Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Poza obczyzną

Poza obczyzną

26.09.2011
Czyta się kilka minut
Realia społeczne dzisiejszego świata oraz warunki towarzyszące międzykulturowym przepływom zmieniają się tak radykalnie, że przekształcają samo znaczenie pojęcia "wygnanie" czy "dom". Można już chyba obwieścić, że era europejskiego wygnania dobiegła końca.
C

Czy po paru dekadach, jakie upłynęły od momentu, gdy opuściło się rodzinny kraj - lub raczej zostało z niego wyrzuconym - nadal można uważać się za kogoś "na wygnaniu"? Czy nadal można postrzegać siebie jako imigranta? A jeśli nie, to kim się wówczas jest, gdzie odnajduje się samego siebie? Jaka jest własna tożsamość i, by tak rzec, egzystencjalne umiejscowienie?

Oto niektóre z pytań, jakie nieustannie przychodziły mi na myśl, kiedy przysłuchiwałam się ożywionym i ciekawym dyskusjom prowadzonym podczas tegorocznego sympozjum "Writing Worlds" ["Pisanie światów"], poświęconego kwestiom "wygnania i wyobraźni".

Wygnanie postrzega się często jako stan niezmienny. Istnieje taka skłonność, by "pisarza na obczyźnie" raz na zawsze identyfikować właśnie jako "pisarza na obczyźnie". Imigrant pozostaje imigrantem. Czasami także sam pisarz godzi się z takim wyobrażeniem. "Wygnany" to mocny wyznacznik tożsamości, poręczny i dość pociągający przydomek. Jednakże utrwalenie go na zawsze jako części obrazu samego siebie bez wątpienia wiąże się z pewnym wypaczeniem autocharakterystyki, a przynajmniej z jej nadmiernym uproszczeniem. Wstrząs wywołany przez wygnanie jest niewątpliwie dramatyczny i często traumatyczny; lecz łącząca z nim relacja nie jest statyczna, podobnie jak nie są statyczne inne aspekty tożsamości lub egzystencjalnej sytuacji postrzegane w perspektywie "długiego trwania".

Moja własna imigracyjna trajektoria obejmowała jak dotąd kilka etapów. Kiedy miałam niespełna czternaście lat, wraz z rodziną wyemigrowałam z Polski do Kanady; kilka lat później przeniosłam się na studia do Stanów Zjednoczonych, gdzie pozostałam przez większą część swego dorosłego życia. Potem, a było to jakieś czternaście lat temu, przyjechałam z Nowego Jorku do Londynu, co uznałam za rodzaj połowicznego powrotu do Europy.

Pierwszy etap mojej emigracji był niewątpliwie doświadczeniem głęboko formacyjnym, wpisującym się w hierarchię innych fundamentalnych wydarzeń o kluczowym znaczeniu, jak pierwsza miłość, pierwsze doświadczenie śmierci i doświadczenie samego dzieciństwa. Czuję, że wyłom związany z tym wykorzenieniem ukształtował mnie tak głęboko jak, powiedzmy, obecność rodziców czy też moje historyczne pochodzenie. Wynikały z niego konkretne lekcje, które, poprzez swoje szersze implikacje, w przeważającej mierze wpłynęły na moje myślenie i pisanie. Najprościej rzecz ujmując, miały one coś wspólnego z granicami, w obrębie których konstruowani jesteśmy przez język i kulturę; z tym, do jakiego stopnia są one nie tylko ponadosobowymi całościami, lecz czymś zakodowanym w naszym "ja", w komórkach naszej psychiki.

Na pewien czas zostałam pozbawiona języka, jako że polski zszedł do podziemia, a angielski pozostawał terra incognita; ten krótki, acz radykalny interwał oswoił mnie z wiedzą o tym, jak bardzo nasze postrzeganie i rozumienie, podobnie jak i poczucie obecności czy wręcz życia - utrzymywania się przy życiu - uzależnione jest od posiadania w sobie żywej mowy. Jeśli pozbawi się nas słów, dzięki którym możemy określić swoje wewnętrzne doświadczenie, doświadczenie to wycofuje się w głąb, w ciemne pokłady nas samych; bez słów, którymi opisujemy świat, świat staje się mniej wyrazisty, mniej jasny. Z drugiej strony, umiejętność precyzyjnego nazywania rzeczy, doprowadzanie doświadczenia do momentu świadomej artykulacji nadaje naszym spostrzeżeniom oraz poczuciu istnienia siebie i innych wyrafinowanie i koloryt. W bardzo konkretnym znaczeniu tego słowa, język konstytuuje nasz psychiczny dom. Dotyczy to zarówno języka, jak i kultury; pierwszy okres radykalnego przemieszczenia oswoił mnie z myślą, jak dalece sami jesteśmy wytworami kultury (lub przynajmniej byliśmy przez większą część historii), jak wielkie ryzyko niespójności podejmujemy wtedy, gdy wypadamy z tej matrycy. Rzecz jasna, "kulturę" rozumiem nie tylko jako artystyczne wytwory literatury czy sztuki, lecz całą sieć dzieł, na którą składają się uchwytne i nieuchwytne przyzwyczajenia, kody psychologiczne i założenia pojęciowe - rodzaj symbolicznego systemu złożonego ze wspólnych dla nas znaczeń, nadającego strukturę naszym spostrzeżeniom od najmłodszych lat, kształtującego w obrębie każdej kultury kontury naszej osobowości i wrażliwości.

Długo pozostawałam po prostu - i nade wszystko - imigrantką. Tak byłam postrzegana przez innych, tak też sama patrzyłam na siebie. Choć z łatwością mogłam przemierzać ścieżki amerykańskiego systemu akademickiego, to moja podmiotowość uparcie opierała się próbom wtłoczenia jej w nowe kontury, mimo iż odczuwałam wdzięczność za możliwości oferowane przez ów system. Zanim w pełni zaczęłam zamieszkiwać język, w którym przyszło mi żyć, faktycznie znajdowałam się w stanie psychicznego wygnania.

A mimo tego: przekład jest możliwy; dotyczy to również autoprzekładu. W końcu, za sprawą pewnej stopniowej i nieuchwytnej alchemii, nowy język zaczyna wkraczać w podmiotowość i zamieszkiwać naszą psyche. Niektóre wymiary oswojonego już otoczenia, będące najpierw sporą - czy to zabarwioną uczuciami sceptycyzmu, czy też przyjemności - niespodzianką, zaczynają wydawać się najzupełniej zwyczajne. Po pewnym czasie myślenie o tym, że jest się "na obczyźnie", staje się absurdalne.

Skoro już nie na wygnaniu, to gdzie? Udzielenie odpowiedzi na to pytanie jest znacznie trudniejsze. Czy przeciwieństwo wygnania definiuje się jako "bycie u siebie w domu", czy jako "przynależność"? Oba pojęcia wymagają pełniejszego i głębszego rozszyfrowania. U siebie to znaczy gdzie, wobec jakiego punktu odniesienia? O uchodźstwie i emigracji myśli się zwykle jako okolicznościach politycznych, w których opuszcza się naród lub zostaje się wydalonym przez państwo. Mimo to opuszcza się konkretne miejsce, wioskę lub miasto, całą sieć wspomnień i powiązań nie związanych z ideologią. Końcowy etap podróży jawi mi się jako "miejsce", dobre antidotum na ideę narodu. Trudno przyjąć całkowicie nową narodową tożsamość, jeśli część życia i większa część własnej historii toczyła się gdzie indziej - narodowe tożsamości bowiem wiążą się z historią i jej interpretacjami. Można jednak rozwinąć w sobie wyraźne przywiązanie do miejsca, w którym w danej chwili się żyje, które poznaje się poprzez zmysły i ruchy, z którym zaczynają łączyć niezliczone, zwyczajne i niezwyczajne, więzy.

Trudniej poddać analizie tajemnicę przyjazdu niż dramat odjazdu. Łatwiej określić swoją pozycję w relacji do czegoś, aniżeli poprzez określone miejsce. Fizycy uważają, że w świecie molekuł taki wyczyn jest niemożliwy, jeśli cząsteczka nie znajduje się w stanie spoczynku; a cząsteczki - być może tak jak ludzie - nigdy nie wchodzą w stan spoczynku. Formacyjne lekcje wygnania nigdy mnie nie opuszczą, a mój pierwszy język i formacja kulturowa stanowią nieuchronnie część mego psychicznego skarbca. Jednak aż do dnia dzisiejszego równie mocno kształtowały mnie kolejne kultury i doświadczenia. Stałam się nieuchronnie hybrydą, do której dołączyć mają kolejne elementy.

Tego rodzaju przemiany mogą okazać się wręcz trudne do dostrzeżenia. Ale sądzę, że to ważne, by uświadomić je sobie choćby po to, by uniknąć idealizacji wygnania, jego, by tak rzec, teoretycznych powabów. Z historycznego punktu widzenia "wygnanie" uważano za stan tragiczny lub godny politowania; ostatnio jednak zostało zredefiniowane jako coś interesującego, moralnie heroicznego, wręcz powabnego. Sytuacja wygnania ma charakter izomorficzny, odznaczający się tymi właściwościami, które uprzywilejowują pewne obszary ponowoczesnej teorii: marginalność, inność, zdecentralizowaną tożsamość. Na poziomie nieco bardziej życiowym, sytuacja outsidera, choć niełatwa, niesie ze sobą pocieszenie, a nawet dobre samopoczucie. Zapewnia nie tylko gotową tożsamość, ale wyjaśnienie własnej egzystencjalnej kondycji, z jej niedostatkami włącznie. Dla pisarza odmienny punkt widzenia, perspektywa, z której nic nie może być uznane za pewnik, a wszystko jest dziwne i nowe, posiada liczne zalety. Pozycja pisarza - przynajmniej modernistycznego - łatwo wpisuje się w rolę outsidera, a niektórzy przecież zasłynęli z tego, że wybrali wygnanie właśnie ze względu na zalety spoglądania pod wyraźnie innym kątem, chłodnego oglądu wynikającego z dystansu i defamiliaryzacji.

Przez pewien czas pobyt na obczyźnie służyć może jako znakomita stymulacja percepcji i wyobraźni. Także jako egzystencjalne wyzwanie i zadanie moralne. Doszłam jednak do wniosku, że "sytuacja wygnania" utrzymująca się zbyt długo przestaje być płodna; nie skłania do tworzenia, lecz okazuje się narzędziem zastoju. Izraelski pisarz A.B. Yehoshua w tytule swojego eseju "Exile as a Neurotic Solution" ["Wygnanie jako rozwiązanie neurotyczne"] wskazał kilka zagrożeń. Mówi w nim o zbiorowych pokusach wspólnot (tu konkretnie chodziło o żyjących w diasporze Żydów) pozostających w stanie przemieszczenia, na marginesie życia społecznego. Pozycja ta pozwala patrzeć wstecz lub przed siebie z tęsknotą za idealnym domem; ale jednocześnie pozostawia wolność wynikającą z braku zaangażowania w prozaiczne problemy i konflikty miejsca, w którym w danej chwili się żyje. W perspektywie osobistej natomiast postawa odosobnienia może zamienić się w świadomy separatyzm; energia krytycznego dystansu - w pewien manieryzm. Zwyczaj dzielenia świata na "przed" i "po" może wymazywać z pamięci zmieniającą się rzeczywistość zarówno kraju, który się opuściło, jak i realiów dnia dzisiejszego.

Samo pisanie na wygnaniu i obserwowanie jednej kultury z perspektywy innej - będące w istocie procesem przekładu i autoprzekładu - możliwe są dzięki istnieniu fundamentalnych elementów łączących rozmaite kultury; dzięki rodzajowi wspólnej palety dla rozmaitych barw ludzkiej percepcji i doświadczenia. Kontakty międzykulturowe, czy też literackie wymiany, byłyby niemożliwe bez owych podstawowych podobieństw, fundamentalnych uniwersaliów umożliwiających wzajemne zrozumienie pomimo, i na wskroś, napięć i zainteresowań kulturową różnicą. Koniec końców uważam, że każdy pisarz podejmuje owe fundamentalne, egzystencjalne bądź etyczne kwestie albo konfrontuje się z szerszymi perspektywami ludzkiej rzeczywistości, niezależnie od tego, w jakim stopniu modeluje ją konkretne miejsce, język czy kultura. Jednym ze sposobów osiągnięcia tej cechy charakteru albo percepcji, lub też ludzkiego położenia, zawsze było eksplorowanie tego, co poszczególne. Weźmy na przykład dzieło Czesława Miłosza, który zanurzając się w konkretnych krajobrazach i wspomnieniach, przemienił swoje położenie w rodzaj uniwersalnego leksykonu.

Tymczasem realia społeczne dzisiejszego świata oraz warunki towarzyszące międzykulturowym przepływom zmieniają się tak radykalnie, że przekształcają samo znaczenie pojęcia "wygnanie" czy "dom". Od momentu mojej zimnowojennej emigracji oraz "mocnych" form uchodźstwa wytwarzanych przez politykę tego okresu podniosła się żelazna kurtyna, upadł mur berliński, w Europie otworzyły się granice, a różnice między Wschodem a Zachodem ulegają bardzo szybkiemu zatarciu. Można już chyba obwieścić (wykluczając pewne procesy nie do przewidzenia), że era europejskiego wygnania dobiegła końca.

Inaczej sprawy mają się w innych częściach świata. Wciąż istnieją kraje, które siłą pozbywają się swych obywateli lub też uniemożliwiają im pozostanie na swym terytorium. Nadal istnieją uchodźcy napływający z różnych części świata z pełną rozpaczy nadzieją na bezpieczniejsze lub lepsze miejsce, ludzie uciekający ze swego rodzinnego kraju w obawie o własne życie. Ani przez moment nie zapominam o trudnościach związanych z tego typu okolicznościami. Ale nawet w takich ekstremalnych sytuacjach zmieniająca się natura świata zmienia też charakter międzynarodowych przemieszczeń. Nawet kiedy ludzie emigrują rzekomo na zawsze, zwykle wiedzą, że ostatecznie mogą powrócić, że mogą odwiedzać ich przyjaciele, że mogą korzystać z dobrodziejstw wszystkich współczesnych środków podróżowania i komunikowania się. Jednocześnie sama częstotliwość międzykulturowego przepływu rośnie w postępie geometrycznym. Migracja, dyslokacja, rozmaite rodzaje nomadyzmu stanowią raczej normę niż wyjątek. Wydaje się czasem, że życiorysy zakorzenione w jednym miejscu i oparte na jedności narracji stają się interesującym odstępstwem od normy. Skrajna mobilność charakteryzująca nasz świat relatywizuje jednak także najbardziej stabilne tożsamości. Nawet jeśli pozostajemy w jednym miejscu, wiemy, jak łatwo wyjechać. Nawet jeśli żyjemy w kraju o długiej historii i tradycjach, w nieunikniony sposób świadomi jesteśmy różnorodności świata i, w większości przypadków, heterogeniczności własnej kultury. Wiemy, że nie jesteśmy jedyną wyrocznią.

Istnieją takie słowa, które zwykło się traktować jako zwyczajny element naszego leksykonu, jednak z czasem wydają się one tracić swoje zastosowanie. "Kraj ojczysty", "obcokrajowiec", "obcy" - żadne z nich nie przystaje w łatwy sposób do naszej percepcji lub w naturalny sposób ześlizguje się z języka. Ostry kontrast między domem a "gdzie indziej", rodzimym a obcym utorował drogę czemuś mniej spolaryzowanemu i bardziej płynnemu. W pewnym sensie podmiotowość każdego staje się hybrydyczna. Kimkolwiek się stałam, nie potrafię już myśleć o sobie jako Innym. W nowych, szybko zmieniających się okolicznościach wspomniane pozycje stają się coraz bardziej ruchome. Niegdysiejsi outsiderzy okazują się dzisiejszymi insiderami, a nieraz i odwrotnie.

Żyjemy obecnie w nieustannie mobilnym, nomadycznym i wymieszanym świecie. Żyjemy również w coraz bardziej zglobalizowanej kulturze - matrycy technologii cyfrowych, Facebooka, Twittera i świecie dwudziestoczterogodzinnych serwisów informacyjnych. Całkiem możliwe, że świat będzie tworzył jeszcze bardziej mobilne osobowości - mniej zakorzenione w określonym miejscu, historii czy tradycji, ale jednocześnie bardziej elastyczne i ludyczne. Możliwe, że siły kształtujące odrębne kultury narodowe osłabną, a kumulacja emocji odczuwanych przez emigrantów z epoki zimnej wojny związana z tym, że docenia się ich poza ich macierzystą kulturą, stanie się czymś osobliwym. Opowieści młodszego pokolenia imigrantów i dobrowolnych nomadów prawdopodobnie poprawią nam samopoczucie.

W jaki sposób przemiany te wpłyną na wyobraźnię literacką? Zmieniająca się topografia świata głęboko przekształci naszą świadomość tegoż świata. Zadanie niektórych pisarzy polega na uchwyceniu tych głębszych przemian - na wyobrażeniu sobie teraźniejszości we wszystkich jej, by tak rzec, przepływach i nieoswojonej dziwności. Jak to zrozumieć, wyrazić, opowiedzieć? Jakie formy sprostają wyraźnie nielinearnym okolicznościom, które coraz częściej nas definiują? Zapewne pisarstwo wytwarzane przez różnego rodzaju diaspory, ludzi żyjących na przecięciu kultur, przesunęło swą pozycję z literackich peryferii do centrum. Jakie rodzaje stylu, opowieści czy gatunku wymyśli się po to, by opisać świat, który nie jest już podzielony na centrum i peryferia, w którym ruch jest wielokierunkowy, a żadne z centrów nie jest uprzywilejowane; w którym każde "ja" kształtowane jest mniej przez historię i kulturę, a bardziej przez inne czynniki; w którym sama idea "uformowanego", stałego "ja" może tracić wpływ i znaczenie. Krótko mówiąc: jakiej literatury potrzebujemy, by przedstawić i zinterpretować dla siebie i innych naszą szybko zmieniającą się rzeczywistość i błyskawicznie nadchodzącą przyszłość - to dopiero się okaże. Jedno wszakże wydaje się jasne w naszych obecnych, zglobalizowanych warunkach: literatura globalna - czy też światowa - nie tylko jest możliwa, ale zapewne zarówno konieczna, jak i nieunikniona.

Przełożył Tomasz Bilczewski

Eva Hoffman jest polsko-amerykańską pisarką urodzoną w Krakowie w rodzinie polskich Żydów ocalonych z Holokaustu. Gdy miała trzynaście lat, wyemigrowała do Kanady, a następnie do Stanów Zjednoczonych, gdzie studiowała na Uniwersytecie Rice’a i w Yale School of Music. Choć najpierw miała zostać pianistką, zdecydowała się na doktorat z literaturoznawstwa, który uzyskała na Uniwersytecie Harvarda. Przez jedenaście lat pracowała w redakcji "New York Timesa", a w 1989 roku opublikowała książkę "Lost in Translation. A Life in a New Language" ["Utracone w przekładzie. Życie w nowym języku"], która odniosła międzynarodowy sukces. Dorobek pisarski Hoffman, mieszkającej od czternastu lat w Londynie, przyniósł jej prestiżowe nagrody i wyróżnienia. Od lat utrzymuje również kontakty ze światem akademickim, wykładając na wielu uczelniach w Europie i Ameryce.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]