Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Sztuka biografii

Sztuka biografii

13.04.2011
Czyta się kilka minut
Żywotopisarstwo było dla Woolf bastionem patriarchatu, który przez swoją solenną powagę i dostojeństwo aż się prosi, by nieco się zeń pośmiać, by go sparodiować i użyć w sposób prowokacyjny.
K

Kiedy myślimy o życiu i twórczości Virginii Woolf w kontekście zjawiska, jakim jest biografistyka, konieczne staje się uruchomienie dwóch perspektyw. Po pierwsze i najbardziej oczywiste - trzeba się przyjrzeć wizerunkom pisarki wykreowanym przez jej biografów i biografki, od tej spisanej przez Quentina Bella, czyli jej siostrzeńca, poczynając, a kończąc na najnowszych, wydanych już po roku 2000 - na przykład autorstwa Vanessy Curtis czy Nigela Nicholsona, syna Vity Sackville-West. Jednak po drugie i równie ważne - należy uzmysłowić sobie, jak wielką rolę ten rodzaj pisarstwa odegrał w kształtowaniu osobowości autorki "Pani Dalloway", zarówno jako twórczyni, jak i kobiety będącej kolejno córką, siostrą, żoną, panią domu i wreszcie animatorką salonu, który przeszedł do dwudziestowiecznej historii brytyjskiego życia literacko-kulturalnego pod nazwą "grupa Bloomsbury".

Nowy styl życia

W czasach wiktoriańskich - których Virginia Woolf była zbuntowanym dzieckiem i których atmosfera oraz surowe normy obyczajowe pozostawały dla niej stałym punktem odniesienia w ciągu całego jej twórczego życia - biografistyka przeżywała prawdziwy rozkwit. Żywotopisarstwo nie było wówczas li tylko sposobem upamiętniania konkretnych osób i jednym z paraliterackich gatunków, lecz stanowiło istotną część kulturotwórczej aktywności. Biografie stawały się współczesną odmianą parenetyki, kreowały wzorce zachowań oraz postaw, wpływały na kształtowanie gustów i światopoglądów, utwierdzały kulturową dominację określonych grup: intelektualistów, polityków, artystów. Oczywiście wyłącznie płci męskiej. Tak właśnie Virginia postrzegała ten rodzaj pisarstwa i jego wytwory: jako bastion patriarchatu, który przez swoją solenną powagę i dostojeństwo aż się prosi, by zeń się nieco pośmiać, by go sparodiować i użyć w sposób prowokacyjny. A miała z nim do czynienia od najwcześniejszego dzieciństwa za sprawą ojca, Lesliego Stephena.

Należał on do intelektualnej elity brytyjskiej drugiej połowy XIX wieku. Był pisarzem, historykiem filozofii, krytykiem literackim i wykładowcą Trinity College w Cambridge. Jako biograf zasłynął między innymi książkami o Samuelu Johnsonie, Alexandrze Pope’ie, Jonathanie Swifcie i George Eliot. Jego życiową pasją były także wysokogórskie wspinaczki. W czasach, gdy na świat przyszła Virginia, rezydował z całą swoją liczną rodziną w szacownej dzielnicy londyńskiej South Kensington, przy Hyde Park Gate, w typowo wiktoriańskim, mrocznym i pełnym mebli oraz bibelotów domu.

Rodzina była liczna, gdyż żona Stephena, Julia, wprowadziła do niej troje dorosłych dzieci z pierwszego małżeństwa, razem zaś spłodzili kolejną czwórkę - córki Virginię i Vanessę oraz synów Thoby’ego i Adriana. Ponadto dom zaludniało zawsze kilkanaście osób służby oraz liczne ciotki i kuzynki, które z upodobaniem składały wizyty szacownej rodzinie. Ten tłum uprzykrzał życie Virginii i jej siostrze Vanessie, od których oczekiwano grzecznej asysty przy popołudniowych herbatkach i wieczornych przyjęciach. Zarówno przy tych okazjach, jak i w codziennym życiu, w centrum uwagi i aktywności wszystkich domowników niezmiennie pozostawała wszakże osoba Lesliego - modelowego patriarchy, egocentryka i domowego despoty. Począwszy od 1882 r. był on intensywnie zaangażowany w wielki projekt leksykograficzno-biograficzny wydawnictwa Smith, Elder & Co. - redakcję, wspólnie z Sidneyem Lee, "Narodowego słownika biograficznego" ("Dictionary of National Biography"). W sumie do roku 1901, kiedy to projekt sfinalizowano, ukazały się aż sześćdziesiąt trzy woluminy i trzy suplementy, do których hasła (w liczbie 27 236, z czego 3,5% dotyczyło kobiet) napisało sześciuset czterdziestu siedmiu autorów. W cieniu owego monumentalnego i skomplikowanego logistycznie, metodologicznie oraz merytorycznie przedsięwzięcia upływało więc dzieciństwo i młodość przyszłej autorki "Pani Dalloway".

Śmierć Lesliego Stephena w roku 1904 była dla domowników wyzwoleniem od brzemienia jego dominującej i wymagającej obecności w ich życiu. Chodzi przede wszystkim o córki, wcześniej osierocone przez matkę, które natychmiast zaczęły organizować sobie samodzielną egzystencję na nowych zasadach. Trzeba naprawdę żywić podziw dla owych młodych kobiet - dwudziestopięcioletniej Vanessy i młodszej o trzy lata Virginii - że po tak długim okresie zniewolenia szybko zdołały się uniezależnić i określić własny styl, własną życiową filozofię.

Grupa Bloomsbury

Niewątpliwie pomogły im w tym domagające się uzewnętrznienia predyspozycje twórcze - malarski talent jednej i pisarski drugiej. Poza tym jednak trafiły w tej fazie życia na kilku nietuzinkowych młodych mężczyzn, z którymi udało im się stworzyć jedyną w swoim rodzaju wspólnotę, która przeszła do historii pod nazwą "grupa Bloomsbury".

Stało się tak za sprawą ich brata, Thoby’ego, który ze swoich lat studenckich wyniósł kilka męskich przyjaźni, między innymi z Lyttonem Stracheyem. Tenże, za sprawą wydanej w roku 1918 książki "Eminent Victorians", miał odmienić oblicze brytyjskiej biografistyki. Do pewnego stopnia można jego żywotopisarstwo porównać z akcją "odbrązawiania" pomnikowych postaci historycznych, prowadzoną w literaturze polskiej przez Tadeusza Boya-Żeleńskiego, a także z ponowoczesną niechęcią do wielkiej narracji. Wychodząc z założenia, iż dzieje epoki wiktoriańskiej nie są możliwe do napisania z powodu zbyt wielkiego natłoku informacji zmagazynowanych w trakcie jej trwania, Strachey uznał, iż rozsądny historyk powinien zrezygnować z ambicji tworzenia skrupulatnej narracji całościowej i przyjąć strategię bardziej subtelną, "atakując" swój przedmiot z niespodziewanej strony, z boku lub z tyłu, znienacka oświetlając ukryte zakamarki. "Podjąłem próbę ukazania nowoczesnemu oku pewnej wizji epoki wiktoriańskiej za pośrednictwem biografii. (...) chciałem tę epokę raczej zilustrować, niż wyjaśnić" - pisał we wstępie do swojego dzieła, w którym zawarł sylwetki czterech skrajnie różnych, a reprezentatywnych dla epoki postaci: katolickiego konwertyty kardynała Manninga, prekursorki pielęgniarstwa Florence Nightingale, uczestnika amerykańskiej wojny domowej generała George’a Gordona i wybitnego pedagoga Thomasa Arnolda. W podobnym, mocno anegdotycznym stylu, ze sporą domieszką wchodzącej wówczas w modę psychoanalizy (brat Lyttona, James Strachey, był freudystą i terapeutą), utrzymana była kolejna z jego książek, wydana trzy lata później biografia królowej Wiktorii oraz nieco późniejsza "Elżbieta i Essex" (obie ukazały się po polsku w 1937 r., wznowiono je w latach 1960 i 1958). Sam Strachey, mimo swego zdeklarowanego homoseksualizmu, w pewnym momencie był całkiem poważnym kandydatem na męża Virginii i nie ma wątpliwości co do tego, iż ich intelekty, gusta, poczucie humoru, a także typy emocjonalności nie tylko ze sobą korespondowały, ale również stanowiły nawzajem dla siebie potężne źródła inspiracji.

Oprócz Stracheya do nowo powstałego grona przyjaciół należeli przyszli małżonkowie obu sióstr, Clive Bell i Leonard Woolf, a także późniejszy słynny ekonomista John Maynard Keynes, malarz i krytyk Roger Fry, pisarz Edward Morgan Forster. Takie było jądro "starego Bloomsbury", z czasem przyciągające kolejnych ekscentryków i ekscentryczki, myślicieli, twórców i niezwykłe damy z londyńskiej socjety, jak lady Ottoline Morrell - bogatą, ekstrawagancką w ubiorze i wyglądzie admiratorkę i przyjaciółkę artystów, która w stosunku do Virginii żywiła uczucia szczególnie silne.

Pierwszym, zainicjowanym przez Vanessę po śmierci ojca gestem wyzwoleńczym młodych Stephenów, dzięki spadkowi niezależnych finansowo, była przeprowadzka całego rodzeństwa z Hyde Park Gate do znacznie mniej szacownej dzielnicy Bloomsbury w sąsiedztwie British Museum. Tam, przy Gordon Square 46, nabyty został obszerny dom, gdzie wkrótce zaczęły się odbywać całonocne spotkania zaprzyjaźnionych dwudziestoparolatków. I choć w następnych latach topografia miejsc związanych z życiem i twórczością poszczególnych bloomsburczyków miała się bardzo rozszerzyć i skomplikować, to przecież dzielnica ta na zawsze pozostała dla nich ośrodkiem, gdzie zbiegały się różne szlaki egzystencjalne i twórcze.

Obie siostry Stephen, jak się z czasem okazało, odznaczały się dość rozwiniętą potrzebą zmieniania domów, przy czym Virginia posiadała dar wynajdywania interesujących nieruchomości, Vanessa zaś była wybitnie utalentowaną designerką, jak pewnie dziś byśmy o niej mówili. Projektowane przez nią wnętrza, w których dominował minimalizm z silnymi akcentami kolorystycznymi, stawały się prawdziwymi dziełami sztuki, budząc zazdrość i kompleksy u młodszej siostry, która z trudem dawała sobie radę z logistyką gospodarstwa domowego, a zwłaszcza z kapryśnym usposobieniem służących.

Woolf biografistka...

Bloomsburczykom udało się w cudownie naturalny sposób zbudować wspólnotę ludzi nie tylko o różnych talentach, ale i o urozmaiconych orientacjach seksualnych - hetero, homo i bi - traktowanych w sposób otwarty i bezpruderyjny. Wynikały z tego niekiedy bardzo osobliwe układy intymne, jak choćby w przypadku Vanessy, która już jako mężatka i matka dwóch synów związała się z malarzem Duncanem Grantem, płodząc z nim córkę Angelicę i matkując, nie zawsze chętnie, jego kochankom płci męskiej. Za jednego z tych kochanków, Davida Garnetta, Angelica wyszła w końcu za mąż.

Z takiej swobodnej obyczajowo aury zrodziła się po latach, w roku 1928, pierwsza z trzech książek Virginii Woolf opatrzonych podtytułem "A Biography". Była to powieść "Orlando", dzisiaj być może nawet najpoczytniejsze i najszerzej znane z dzieł pisarki, przez nią samą określone mianem błahostki (a trifle) i złożone w hołdzie jej wielkiej "safickiej" miłości - Vicie Sackville-West, lesbijce, arystokratce, poetce, diarystce, zamiłowanej ogrodniczce i podróżniczce, którą poznała w roku 1922, gdy sama miała lat czterdzieści. Vita była od niej o dziesięć lat młodsza i również cieszyła się sporą renomą literacką, a jej mąż, Harold Nicholson, z zawodu dyplomata, uprawiał żywotopisarstwo (m.in. wydał książkę o Paulu Verlaine’ie), publicystykę i - jak w owym czasie niemal wszyscy władający piórem - prowadził dziennik osobisty oraz obfitą korespondencję. Ich syn, Nigel, który zmarł w roku 2004 w wieku 87 lat, też parał się literaturą oraz pracą edytorską i ma w swoim obfitym dorobku sporo publikacji o charakterze biograficznym, w tym wspomnianą już tu wcześniej książkę o Virginii Woolf.

"Orlando" jest fantastyczną, poprowadzoną przez kilka stuleci i epok angielskiej historii opowieścią o młodzieńcu, który w pewnym momencie przeistacza się w kobietę, zyskując dzięki temu, niczym mitologiczny Tejrezjasz, wgląd w doświadczenia obu płci. Tryskająca dowcipem i ironią powiastka szybko zdobyła dużą poczytność i od początku chętnie była tłumaczona na języki obce; ciekawostką może być fakt, iż pierwszego przekładu, w roku 1929, dokonano na język czeski. W roku 1933 Virginia publikuje drugą z owych "błahostek", niedużą książeczkę pt. "Flush", znów utrzymaną w poetyce wyimaginowanej biografii, tym razem postaci rzeczywistej, mianowicie Elizabeth Barrett Browning - wybitnej poetki czasów wiktoriańskich. Pisarski figiel polegał w tym przypadku na skonstruowaniu narracji z punktu widzenia spaniela Flusha, będącego własnością Elizabeth, a powieść, tak jak "Orlando", wprost skrzy się dowcipem, stanowiąc zarazem całkiem poważne studium na temat więzi człowieka ze zwierzęciem, kobiecej twórczości i niedogodności zurbanizowanej cywilizacji. Podobno pierwowzorem Flusha była suczka o imieniu Pinker, którą jako szczeniaka podarowała Virginii Vita. Oboje Woolfowie, Virginia i Leonard, przeważnie mieli przy sobie jakiegoś zwierzęcego ulubieńca, który towarzyszył im w domowym życiu i do którego odnosili się z najwyższą troską i miłością.

Trzecia biografia autorstwa Virginii Woolf nie jest już utworem fikcjonalnym, lecz reprezentuje wszelkie cechy modernistycznego żywotopisarstwa. Jej bohaterem stał się Roger Fry - czołowy, obok Vanessy Bell i Duncana Granta, przedstawiciel brytyjskiego postimpresjonizmu, jeden z "ojców założycieli" grupy Bloomsbury, przez kilka lat kochanek Vanessy, a przez całe życie oddany przyjaciel obu sióstr. Virginia podjęła się jej napisania na życzenie sióstr Rogera oraz wdowy po nim, a także pod naciskiem przyjaciół. Nagła śmierć Fry’a w roku 1934 była kolejną ze strat poniesionych przez nią w krótkim czasie, po dwa lata wcześniejszej śmierci Lyttona Stracheya (na raka żołądka) i samobójstwie oddanej mu bez reszty malarki Dory Carrington. Kolejne lata miały przynieść kilka innych zgonów bliskich Virginii osób, z tym najtragiczniejszym włącznie - najstarszego syna Vanessy, Juliana, który zginął latem 1938 r. jako ochotnik w hiszpańskiej wojnie domowej. Pracę nad "Rogerem" (tak nazywa to dzieło w swoim dzienniku) rozpoczęła Woolf wiosną 1938 r., a biografia ukazała się w roku 1940, już w trakcie wojny. Jak każda z jej książek, także i ta kosztowała ją wiele wysiłku i napięcia, ale tym razem przyszło jej zmagać się z materią zasadniczo różną od powieściowej. W pochodzącym z tego okresu eseju "Sztuka biografii" napisała: "Biografię robi się z pomocą przyjaciół i faktów, powieść tworzy się bez jakichkolwiek restrykcji poza tymi, jakich spodoba się przestrzegać danemu artyście z powodów, które jemu wydają się słuszne. To pewna różnica i mamy powody przypuszczać, że w przeszłości biografowie nie tylko poznali tę różnicę, ale także odczuli jej bezwzględność. Wdowa i przyjaciele byli bezwzględnymi nadzorcami. Przypuśćmy, na przykład, że nasz geniusz był człowiekiem niemoralnym, nieznośnym i ciskał za pokojową butami. Wdowa powie: »A jednak kochałam go, był ojcem moich dzieci, toteż czytelnik, który uwielbia jego książki, pod żadnym pozorem nie może zostać rozczarowany. Proszę to zatuszować, pominąć«. I biograf posłucha. Dlatego większość wiktoriańskich biografii przypomina przechowywane dziś w Westminster Abbey woskowe figury, które kiedyś niesiono ulicami w orszaku pogrzebowym - figury obdarzone tylko ulizanym podobieństwem do zmarłego leżącego w trumnie" (przeł. E. Życieńska). Z pewnością myślała wówczas o udrękach, jakie jej ojciec, Leslie Stephen, przechodził z wdowami po osobistościach, którym poświęcano hasła w "Dictionary of National Biography". Sama jako biografistka za wzór stawiała sobie Stracheya, a końcowy efekt jej pracy nad "Rogerem" został przychylnie przyjęty i przez bliskich zmarłego, i przez krytykę.

...i bohaterka biografii

28 marca 1941 r. Virginia Woolf odebrała sobie życie, wstępując w nurt rzeki Ouse nieopodal Monk House - wiejskiej siedziby, w której mieszkała z Leonardem. Od tej pory sama stała się obiektem zainteresowań badaczy jej życia i twórczości. Fascynacja jej osobą i utworami nasiliła się zwłaszcza w trakcie tzw. drugiej fali feminizmu (koniec lat 60. i lata 70. XX wieku), kiedy to za sprawą esejów "Własny pokój" i "Trzy gwinee" zaczęła być postrzegana jako prekursorka i ikona współczesnego feminizmu.

W Polsce jak dotąd ukazały się trzy książki biograficzne poświęcone autorce "Orlanda". Dla wszystkich miłośników i badaczy jej dzieła najważniejszym punktem odniesienia pozostaje nadal obraz jej życia wykreowany przez Quentina Bella - młodszego z synów Vanessy. Mimo iż jego dziełu zarzuca się niekiedy brak bezstronności czy sporo przemilczeń, jako jedyne ma walor osobistego wspomnienia, a także obfituje w konkrety pozwalające sobie wyobrazić rozmaite realia życia Virginii i osób z jej kręgu. Dwie pozostałe książki, "Virginia Woolf i Vanessa Bell. Sekretny układ" Jane Dunn (wyd. pol. 1994) oraz "Kobiety Virginii Woolf" Vanessy Curtis (wyd. pol. 2004), skupiają się raczej na rekonstruowaniu złożonych relacji psychologicznych i seksualnych, jakie łączyły pisarkę z kobietami jej życia. I jak to zwykle bywa z takimi rekonstrukcjami, nie zawsze ich efekty są przekonujące. Osobiście wolę więc dowiadywać się od bratanka pisarki, jak odnosili się Woolfowie do swoich zwierząt domowych (Leonard je dyscyplinował, Virginia próbowała wniknąć w ich życie wewnętrzne), jak faktycznie układały się stosunki między Virginią, Vanessą a ich służącymi, tudzież kto tu bardziej kogo doprowadzał do furii (Bell pisze: "W Bloomsbury służba musiała mieć do czynienia z ludźmi neurotycznymi i dziwnymi, którzy nosili niewłaściwe ubrania, wieszali niewłaściwe obrazy, mieli niewłaściwe poglądy i bardzo szczególnych przyjaciół"), a także z jakimi trudnościami zmagali się Woolfowie podczas swoich pobytów w ich domach wiejskich (świece kapiące tłuszczem, kopcące lampy naftowe, ziemny klozet, kąpiel w balii itp.). Z takich okruchów życia łatwiej mi zbudować jej wizerunek prywatny - całą resztę wolę zgłębiać, czytając jej własne powieści, eseje, dziennik i listy.

Myślę też, że na fali popularności Virginii Woolf można by wylansować na polskim rynku czytelniczym książki związane z innymi bloomsburczykami. Na pewno osobą, która wzbudziłaby spore zainteresowanie, jest Lytton Strachey - jako autor i jako bohater książek biograficznych. W młodości, jako student Trinity College w Cambridge, był jednym z przywódców ekskluzywnie homoseksualnego Bractwa Apostołów, uprawiał kult Najwyższej Sodomii, mówił dyszkantem, nosił kolczyki i podwyższone obcasy, ostentacyjnie używał takich słów jak "sperma" i "pedał" (bugger). W dojrzałym wieku lubił przybierać patriarchalne pozy i zapuścił długą brodę. Uosabiając wczesnodwudziestowieczny queer i camp, znakomicie koresponduje z naszą dzisiejszą wrażliwością, stawia swoim życiem istotne i aktualne pytania tożsamościowe, a jego błyskotliwość, inteligencja i dowcip nic a nic się nie zestarzały.

Ewa Kraskowska jest profesorem literaturoznawstwa polskiego, zatrudniona w Instytucie Filologii Polskiej UAM. Opublikowała m.in. książki "Piórem niewieścim. Z zagadnień prozy kobiecej dwudziestolecia międzywojennego" (Poznań 1999, 2003), "Siostry Brontë" (Kraków 2006), "Czytelnik jako kobieta. Wokół literatury i teorii" (Poznań 2007), zajmuje się historią i teorią literatury, komparatystyką literacką i studiami nad przekładem.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]