Był reporterem, który rozmawia z ludźmi. Rozmawia po to, by wydobyć z nich nadzieję dobra w okolicznościach, które ani dobru, ani nadziei nie sprzyjają. Stąd nieśmiała łagodność jego mowy. Doświadczony, to znaczy świadom własnego losu, wiedział, że innym los także przypadł w udziale, los powszechny w stuleciu, które fazę dojrzałości osiągnęło w Auschwitz i na Kołymie, i nigdy już się z tym nie umiało uporać. Był uprzedzająco grzeczny: wiedział, jak łatwo można sprawić rozmówcy ból, wywołać w nim rozpacz, wzbudzić wściekłość, zachęcić do agresji, a przecież nie taka jest rola pisarza. Cierpliwie tworzył więc klimat rozmowy, wedle - jak powiedział mi w czasie, gdy pisał "Imperium" - recepty La Bruy?re'a: "Naśladowanie dobra może ku dobru prowadzić, ogłada nie zawsze świadczy o dobroci, prawości, uczynności, wdzięczności, ale stwarza przynajmniej pozory tego wszystkiego - człowiek wydaje się taki, jaki powinien być naprawdę". U podstaw tej metody leży wyrazisty fundament moralny: pewność, że pisanie może ulepszyć świat - a przynajmniej ostrzegać przed jego pogorszeniem; wiara, że literatura jest sposobem współodczuwania z poranionymi... Tych, co przeżyli, rozpoznaje się po bliznach.
Michał Komar (ur. 1946) jest scenarzystą i pisarzem. Ostatnio wydał wywiad rzekę z Władysławem Bartoszewskim (2006).
Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















