Podążam za rozwojem opowieści o dziecięcych dramatach w sanatoriach. Nie dlatego, że miałoby to mnie dotyczyć – co prawda sama przez kilka lat spędzałam w sanatorium część każdych wakacji (nie w Rabce, i już za „nowej Polski”), ale wyniosłam stamtąd akurat pozytywne wspomnienia sympatycznej komitywy nawiązywanej w prowizorycznych realiach, bez nadużyć czy przemocy.
Wiedziałam też dobrze, że w pokoleniu moich rodziców hasło „Rabka” niosło ten charakterystyczny ton makabrycznego, podszytego trwogą śmieszku, i że kryje się za nim jakaś solidarność towarzyszy niedoli. Ale tym, co mnie szczególnie zainteresowało, było jednak raczej to, co sprawia, że kruszy się jakaś tama i zaczynają płynąć wyznania od ludzi, którzy uświadamiają sobie, że nie są ze swoim doświadczeniem sami. A jeszcze bardziej to, co może dziać się później.
Takie sytuacje się powtarzają co jakiś czas – oto ktoś, kto nosił ciężar, ale nie zdawał sobie sprawy z tego, że może mu on ciążyć („to w końcu tylko sanatorium, od tego się nie umiera, a poza tym przecież jesteś teraz zdrowy”, mógł słyszeć od innych, a potem powtarzać sam sobie). I gdy nadchodzi wiadomość, że jednak to nie jest tak, że przesadzasz, że to naprawdę było straszne i inni odbierali to podobnie – można wreszcie poczuć ulgę.
Ulga, a co dalej? Są przecież przypadki, gdy wyznanie nie daje wyzwolenia. A czasem przeciwnie, staje się schronieniem-więzieniem, które zasysa na dobre i w którym na ścianach wyświetlają się wciąż te same sceny. Jednych pozorny drobiazg załamuje na długo, tak że aż sami nie dowierzają w swoją reakcję. Innym podzielenie się jakimś wyznaniem pomaga domknąć jakiś rozdział i wrócić do biegu życia.
Nie mamy nigdy pewności, jaka droga stanie się naszym udziałem, choć każdy pewnie lubi wierzyć w siebie z przekonaniem wróżbity. Ale od dawna zastanawiam się, co da się zrobić wcześniej, na zapas. Czy da się zapobiegać temu, żeby dawna krzywda po latach dalej ryła w głowie i sercu swoje korytarze, prześladując człowieka, gdziekolwiek by nie poszedł?
Na prywatny użytek kolekcjonuję od dawna historie o ludziach, którzy przeżyli rzeczy straszne, ale te doświadczenia nimi nie zawładnęły. To moje ulubione biografie. Nie są to jacyś mitologiczni herosi ze stali, często ludzie o zwyczajnych kolejach losu, których życie mogło potoczyć się inaczej, których psychikę krzywda mogła zmielić na proch.
A jednak odpowiedzieli na nią pogodą ducha, która sprawiała, że zło blakło wobec żywych, konkretnych i budujących treści dnia codziennego. Tak jakby prowadziło ich, może nieświadomie, przekonanie, że jest życie do przeżycia. A uparcie i z radością trwając, mówili krzywdzie: „precz z łapami, nie odbierzesz mi reszty mojego życia”.
Kiedyś zawodowe sprawy doprowadziły mnie do zetknięcia się z biografią Bronisława Zelka, wspaniałego grafika i projektanta krojów pisma. Ze starszych projektów czytelnicy zapewne kojarzą plakat do filmu „Ptaki”, a najsłynniejszy krój jego autorstwa, futurystyczny New Zelek, widywano wszędzie w latach 80.
Zelek żył na trzysta procent: tworzył plakaty, wygrywał konkursy, zaryzykował ucieczkę z PRL do Austrii, gdzie pracował jako wzięty projektant, żeglował, malował, zbudował szczęśliwy dom na odludziu z ukochaną. Nie obawiał się niczego. Ale przecież nie podano mu niczego na srebrnej tacy: jako kilkuletnie dziecko został deportowany na Syberię, skąd z dużym prawdopodobieństwem mógł nigdy nie wrócić.
I nie stało się to nigdy centralnym punktem jego wspomnień. Pod koniec życia napisał jeden poemat graficzny o swoim dzieciństwie – to wszystko. Tak jakby odegrał się na losie, czerpiąc z życia z odwagą i pełnymi garściami.
Ewa Domańska w książce „Historia egzystencjalna” przeciwstawia traumie „życiową energię autoregeneracji”. To potencjał, który ma w sobie każdy człowiek i każda grupa, i który pozwala w długiej perspektywie nie tylko jakoś trwać, ale skutecznie odbudowywać się po kryzysach. Ale warunkiem dbałości o tę energię, umożliwienia, by działała, jest stawianie sobie pozytywnie, empatycznie rozumianych wymagań.
W taki sposób powstaje, jak powiedziałaby Domańska, mocny podmiot – człowiek lub wspólnota, których tożsamość opiera się na czymś więcej niż poczucie krzywdy i w konsekwencji bezradności. To pozwala na bieżąco troszczyć się o przyszłych siebie, ubezpieczać się na poczet kryzysów przyszłych.
Czy to właściwa odpowiedź i jak realizować ją w praktyce, nie wiem – ale doceniam każde spojrzenie, w którym jakieś straszne doświadczenie nie musi przeobrażać się w studnię bez dna.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.









