Reklama

Poza grą cieni

Poza grą cieni

11.12.2020
Czyta się kilka minut
Trudno przecenić siłę momentu historycznego, którego zakończony właśnie szczyt Unii był wyrazem. Ale równie ważne dla zrozumienia, jak wygląda dziś Unia, są nie tylko końcowy efekt, ale i opory, które się przy jego okazji ujawniły.
Szczyt Unii Europejskiej, Bruksela, 10 grudnia 2020 r.
Szczyt Unii Europejskiej, Bruksela, 10 grudnia 2020 r. Od lewej prezydent Francji Emmanuel Macron, przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, premierzy Polski Mateusz Morawiecki i Węgier Viktor Orbán / fot. OLIVIER MATTHYS / AFP / East News
Z

Zawsze lepiej mieć więcej pieniędzy niż mniej – w każdym razie jeśli chodzi o możliwości wydatków publicznych. Przyzwyczajeni do myśli, że cywilizowane i rozwinięte państwa potrafią, dzięki zbiorowo gromadzonym środkom, czynić życie swoich obywateli znośniejszym, witamy w sposób oczywisty z zadowoleniem fakt odblokowania siedmioletnich ram finansowych (czyli tzw. budżetu Unii) oraz pakietu dotacji i pożyczek z funduszu odbudowy po pandemii, który przywódcy 27 krajów uzgodnili w lipcu.

Zakończony właśnie grudniowy szczyt nie wniósł nic nowego do tego bezprecedensowego dla Unii projektu, który faktycznie popycha ją w stronę nieco większej spójności w wymiarze już nie tylko wielkich słów, lecz także wielkich, wspólnie pożyczanych, sum. Szczyt służył tylko potwierdzeniu, że konkretna postać ogólnych ustaleń z lipca nie budzi niczyjego sprzeciwu. Czyli w tym przypadku Polski i Węgier, które w ciągu ostatnich kilku tygodni zawalczyły dość skutecznie o to, by warunek wiązania wypłat z przestrzeganiem zasad praworządności pozostał tylko kolejnym straszakiem bez konkretnych, a w każdym razie szybkich, skutków.

Pokazać wyborcom papier

Oczywiście, jak zawsze z unijnymi kompromisami bywa, każda ze stron może wskazywać na te aspekty rozwiązania, które jej pasują. Kraje z tzw. klubu skąpców (które wcale się zresztą nie paliły do jak najszybszego wdrożenia wielkiego projektu solidarnościowego) oraz znaczna część urzędników unijnych z Zachodu mogą wskazywać, że uzgodnione „opóźniacze” kar za łamanie praworządności (tzn. możliwość zaskarżenia ich do TSUE) tylko odsuwają w czasie ich wprowadzenie. Czy to będzie tylko parę miesięcy, jak zapewnia komisarz Vera Jourova, czy może dwa lata, to się okaże – przy czym węgierski premier Viktor Orban z pewnością obstawia tę drugą opcję, co pozwoli mu uniknąć problemów z finansowaniem swej monopartii i swojego klanu przynajmniej do wyborów w 2022 r. Zresztą to nie pierwszy raz, gdy w sprytnej grze w kotka i myszkę z Unią Orban wykorzystuje upływ czasu na swoją korzyść – godząc się na różne niekorzystne dla siebie werdykty, tyle że z takim opóźnieniem, by zdążyć w międzyczasie dokonać nieodwracalnych zmian tam, gdzie mu zależy. Takiej cierpliwości nie mają jego polscy koledzy, którzy np. zamiast odczekać, aż prezes Sądu Najwyższego Małgorzata Gersdorf odejdzie w tym roku na emeryturę, próbowali bezprawnie przyspieszyć ten moment, wszczynając prawną awanturę zakończoną niechybną przegraną przez unijnym trybunałem.

Polski premier może powtórzyć na swoją korzyść i na użytek usłużnych mu mediów właściwie to samo, co w lipcu, czyli że załatwił dla nas górę pieniędzy, a przy tym zapobiegł temu, by Unia mogła „pozatraktatowo” ingerować w polskie sprawy – konkretnie w demontaż trójpodziału władz oraz najbardziej konfliktogenne naruszanie równouprawnienia różnych mniejszości. A nawet gdyby próbowała, to mamy dzięki jego nieugiętej postawie silne narzędzia, by takie zakusy zablokować. Sporne rozporządzenie o warunkowości wypłat było od samego początku „audytorskie” z ducha i zajmowało się ochroną przejrzystości w wydatkowaniu pieniędzy, a nie wymuszaniem poprzez szantaż finansowy jakichś konkretnych rozwiązań, np. na gruncie prawa rodzinnego. Wielkie boje o deklarację, która potwierdza ten oczywisty fakt, są tylko dowodem, jak istotne bywają kwestie symboliczne i wielka niekiedy potrzeba, aby swoim wyborcom pokazać papier.

Pieniądze za wartości

Tymczasem – aż strach takie rzeczy podpowiadać propagandzistom z Woronicza – nawet jeśli owo rozporządzenie jest całkiem obojętne w kwestii np. związków jednopłciowych, to warto pamiętać, że w Unii bardzo często istotne zmiany są stymulowane ciszej, „poniżej radaru”, na poziomie zawiłych i z pewnością rzadziej czytanych w redakcjach dokumentów wykonawczych, strategii, w gąszczu technokratycznych tabel i aneksów. Przyjęta w listopadzie strategia Komisji na rzecz równości osób LGBTIQ zawiera odniesienia do np. rozporządzenia harmonizującego sposób kwalifikacji i rozliczania kilku ważnych funduszy (np. spójności), w którym z kolei w jednym z załączników pojawia się jako warunek „skuteczne” stosowanie i wdrażanie karty praw podstawowych – a ta z kolei, jak się wydaje, jest ostatnio interpretowana w sposób zdecydowanie przeciwny trzymanej wysoko na sztandarach PiS „obronie rodziny”.

Czekają nas zatem z pewnością kolejne odsłony spektaklu „pieniądze za wartości”. Ucieszy to osoby oczekujące z nadzieją wsparcia ze strony instytucji europejskich w powstrzymywaniu obecnej władzy od dalszych prób wasalizacji sądownictwa lub mediów albo coraz toporniejszej dyskryminacji mniejszości – osoby zawiedzione, że podczas grudniowego szczytu Unia de facto się ugięła. Zadowoli to też polityków i politruków pisowskiej prawicy, którzy do zarządzania emocjami elektoratu potrzebują ciągle nowych oznak, że Zachód bezustannie próbuje narzucać nam swoją zgniliznę moralną.

Poza zaś warstwą tej propagandowej gry cieni i daremnych złudzeń, trudno przecenić siłę tego momentu historycznego, którego grudniowy szczyt (i poprzedzające go negocjacje) był wyrazem – choć, jak to zwykle w Unii bywa, trudno o jakieś wielkie słowa i metafory. Nagła pandemiczna opresja przyłożyła siłę do bezwładnego od dobrej dekady układu i wszyscy zgodzili się zrobić mały, ale jednak pierwszy od dawna tak konkretny krok w stronę większej spójności i większego wyposażenia organów wspólnoty w narzędzia władzy.

Północ-Południe

Równie ważne dla zrozumienia, jak wygląda obecnie Unia, są nie tylko końcowy efekt (wspólna pożyczka, fundusz, mechanizm warunkowości), ale i opory, które się ujawniły – przy czym istotne interesy i uprawnione dyskusje mieszają się tu z gęstą mgłą mistyfikacji i pretekstów. Polska i Węgry niestety zrobiły niedźwiedzią przysługę tym, którzy wysuwają politycznie i prawnie ugruntowane protesty przeciwko tego rodzaju „pełzającej federalizacji” i zachwianiu równowagi między członkami Unii. Ale z faktu, że te dwa kraje używały takich argumentów, broniąc swoich autorytarnych pomysłów i korupcyjnej sitwy, nie wynika, że same te argumenty tracą moc.

Analogicznie opór tzw. klubu skąpców nie jest tylko, jak ta metafora próbuje wmówić, czystym bezrozumnym skąpstwem, tylko wyraża głębokie cywilizacyjne pęknięcie. Niderlandzki premier Mark Rutte jest marnym chorążym północnej bogobojnej sumienności – jego retoryka w dużym stopniu zależy od tego, że ma przed marcowymi wyborami na karku oddech Partii Wolności Geerta Wildersa. Przy tym ksenofobie, populiście i obskurancie nasz Zbigniew Ziobro wygląda na nieszkodliwego, nadąsanego ministranta. A jednak Wilders zarządza emocjami tak dużej części elektoratu, że daje to jego partii drugie miejsce w parlamencie i żaden odpowiedzialny polityk w Niderlandach nie może od tego abstrahować. Puszczanie oka do wyborców w duchu „nasze pieniądze nie dla dzikusów” szkodzi europejskiej solidarności w równym stopniu, jak fobie Kaczyńskiego i Orbana – ale nie można odwracać oczu od realiów podziału Północ-Południe. Co więcej – ten podział być może będzie coraz ważniejszy w miarę tego, jak gospodarki krajów naszego regionu (gdzie dalej ludzie są gotowi pracować, jak to kiedyś wyraził premier Morawiecki, za miskę ryżu) niwelują podział Wschód-Zachód.

Budżet został klepnięty, fundusz odbudowy może przejść przez etap ratyfikacji w parlamentach krajowych. W Warszawie opozycja słusznie i odpowiedzialnie obiecała swoje głosy, gdyby w Zjednoczonej Prawicy powstała na tle czwartkowej „zdrady Morawieckiego” fronda ziobrystów. Co będzie w parlamencie w Hadze? Zobaczymy. Po drodze jest jeszcze – bagatela – pandemia do pokonania i trudne do prognozowania wstrząsy ekonomiczne po – jak się coraz bardziej wydaje, to pewne – twardym brexicie. Na koniec konferencji prasowej podsumowującej szczyt Angela Merkel, nieświadoma, że mikrofony jeszcze działają, powiedziała chyba jedyne zdanie, które dziś można z całą odpowiedzialnością wygłosić: „kto wie, co się jeszcze zdarzy”.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Zawodu dziennikarskiego uczył się we wczesnych latach 90. u Andrzeja Woyciechowskiego w Radiu Zet, po czym po kilkuletniej przerwie na pracę w Fundacji Batorego (program pomocy dla...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]