Z dużym zainteresowaniem przeczytałam artykuł o stwierdzaniu nieważności małżeństw przez sądy kościelne w Polsce. Zabrakło w nim jednak ważnego aspektu, tzn. oddania głosu osobom, które zostały poddane procedurze, chociaż nie chciały. Doświadczyłam tego bezpośrednio, kiedy mój ówczesny mąż wystąpił na drogę sądową. Byliśmy już wtedy po rozwodzie cywilnym i nasze drogi się rozeszły, jednak mąż poznał nową partnerkę i chciał ponownie powiedzieć sakramentalne „tak” w obliczu Kościoła.
Zafundował mi kilka lat upokarzającej traumy, próbując za wszelką cenę udowodnić moją „niezdolność psychiczną" do zawarcia związku małżeńskiego. Uważam za dalece naganne ze strony instytucji kościelnych ściganie mnie, zmuszanie do zeznań, nagabywanie mojej córki przez osoby świeckie w szkole, abym skontaktowała się z proboszczem, wzywanie mnie do biegłych psychologów celem udowodnienia, że „nie jestem wielbłądem”.
Moje oświadczenia dotyczące tej sprawy tak naprawdę nikogo nie interesowały. Ważny był cel: stwierdzenie nieważności sakramentu. Rozumiem, że są osoby, którym na rękę jest wykreślenie z życiorysu sakramentu małżeństwa, rozumiem nawet mojego byłego męża, że czuł się zraniony, bo po latach zostawiłam go dla innego mężczyzny. Nie usprawiedliwia to jednak robienia farsy z tego, co jest powagą kościelnych sakramentów.
Nie wiem, co robi „obrońca węzła małżeństwa", nie zależało mi na tym, aby za wszelką cenę status mężatki utrzymać, ale nie mogę zrozumieć tej obłudy. Ktoś zaocznie stwierdził, że coś, co zrobiłam z miłości i odpowiedzialnie, nigdy nie było ważne. Ktoś stwierdził, że „jestem niezdolna”, choć fakty są takie, że ponad 20 lat trwa moje drugie małżeństwo. Uważam ten proceder za wysoko niemoralny. Piszecie, że ponad 80 proc. wniosków rozpatrywanych jest pozytywnie. Czy nikogo to nie dziwi?
Joanna
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.













