomnego i pijanego Kovacza juniora znaleziono w Austrii pod drzwiami jednego z tamtejszych posterunków policji. Okazało się później, że ludzie ze słowackich tajnych służb podlegających Mecziarowi porwali, obezwładnili paralizatorem, napoili whisky, a później przerzucili przez granicę syna prezydenta, licząc na to, że władze Austrii wydadzą go niemieckiej prokuraturze, co doprowadzi do kompromitacji ojca.

Austriacy, nie chcąc dać się użyć w wewnętrznym słowackim konflikcie, pozwolili Kovaczowi wrócić do Słowacji. Tam z kolei ojciec, w akcie prezydenckiej amnestii, uwolnił go z oskarżeń w aferze Technopolu, która miała także lokalną odsłonę, ponieważ Kovacz junior również na Słowacji był oskarżany o zdefraudowanie sporej sumy pieniędzy. Za ocalenie syna prezydent słono jednak zapłacił: w 1998 r. został zmuszony do ustąpienia, a jego następcą został Mecziar.

SPRAWA MAŁA, ALE ROZWOJOWA

Każda z przypomnianych tu afer jest poważniejsza niż zamieszanie wokół Michała Tuska. W każdej przestępstwa dzieci były ewidentne. W ostatniej z nich ojciec użył w obronie syna prezydenckiego aktu łaski. Jednak również w niewinnej na tym tle sprawie polskiej jest potencjał zagrażający pozycji premiera. Nie tylko w wymiarze wizerunkowym, ale także stwarzając dla Donalda Tuska zagrożenie w kategoriach czystej, bieżącej polityki.

Tak naprawdę początkiem afery Michała Tuska była afera taśmowa. Przez wiele miesięcy Warszawa żyła plotkami o taśmach kompromitujących ponoć PSL, ale mających być detonatorem innej, o wiele poważniejszej afery, która wywróci PO, Tuska i koalicję. Im bardziej minister rolnictwa Sawicki promował swoją osobę przed zbliżającym się zjazdem PSL – szczególnie w czasie Euro 2012 – tym bardziej „dobrze poinformowani” patrzyli na niego z rozbawieniem. Sawicki, mając nadzieję, że przybliża się do obalenia Pawlaka i przejęcia władzy w Stronnictwie, przybliżał się w istocie do własnej politycznej zagłady. Taśmy Serafina ujawniły rozmiar nepotyzmu i upartyjnienia wszystkich praktycznie urzędów o obszarze kontrolowanym przez PSL. Okazało się, że z partyjnej protekcji korzysta nie tylko mama Waldemara Pawlaka, zarabiająca dzięki współpracy z Ochotniczą Strażą Pożarną, ale także rodziny wielu innych czołowych działaczy.

„Afera taśmowa” wzbudziła powszechne oburzenie na rodziny polityków, które dają sobie radę w urzędach państwowych i samorządach kontrolowanych przez ich ojców. Tuskowi przez moment mogło się wydawać, że nad tym oburzeniem panuje – że jest ono skierowane wyłącznie przeciwko nepotyzmowi PSL, a przykłady upartyjnienia państwa i samorządów w wykonaniu PO łatwo będzie skontrować równie barwnymi przykładami w wykonaniu PiS, z czasów, kiedy ta partia rządziła, i z miejsc, gdzie rządzi nadal. Kiedy Pawlak podsunął mu na nowego ministra Stanisława Kalembę, którego syn pracował na kierowniczym stanowisku w poznańskiej Agencji Rynku Rolnego, od dawna kontrolowanej przez PSL, Tusk otrzymał jednocześnie od wicepremiera obietnicę, że sprawa syna Kalemby będzie „załatwiona”. Publicznie przedstawił tę obietnicę jako własną, w obecności milczącego Pawlaka.

Równolegle jednak toczyły się dwa procesy groźne dla Tuska: proces wciągania jego syna do centrum wydarzeń oraz proces rozmontowywania kontrowersyjnego biznesu Marcina Plichty, dla którego syn premiera pracował, o czym wiedziało niewielu.

Media poprosiły młodego Tuska o wypowiedzenie się w sprawie syna nowego ministra rolnictwa. Z pełną szczerością, jak się wydaje zupełnie niepilnowany przez mitycznych piarowców ojca, powiedział, że nie widzi problemu, bo on też daje sobie radę samodzielnie. To delikatne przejście od młodego Kalemby do młodego Tuska okazało się pułapką zastawioną zarówno na syna Tuska, jak i na samego premiera.

Najbardziej świadomi uczestnicy tej gry wiedzieli bowiem, że Michał Tusk podkłada się coraz bardziej – nie dlatego, że pracuje w Gdańskim Porcie Lotniczym, ale dlatego, że pracuje dla Plichty. Ten ostatni początkowo wcale się nie kwapił do udziału w nagonce. Zaczął „sypać” dopiero wówczas, kiedy zniszczono mu biznes. Rzucił wtedy na rynek – w rozmowie > z dziennikarzami śledczymi tygodnika „Wprost” – szczegóły pogrążające Michała Tuska. Ten zaś nadal brał wszystko na siebie, formułował pod własnym adresem zarzuty o brak wyczucia czy wręcz o „debilizm”, który może zaszkodzić ojcu. Jednak premier musiał już wystąpić publicznie, dystansując się od zawodowej aktywności syna, ale jednocześnie wyrażając wobec niego „pełne ojcowskie zaufanie”.

Komentujący sprawę „Frankfurter Allgemeine Zeitung” zauważył, że „syn to dla Donalda Tuska jedyny zderzak, którego nie może wymienić”, czyniąc złośliwą aluzję do łatwości, z jaką premier pozbywał się swoich najbardziej zaufanych współpracowników z Platformy.

MIĘKKIE PODBRZUSZE

Podsumujmy to, co w sprawie Michała Tuska istotne. Kompromituje go konflikt interesów na dwóch co najmniej polach – używanie stanowiska dziennikarskiego do nieformalnego lobbingu, bycie pracownikiem lotniska i jednego z klientów tego lotniska, któremu przekazuje się informacje mogące ułatwić negocjacje cenowe. Nie ma tu – jak się dziś wydaje – pola na postawienie zarzutów prokuratorskich. Nie mówiąc już o możliwości postawienia takich zarzutów Donaldowi Tuskowi.

Jednak polityka w czasach dominacji piaru i wizerunkowych gier to gra subtelniejsza niż prokuratorskie śledztwo. Afera Rywina nigdy nie doprowadziła do postawienia prokuratorskich zarzutów Millerowi czy komukolwiek z kierownictwa SLD, wyrok na Aleksandrę Jakubowską był raczej konsekwencją podążania przez wymiar sprawiedliwości w ślad za nastrojami opinii publicznej. Gdyby przyjrzeć się pisaniu każdej polskiej ustawy z taką uwagą, z jaką przyjrzano się pisaniu ustawy medialnej, trzeba by aresztować wielu urzędników, natomiast proces legislacyjny w naszym kraju uległby paraliżowi.

A jednak Miller został politycznie zniszczony, zaś SLD politycznie zdemolowany i z pozycji partii władzy zepchnięty na margines. Zatem nie pytajmy, jakie są twarde prawne argumenty w „aferze Michała Tuska”. Zapytajmy raczej, jak to będzie „grane” i przez kogo.

Lista płac syna premiera – jako współpracownika gdańskiej „Gazety Wyborczej”, pracownika Gdańskiego Portu Lotniczego i współpracownika Plichty – zawiera sumy, które nie są imponujące. A już szczególnie, kiedy zestawimy je z milionami, jakimi obracali i jakie defraudowali młodzi Thatcher, Mitterrand czy Kovacz. Problem w tym, że ta lista płac, sumująca się w jakieś 10 tys. zł miesięcznie i to wyłącznie w czasie paru najlepszych dla Michała Tuska miesięcy, trafia do opinii publicznej w czwartym roku kryzysu, u progu kolejnego, być może silniejszego uderzenia w polską gospodarkę i społeczeństwo. Trafia w momencie, kiedy zdecydowana większość Polaków zarabia mniej niż syn szefa rządu i kiedy bezrobocie wkrótce przekroczy granicę 13 proc. Mogę się założyć, że jesienią to właśnie lista płac młodego Tuska będzie głównym paliwem mobilizacji manifestujących związkowców.

Jednak „gniew ludu” zawsze jest tylko narzędziem. Nawet prawicowi politycy, którzy próbują dziś atakować Donalda Tuska poprzez jego syna, pełnią tylko rolę chłopów z nagonki. Na Tuska seniora czekają o wiele poważniejsi myśliwi.

Rozmontowywanie „piramidy” Plichty rozpoczęło się nie od strony prokuratury czy służb, ale od jej miękkiego biznesowego podbrzusza (firma obsługująca karty kredytowe odmówiła współpracy z OLT Express, a te, które lizingowały samoloty, odwołały je nagle z polskich lotnisk; Komisja Nadzoru Finansowego od początku istnienia Amber Gold zgłaszała zastrzeżenia, ale żadna z instytucji państwa nie traktowała ich poważnie).

Także „Puls Biznesu” i parę innych mediów, które odegrały kluczową rolę w przechodzeniu od taśm Serafina do „afery Tuska”, nie są zbyt silne, przy całym szacunku dla pracujących tam dziennikarzy: służą raczej za wygodne narzędzia lobbingu, politycznych „wrzutek”. Na tle „Rzeczpospolitej”, „Dziennika. Gazety Prawnej” czy właśnie „Pulsu Biznesu”, już tylko „Gazeta Wyborcza” pozostaje zdolna do prowadzenia własnej polityki, niezależnej od biznesowych oligarchów skupujących lub podporządkowujących sobie rozmaite tytuły. I właśnie ona była w „aferze Michała Tuska” najostrożniejsza. Przynajmniej do momentu, kiedy kolejne rewelacje Plichty zagroziły jej wiarygodności.

KIM JEST MYŚLIWY

Polski biznes za Donaldem Tuskiem nie przepada. I nie chodzi tu wyłącznie o niedawną awanturę wokół OFE, która pokazała realny konflikt interesów pomiędzy biznesem a „liberalnym” rządem. Znana jest też niechęć premiera do spotykania się z najważniejszymi przedsiębiorcami i to, że zniechęca do takich kontaktów polityków PO (słowo „zniechęca” jest tu eufemizmem). Donald Tusk w prowadzeniu interesów nikomu nie przeszkadza, ale i nie pomaga. Jego liberalna doktryna polega na próbie wygaszania napięć społecznych towarzyszących coraz głębszej integracji Polski z UE, ale też na otwieraniu polskiego rynku dla globalnych podmiotów biznesowych. To największy zarzut, jaki mają wobec niego polskie środowiska biznesowe, które domagają się coraz mocniej od rządu choćby odrobiny „nacjonalizmu gospodarczego”.

W ostatnich tygodniach mogliśmy obserwować przynajmniej dwa przypadki głośnych skarg na „bierność” Tuska ze strony krajowych środowisk biznesowych. Pierwszy przykład to przetarg na informatyzację PZU, przegrany przez Asseco Poland – jeden z ostatnich polskich holdingów IT – na rzecz firmy amerykańskiej. Prezes Asseco Adam Góral poskarżył się premierowi publicznie. W ślad za nim skarżyły się „Puls Biznesu”, „Rzeczpospolita”, „Dziennik. Gazeta Prawna”. Nawet „Wyborcza”, w bardzo ciekawym materiale o wygranym przez Amerykanów przetargu, zamieściła rozmowę własnego dziennikarza z urzędnikiem Kancelarii Premiera. Zapytany o to, kiedy Donald Tusk odpowie na skargę prezesa Asseco, urzędnik odpowiedział: „Premier dostaje dużo takich listów. W tamtym roku ponad 19 tys. Napisał np. jeden 14-latek. Prosił, żeby nie było prac domowych”. Jeśli urzędnicy premiera z taką ostentacją traktują skargi najpotężniejszych ludzi krajowego biznesu, można się spodziewać poważnych kłopotów.

Inny sygnał alarmowy nadszedł z polskiej zbrojeniówki. Zaczęło się od tego, że Ludwik Dorn na swoim blogu uruchomił przeciek, iż Bumar – ostatni polski holding zbrojeniowy, dysponujący sporą lobbingową siłą i zatrudniający kilkanaście tysięcy robotników zorganizowanych w wyjątkowo silne związki zawodowe – opóźnia publikację raportu finansowego, ponieważ musi w nim ujawnić informację o 250 mln zł straty. „Puls Biznesu” skwapliwie poprawił Dorna, pisząc, że strata będzie wynosić 500 mln, a Bumarowi grozi bankructwo m.in. z powodu braku zamówień państwowych.

W tym kontekście ciekawie brzmią liczne ostatnio wypowiedzi prezydenta Komorowskiego, wzywającego do budowy „polskiej tarczy antyrakietowej”. Choć nie mogłaby ona samodzielnie osłonić Polski przed poważniejszym atakiem, na pewno mogłaby ocalić polski przemysł zbrojeniowy. A same deklaracje na temat „polskiej tarczy” są formą dystansowania się przez prezydenta wobec tego, co polskie środowiska biznesowe nazywają „pasywnością Tuska”.

***

Kiedy rozkręcała się afera Rywina, z wielu źródeł do kierownictwa SLD zaczęły docierać sygnały: „Miller wiele wam dał, kiedy był silny, ale dziś bardziej wam szkodzi, niż pomaga, może bez niego byłoby wam łatwiej”. Analogiczne głosy zaczynają dziś docierać do ludzi Platformy.

W momencie wybuchu „afery syna” Donald Tusk jest oczywiście silniejszy niż był Leszek Miller w początkach „afery Rywina”. Przede wszystkim dlatego, że stosowana przez niego wcześniej taktyka „władzy personalnej” spacyfikowała Platformę i osłabiła ludzi, którzy mogliby się teraz przyłączyć do ataku na osłabionego lidera. Rząd Donalda Tuska jest złożony z ludzi całkowicie od niego politycznie zależnych, a nie z polityków podmiotowych, jakimi w rządzie Millera byli Włodzimierz Cimoszewicz czy Jerzy Hausner. Na stanowisku marszałka Sejmu jest Ewa Kopacz, która opuści Tuska jako ostatnia, a nie Marek Borowski, który uderzył w Millera jako pierwszy.

Zatem „cezaryzm” Tuska ma pewne zalety. Ale ma też wady: kiedy dla Tuska zaczynają się jego idy marcowe, nie ma przy nim żadnego Marka Antoniusza o silnych ramionach i wymownych ustach, którego Brutus z kolegami musieliby odciągać. Tusk nauczył się zwyciężać sam. Teraz będzie musiał sam stoczyć wojnę o utrzymanie władzy. Wojnę, w której najbardziej niebezpiecznym narzędziem w rękach jego przeciwników stał się jego własny syn.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 35/2012