Bzik szachowy

Rafał Marszałek, krytyk filmowy: W szachach myślowy porządek jest nieustannie zakłócany. Ruch skromnym pionkiem o jedno pole może całkowicie zmienić strukturę myślenia.

Reklama

Bzik szachowy

Bzik szachowy

30.09.2019
Czyta się kilka minut
Rafał Marszałek, krytyk filmowy: W szachach myślowy porządek jest nieustannie zakłócany. Ruch skromnym pionkiem o jedno pole może całkowicie zmienić strukturę myślenia.
Rafał Marszałek, Warszawa, wrzesień 2019 r. RAFAŁ SIDERSKI DLA „TP”
K

KATARZYNA KUBISIOWSKA: Widzę, że szachownica, która stoi w Pana gabinecie, jest przygotowana do gry.

RAFAŁ MARSZAŁEK: Owszem, ciągle zerkam w jej stronę, czasem uruchamiam. Raz na dwa tygodnie udaje mi się z którymś z rówieśników zrobić spotkanie szachowe – co wcale nie jest takie proste, bo albo się komuś zdarza zawał, albo coś innego.

Najczęściej gram z mistrzem międzynarodowym, psychologiem Władkiem Schinzlem – raz u niego, raz u mnie. Jesteśmy sąsiadami, dzielą nas dwa przystanki autobusowe. A muszę się pani zwierzyć, że doświadczyłem kilkuletniego okresu zupełnej obojętności wobec szachów. Gdy któregoś dnia zdałem sobie z tego sprawę, ogarnął mnie przestrach, że ta wielka miłość tak strasznie zardzewiała.

Kiedy to było?

W drugiej połowie lat 90., gdy przewrotny los uczynił mnie urzędnikiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych (śmiech).

Włączacie ten zegar, który tu stoi?

Tak, rżniemy tak zwane „blitze”, czyli pięciominutówki. To malownicza, popularna zabawa. Gdy grałem w szachy zawodniczo, to w poważnych turniejach obowiązywała kadencja czterdzieści ruchów w dwie godziny. I jak się nie skończyło w czterdzieści ruchów, partię się odkładało. Dzisiaj takich cudów nie ma, gra się bez przerwy do końca. A kiedyś dogrywka była kuźnią analizy, a więc – samym dobrem. Ale też surowym sprawdzianem, bo żeglując w morzu wariantów, tonęło się w dymie papierosowym do trzeciej nad ranem.

Kto Pana nauczył grać w szachy?

Ojciec. Jednak jedynym nauczycielem, jakiego rzeczywiście miałem, był człowiek funkcjonujący publicznie w kilku różnych rolach, dzisiaj znany przede wszystkim jako satyryk – Szpot. Czyli Janusz Szpotański.

Autor m.in. słynnej satyry na dygnitarzy partyjnych i opozycjonistów z lat 60. „Cisi i gęgacze”. Naraził się władzy, zwłaszcza że sam, z talentem, deklamował fragmenty swego dzieła w trakcie spotkań towarzyskich. W rezultacie w 1968 r. trafił na trzy lata do więzienia za „rozpowszechnianie informacji szkodliwych dla bezpieczeństwa państwa”.

Szpotański był wybitnie zdolnym szachistą, choć niespełnionym. Raz tylko grał w finale mistrzostw Polski, a zasługiwał na znacznie więcej. Problem w tym, że Szpot był nerwowy, a jego ego nie wytrzymywało lekcji życia.

Lekcji życia?

Dyscypliny wewnętrznej. Trzeźwego, obiektywnego osądu. Pokory. Cierpliwości. I gotowości, by odejść od dogmatów. Zwykle mówi się, że szachy to szkoła logicznego myślenia, co jest prawdą, ale prawdą wcale nie decydującą o wyniku rywalizacji. Wbrew potocznemu przekonaniu szachy nie są żadnym niewzruszonym porządkiem.

A czym?

Chaosem. W momencie kiedy realizuję swój plan, to przecież przeciwnik go zakłóca. I z tego dynamicznego zdarzenia rodzi się coś zupełnie niekontrolowanego. Przypomina to bitwę dwóch armii, z których przynajmniej jedna kieruje się zasadami wyuczonymi w akademii wojskowej. Rzecz w tym, że wyniesione z akademii nauki nie zawsze sprawdzają się w bitewnym żywiole. Bywa, że partyzanckiemu dowódcy – samorodnemu talentowi, przychodzi nagle do głowy coś genialnego, podczas gdy oddziały żołnierzy prowadzone przez schematycznego generała albo nieudolnego marszałka ponoszą klęskę.

W szachach myślowy porządek jest więc nieustannie zakłócany. I to nie tylko przez przypadkowe okoliczności. Ruch skromnym pionkiem o jedno pole może całkowicie zmienić strukturę myślenia o partii.

Nie można się przywiązywać do wyuczonych reguł?

Zdarza się, że umysł głęboko racjonalny nie potrafi sprostać temu, co nadciąga jako irracjonalne. Dowodem jest sławny mecz między Michaiłem Talem a królującym wtedy niepodzielnie na tronie szachowym Michaiłem Botwinnikiem. Botwinnik grał szachy klasyczne, a Tal szachy awangardowe, żeby nie powiedzieć: bandyckie. Znawcy powtarzali, że przecież nie można grać tak jak Tal. A praktycy odpowiadali, że tak właśnie się gra i wygrywa. Wywołało to szok w szachowym świecie. Minął on dopiero po rewanżowym meczu wygranym przez Botwinnika, niezłomnego orędownika zasad.

Ten mecz odbył się w 1960 r.

Na świecie kwitło wtedy życie klubowe. W klubach wieczory spędzali amatorzy, ku irytacji małżonek... Ale nawet najwybitniejsi szachiści nie odżegnywali się od takich koleżeńskich wieczorów. Tal potrafił grać w szachy 25 godzin na dobę, grywał nawet bardzo już schorowany, bez jednej nerki. Czyste szaleństwo!

Szaleństwo pomaga w szachach?

Czasem tak, czasem nie. Kiedyś było jednak czymś bardzo charakterystycznym. Potem, wraz z rozwojem rywalizacji szachowej, obok tych, którzy prawdziwie szachy kochają, włączyli się w nią ci, którym brakuje pasji, ale którzy mają uzdolnienia szachowe.

To zmieniło klimat. Najlepszy polski szachista po wojnie, Bogdan Śliwa, grał mniej więcej cztery turnieje rocznie, z tego jeden-dwa międzynarodowe. Dzisiaj gracz z polskiej czołówki uczestniczy nawet w kilkunastu turniejach. Gdy tyle gra się w oficjalnych rozgrywkach, to nie istnieje życie klubowe, więc też nie ma atmosfery bohemy. W dodatku – to już wykwit zupełnie współczesnych czasów – szachy przeniosły się do internetu. Jeśli rozgrywa tam pani np. partię szybką, w której każdy z graczy ma nie więcej niż 10 minut – to nie gra pani z Janem Kowalskim, tylko z żelazną maską, kimś ukrytym za pseudonimem. I pani, przynajmniej z początku, nie wie, czy to sławny arcymistrz oddający się zabawie, czy jakiś kompletny fuszer. Potyczki w internecie są odpowiednikiem tego, czym kiedyś było życie klubowe, tyle że ludzie zupełnie się nie widzą.

Kiedyś szachy naznaczone były empatią i poczciwym koleżeństwem. Przynajmniej tak mi się wydawało. Dzisiaj myślę o tym trochę inaczej.

Czyli jak?

Że zbiorowisko szachowe przypomina mrowisko. Więzi osobiste w tym środowisku są słabsze, niż można byłoby się spodziewać. Szachiści to tacy sami egocentrycy jak artyści. Myślą wyłącznie o sobie, innych traktują jak współpasażerów ­jednodniowej podróży. Manifesty egotyzmu zaczynają się zwykle od naiwnego, niewyszukanego marzenia, by zostać mistrzem świata. Jeden z moich przyjaciół miał kajet, w którym pisał: po tym turnieju zdobyłem pierwszą kategorię, a po tym turnieju – tytuł kandydata na mistrza. I tak to się miało toczyć do zdobycia przez niego mistrzostwa świata, tyle że nawet mistrzem Polski nie został. W sumie wszyscy tak zaczynają, a później...

A później – rzeczywistość?

A później ludzie gorzknieją, bo mają świadomość zmarnowanego czasu. Z wiekiem to się jeszcze pogłębia za sprawą nieuchronnego osamotnienia. Nie grasz już, to znaczy, że cię nie ma. Zresztą nawet najbardziej czynne uczestnictwo nie zapobiega samotności.

Pan jako piętnastolatek zagrał w półfinale mistrzostw Warszawy juniorów. To był styczeń 1956 r. Echa innych szachowych początków słychać w Pana opowiadaniu „Olimpiada w Tokio”.

Miło wspominam swój pierwszy turniej. Poznałem tam Jacka Żemantowskiego, dziennikarza sportowego, który z czasem stał się moim dobrym kolegą, oraz Andrzeja Partuma, nawiedzonego poetę i performera, grającego kompletnie odjechane szachy. Potem zetknąłem się z innymi humanistami zainfekowanymi przez szachy. W ogólnopolskich rozgrywkach juniorskich uczestniczyli: mój przyjaciel Andrzej Werner, krytyk i poeta Michał Sprusiński i jeszcze kilku innych, mniej znanych.


Czytaj także: Łukasz Lamża: Szesnastu uczciwych wojowników


W ogóle grają w szachy ludzie, po których byśmy się tego nie spodziewali. Rzeczą stosunkowo mało znaną jest to, że reprezentantem Francji na olimpiadach szachowych w latach 20. był Marcel Duchamp.

A Stanley Kubrick sięgnął po wątek szachowy w ,,2001: Odysei kosmicznej”. Scenę pojedynku szachowego kapitana statku ze sztuczną inteligencją stworzył na podstawie autentycznej rozgrywki, która miała miejsce w Hamburgu w 1910 r. pomiędzy Roeschem i Schlage. Roesch poddał partię po piętnastym ruchu, a na filmie dochodzi do mata w dodanych dwóch posunięciach.

W trakcie gry zmienia się wartość poszczególnych figur – to jedna z tajemnic maestrii najwybitniejszych graczy. W „Odysei” pojawia się nawet komentarz słowny, komputer udziela zdegustowanemu kapitanowi lekcji: „No widzisz, jak to jest...”.

No właśnie: jak to jest?

Konsekwencje inwazji komputerowej są prozaiczne. Gra w szachy przestała być poszukiwaniem kamienia filozoficznego. Powróciła do punktu wyjścia jako niewinna zabawa drewnianymi klockami. Jeśli komputer pokonuje ludzi, to jaka jest waga ludzkiej rywalizacji? Dlatego Magnus Carlsen odmówił gry z komputerami. A takiemu Kasparowowi to się zdarzyło i do tej pory wypomina mu się, że jako mistrz świata przegrał z maszyną.

Świat ludzki byłby bardziej interesujący?

Szachiści są naprawdę zwariowani. Na początku tego wieku jestem na placówce dyplomatycznej w Lublanie i dowiaduję się, że ambasador Niemiec też gra w szachy. Zgadaliśmy się o tym i ambasador zaprasza mnie do domu. Przed wizytą sprawdziłem, że gospodarz nie jest znanym szachistą, najpewniej to skromny amator. Teraz się proszę rozejrzeć po moim gabinecie. Co pani widzi?

Na każdej ścianie książki, z tego, co się zorientowałam, bardzo wiele szachowych.

Właśnie. Tylko jedna rzecz: u niego tych książek było dwa razy więcej! Co z tego wynika?

No ten... Nie mam pojęcia.

Wynika to, że nasz gospodarz przewiózł całą swoją szachową bibliotekę z Niemiec do Słowenii! A wie pani, ile jest zachodu z samym transportem? Pan ambasador za trzy lata wyjeżdżał stamtąd na inną placówkę. Z tym wszystkim! Gdy do mnie to dotarło, pomyślałem z podziwem: „ Oho, jestem w domu, nasz człowiek!”.

W tym Waszym świecie niecodzienne sytuacje musiały się często zdarzać!

Na każdym kroku. W roku 1959 z drużyną warszawskiego Legionu podróżowałem pociągiem do Słowenii. Dla zabicia czasu, bo po cóż nam jakieś widoki za oknem, graliśmy partie błyskawiczne. W trakcie jednej z nich słyszę za plecami łagodny głos mistrza Andrzeja Pytlakowskiego: „Panie Rafale, czy mógłby mi pan okazać pomoc?”. „Za chwilę, bo właśnie kończymy partię” – odburkuję. „Ale to doprawdy jeden mały ruch ręki. Niech pan tylko sięgnie za siebie i pociągnie dźwignię w dół”. Nie odwracając głowy i nie spuszczając wzroku z szachownicy wykonuję to polecenie. W tym momencie następują równocześnie dwa niemiłe wydarzenia. Po pierwsze – i bolesne – chorągiewka na moim zegarze opada. Po drugie, zaciągnięty przeze mnie hamulec zatrzymuje w szczerym polu międzynarodowy pociąg relacji Wiedeń–Zagrzeb.

Szczęściem, półgodzinna galopada wściekłych konduktorów przez cały skład w poszukiwaniu sprawcy się nie powiodła. Ciekawe, że udana prowokacja Pytlakowskiego wzbudziła ogólny niesmak. Chłopcy zacięcie walczą, szczytują w ostatniej minucie, a pan Andrzej im przeszkadza, podstępnie wyskakuje z tym głupim hamulcem.

Inne barwne szachowe osobowości?

Najbardziej kolorową postacią był Jacek Bednarski. Szalenie zdolny, ale niedbający o zdrowie – obżartuch i ofiara nikotynowego nałogu. „Dlaczego, Jacku, nie grasz w mistrzostwach Polski?” – ktoś kiedyś go zapytał. W odpowiedzi usłyszał: „Bo zmieniono regulamin. Teraz to są mistrzostwa Polski dla niepalących”.

Któregoś roku, jeszcze za PRL-u, Jacek pojechał na turniej do Sztokholmu i grał decydującą partię z utytułowanym rywalem o duże pieniądze. Kibice natychmiast otoczyli stolik, stając na krzesłach. Wiedzieli, że to niezły oryginał. Zaczęła się gra, Jacek zmarnował całe pensum czasowe i pod groźbą przegranej musiał wykonać 12 ruchów w ciągu minuty. Jacek robi ruch, sięga po paczkę papierosów, zapala, a przeciwnik widząc, że ten jest zajęty, natychmiast odpowiada. Więc Jacek robi ruch, ale przy tym papieros mu upada. Sięga po następnego, ale okazuje się, że nie ma zapałek. Ktoś podrzuca mu zapałki, lecz papieros gdzieś wsiąka. Scena się powtarza, więc Jacek rozpaczliwie woła: „Zigaretten, bitte! Zigaretten!”. I wtedy ze wszystkich stron na szachownicę spadają papierosy. Nasz gladiator drżącą ręką sięga po jednego i pokrzepiony wygrywa partię, ku wielkiej frajdzie kibiców.

W trakcie gry ważna jest mowa ciała, wyraz twarzy przeciwnika?

Owszem. Tal wygrywał regularnie z arcymistrzem węgierskim Pálem Benkő, któremu się wydawało, że to się dzieje za sprawą magnetycznego spojrzenia jego przeciwnika. Dlatego do kolejnej partii z Talem włożył ciemne okulary. Niestety, nie pomogło... Prawdą jest, że Misza miał rzeczywiście niesamowite spojrzenie. Niech pani popatrzy... (Wyciąga z biblioteczki album z szachowej olimpiady w Lipsku z roku 1960 z dużą liczbą zdjęć).

Tu z groźną miną William Lombardy, ksiądz katolicki, i dlatego rzadko udzielający się, mimo że arcymistrz. A to jest ta ikona szachów ówczesnych, Botwinnik, który przygląda się partii reprezentanta Związku Radzieckiego, Estończyka Paula Keresa, który podczas wojny uczestniczył w turniejach organizowanych przez Niemców. Po skończeniu wojny władza radziecka zastanawiała się, czy go rozstrzelać, czy zostawić jako ozdobę reprezentacji Związku Radzieckiego. Wybrano to drugie.

A to pani Renoy-Chevrier, jedyna kobieta wśród kilkuset uczestników, szachowo niezbyt biegła. Przegrać z kobietą w szachy to wtedy znaczyło tyle, co popełnić samobójstwo.

Pan przegrał kiedyś z kobietą?

Raz, z Mirosławą Litmanowiczową, moją klubową koleżanką.

I co? Samobójstwo?

No nie, ona była mistrzynią międzynarodową, więc mogła rywalizować z mężczyznami, podobnie jak później Agnieszka Brustman, dwukrotna uczestniczka turnieju pretendentek do tytułu mistrzyni świata. A potem, jeszcze bardziej skutecznie, świetne Gruzinki. Nona Gaprindaszwili i Maja Cziburdanidze, Szwedka Pia Cramling. Aż wreszcie pojawiły się trzy węgierskie siostry Polgár i przestało być śmiesznie. Najsławniejsza z nich, Judit, była szachowym rekinem. Pożarła z kosteczkami kilkudziesięciu arcymistrzów. W szczytowym momencie kariery tylko siedmiu mężczyzn wyprzedzało ją w światowym rankingu. Musiało do tego dojść. Kiedyś kobiety po prostu nie miały czasu ani nawyku, by zajmować się taką abstrakcją jak szachy. Emancypacja to zmieniła i bardzo dobrze.

Panu się cały czas śmieją oczy. Czy one się też śmieją, jak gra Pan w szachy?

Tak dobrze to nie ma. Śmieją się oczy, jak człowiek wygrywa. Zresztą niekoniecznie. Bo gdy szachista wygrywa, uznaje to za rzecz naturalną: zwycięstwo przecież mu się należy.

A jak się przegrywa?

To ogromne zmęczenie, potęgowane frustracją. A w razie tak zwanej „niesprawiedliwej przegranej” – koniec świata.

Co Pan wtedy robił?

Histeryzowałem. Najlepiej opowiedziałaby o tym ciężko doświadczona żona lub złośliwi koledzy.

A Pański szczęśliwy turniej?

W 1976 r., gdy byłem na stypendium w Paryżu, wygrałem Memoriał Tartakowera – naszego sławnego rodaka, przedwojennego olimpijczyka. Dostałem nagrodę w wysokości 120 dolarów. Wie pani, co to znaczyło w przeliczeniu na złotówki? To półroczne zarobki w Instytucie Sztuki.

Ale naprawdę nie ma się nad czym rozwodzić.

„Szachy to mój prawdziwy konik” – reklamował swoje talenty jakiś entuzjasta. „Chyba konik garbusek” – okrutnie diagnozował Janusz Szpotański. Ja, ze swoim najniższym w hierarchii tytułem międzynarodowym, jestem anonimowym szachistą. Może poza tą satysfakcją, że kilka wygranych przeze mnie partii znalazło miejsce i rekomendację w szacownej „Encyclopedia of Chess Openings”.

Przez cały czas mówimy o szachach. Zastanawiam się, czy Pańska miłość do nich jest silniejsza od miłości do filmu? Pisał Pan o nim rewelacyjnie!

Po raz pierwszy kupiłem miesięcznik „Szachy” w lutym 1951 r., nawet dostatecznie nie znając szachowej notacji. Tygodnik „Film” zaś dopiero po kilku latach. Dzisiaj szachami ciągle się jeszcze bawię, a o filmie już prawie nie piszę. Nie znaczy to, żeby nie towarzyszyły mi obrazy Zwiagincewa, Hanekego, Kiarostamiego, Łoźnicy, Rosy, Pawlikowskiego... To wszystko w człowieku mocno siedzi. Ale za sprawą pani pytania nagle uświadomiłem sobie, że tak długo żyję fikcją, właściwie dwiema fikcjami. Obie są zachłanne i zwodnicze, każda na swój sposób. Z tym że kinomania nie niesie ze sobą szczególnych niebezpieczeństw, podczas gdy bzik szachowy jest mocno destrukcyjny. W skrajnych, a niestety licznych przypadkach prowadzi do domu bez klamek. Zdarza się nawet, że poza tę granicę.

Eksmistrz Polski Józef Gromek, chory na serce, nieprzerwanie rwał się do gry wbrew zakazowi lekarzy i przestrogom kolegów z drużyny. „Chcecie mnie pozbawić jedynej radości w życiu?” – pytał. Nikt więc nie śmiał go powstrzymać. Któregoś dnia trafiła mu się partia o dramatycznym przebiegu. Zakończył ją zwycięsko, wstał od stolika cudownie odprężony, a po kilkunastu sekundach już go nie było. Klasyczna szachowa końcówka, w sam raz do scenariusza filmowego. Ostatnio dochodzą mnie słuchy, że kilku moim rówieśnikom marzyłby się taki szybki, efektowny finał. Choć można ich zrozumieć, przydałaby się jakaś miara rzeczy. Ostatecznie życie z szachami to chyba coś lepszego niż szachy bez życia. ©

 

RAFAŁ MARSZAŁEK (ur. 1940) jest krytykiem filmowym, czterokrotnym zdobywcą nagrody im. Karola Irzykowskiego. Historyk filmu, doktor nauk humanistycznych, pracownik Instytutu Sztuki PAN (1973-90). Autor wielu książek o filmie. Dyrektor Instytutu Polskiego w Moskwie ­ 1990-95, wicedyrektor Departamentu Promocji i Informacji MSZ 1995-98, pierwszy radca ambasady RP w Lublanie 2001-05. Szachowy mistrz FIDE, były reprezentant Polski. Scenarzysta filmów dokumentalnych i nowelista. Wkrótce nakładem wydawnictwa słowo/obraz terytoria ukaże się zbiór jego opowiadań „Niedoczas”.

Galeria zdjęć

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarka działów: kultura i reportaż.  Absolwentka filmoznawstwa UJ. Współautorka książek „Panorama kina najnowszego. 1980–1995. Leksykon” oraz „Lektury na ekranie, czyli mały leksykon...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

b2-b4! - jako, być może, jedyny objaw indywidualizmu szachowego w dzisiejszych czasach :)
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]